Jestem odrobinę zaskoczona faktem, że pomysł, by wysłać załogową misję na Marsa, zaczął w ostatnich miesiącach budzić tak silne emocje. Nie dlatego, żebym wątpiła w powodzenie tej misji (przeciwnie, jestem naprawdę ciekawa, co z niej wyniknie), ale dlatego, że byłam przekonana, że loty kosmiczne przestały ciekawić ludzi i jako powszechna fascynacja pozostały w wieku XX. Inżynieria kosmiczna wciąż się rozwija i w ostatnich latach działy się tam rzeczy spektakularne – odkrycie wody czy zaawansowane plany zbudowania stałej stacji badawczej na Księżycu – ale jakby zniknęły z horyzontu ludzkiej wyobraźni. Zostanie nowym Gagarinem czy Hermaszewskim wyleciało z pakietu dziecięcych marzeń – oczywiście nie licząc Indii, gdzie kolejne odsłony programu księżycowego Chandrayaan są wszechobecne w kulturze popularnej, a nawet na muralach, w kolorowankach i w cukiernictwie okolicznościowym. Ale też obowiązywała mocna korekta zdroworozsądkowa: na Ziemi mamy nieustający bałagan, więc może lepiej włożyć wspólny wysiłek w próbę posprzątania go.
Ale Mars to trochę co innego. W końcu na Księżycu człowiek już przez chwilę stał i zdążyliśmy się może z nim oswoić. W wyprawie na Marsa jest coś z urzeczywistniania fantastyki, z horyzontu, o którym pisał niegdyś Carl Sagan, że jest potrzebą dzieloną przez ludzi i impulsem dla wynalazczości. To z pewnością napędza wyobraźnię. Zaskakujące jest jedynie to, jak szybko wizja ta przeszła do kategorii wykonalnych.
Robert Zubrin, specjalista inżynierii kosmicznej i założyciel The Mars Society, zaproponował swoją wizję wypraw na Marsa mniej więcej trzy dekady temu. Jego zdaniem w zasięgu ludzkich możliwości leży nie tylko załogowy lot na tę planetę, ale w dalszej perspektywie zbudowanie tam sieci osad i marsjańsko-ziemska wymiana towarowa. Jego zdaniem chęć zaludnienia Marsa może być kierowana tym samym paliwem, które kierowało przed wiekami Europejczyków do Ameryki Północnej: niektórzy będą szukać lepszego miejsca do życia, inni będą czuć się wyrzutkami, a jeszcze innych motywować będzie ciekawość.
Jest w tym coś przewrotnie pomysłowego: nie czekać na spotkanie Marsjan, tylko samemu zostać Marsjanami. Zubrin niewątpliwie wierzy przy tym w wytrwałość i konstruktywne zdolności człowieka, przekonując, że amerykańscy pionierzy również mierzyli się z nieznanymi wcześniej trudnościami, ale mimo to wystarczyło im determinacji.
Obecnie pioniersko-optymistyczna wizja Zubrina zyskała swój dystopijny cień: koncepcję przeprowadzki grupy ludzi wystarczająco bogatych i cynicznych, by ewakuować się z Ziemi, zanim skończą się zasoby naturalne. Przypomina to pomysły, o których rozczarowany technooptymista, a może technorealista – amerykański reporter Douglas Rushkoff pisał jakiś czas temu. Opisywał miliarderów, którzy żyją w nieustającej obawie przed końcem świata i dlatego budują bunkry, spichrze i kapsuły, które miałyby ochronić ich samych i ich bogactwo w razie powszechnej katastrofy. Teraz pojawia się nowa odsłona tej wizji: bogaczy z pobłażaniem obserwujących z kosmosu biednych kmiotków walczących o resztki na swojej starej planecie.
Kto jednak oglądał wystarczająco uważnie „Strefę mroku", serial z czasów zimnej wojny, który rozważał w fantastyczno-przypowieściowej formie obawy związane z wyścigiem zbrojeń i wiszący w powietrzu globalny strach po użyciu bomb atomowych, ten może przypomnieć sobie pewien ważny czynnik. Zaskakująco częstym motywem jest tam samotność człowieka, który przetrwał zagładę Ziemi. W jednym z odcinków milioner buduje bunkier przeciwnuklearny i tworzy symulacje eksplozji bomby atomowej, by przestraszyć i zaszantażować swoich wrogów. Nabiera się na to złudzenie sam i traci zmysły, przekonany, że został na Ziemi jeden jedyny. W innym odcinku kandydat do księżycowej misji trafia do symulacji świata pozbawionego obecności człowieka, żeby sprawdzić, na ile przejdzie test konfrontacji z absolutną samotnością.
Od kiedy słucham i czytam więcej o możliwych wariantach, jakimi może potoczyć się marsjańska misja, przypominają mi się te odcinki i wyobrażam sobie, kto może się śmiać ostatni, gdyby okazało się, że wszystko potoczy się tak źle, jak to możliwe. I jak wyglądałoby życie grupy uciekinierów, gdyby okazało się, że poza możliwą marsjańską bazą nie ma już nic, a zwłaszcza nie ma powrotu.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















