„Wyzwolenie” Wyspiańskiego: spektakl drażniący i bardzo polski

Maja Kleczewska zamyka „Wyzwoleniem” narodowy tryptyk w Teatrze Słowackiego. Spektakl jest dowodem rozczarowania: obiecane nam przez polityków zmiany pozostały jedynie w sferze deklaracji.
Czyta się kilka minut
Scena ze spektaklu „Wyzwolenie”, reżyseria Maja Kleczewska. Kraków, 2026 r. // Fot. Bartek Barczyk i Jaonna Siwiec // Teatr im. Juliusza Słowackiego
Scena ze spektaklu „Wyzwolenie”, reżyseria Maja Kleczewska. Kraków, 2026 r. // Fot. Bartek Barczyk i Jaonna Siwiec // Teatr im. Juliusza Słowackiego

Wyzwolenie” to spektakl oddający temperaturę wojny polsko-polskiej, kakofonię rzekomo patriotycznych haseł i okrzyków. Drażniący i pęknięty, dlatego łatwo go skreślić. Jednak nie zasługuje na to, bo oddaje coś, co nie kończy się w teatrze – nasze rozszczepione emocje, pogubienie i brak drogowskazu, w którą stronę iść, co zrobić ze swoim rozczarowaniem.

Cykl narodowych dramatów w Teatrze Słowackiego

„Dziady”, „Wesele”, a teraz „Wyzwolenie”: Maja Kleczewska powtórzyła w krakowskim teatrze wielki cykl dramatów narodowych. Zmieniono jedynie kolejność wystawiania, bowiem przed ponad stuleciem pierwsze na scenie krakowskiego teatru było „Wesele”, potem „Dziady” i „Wyzwolenie” – w takim porządku sam Wyspiański pokazywał je publiczności.

To jednak bez znaczenia, liczy się symboliczny gest, mocną nicią wiążący historię ze współczesnością, szukający i odnajdujący w niej punkty wspólne. Trzeba powiedzieć też – co adwersarzom Kleczewskiej, chętnie polemizującym z jej ostatnimi inscenizacjami trudno przechodzi przez usta – że to właśnie dzięki jej robionemu przy Placu Św. Ducha teatrowi przestrzeń symbolu spotkała się z rzeczywistością.

To „Dziady”, zaskakująco przecież wierne Mickiewiczowi, a w swej tonacji w istocie elegijne, podpaliły lont pod wojnę PiS z Teatrem Słowackiego, uruchomiły próbę przejęcia placówki oraz trwającą w nieskończoność (wbrew wszelkim regulacjom prawnym), a koniec końców nieskuteczną próbę odwołania jej dyrektora. Uniemożliwiła to bezprecedensowa jedność zespołu. Udało się to, co wcześniej nie powiodło się ani we wrocławskim Teatrze Polskim, ani nieopodal, w Starym. 

Wreszcie podczas premiery „Wesela” ogłoszono, że Teatr Słowackiego staje się drugą w Krakowie sceną narodową, co wobec ówczesnego repertuaru zdawało się jego naturalną konsekwencją. Dziś ów repertuar wygląda nieco inaczej, z niektórymi propozycjami wraz z ich artystyczną miałkością trudno mi się zgodzić („Pokój”, „Polish Horror Story”), niektórych jeszcze nie widziałem. Nie mam jednak wątpliwości, że to spektakle Kleczewskiej (choć oczywiście nie tylko) ugruntowały obecną pozycję Teatru Słowackiego.

Co z tym „Wyzwoleniem” 

Nie mogę sobie przypomnieć, czy to w spektaklu „Proszę państwa, Wyspiański umiera” w Teatrze Słowackiego właśnie, czy też w drugiej części zrealizowanego przez Agatę Dudę-Gracz dyptyku o autorze „Nocy listopadowej”, pada prześmiewcze, zadane publiczności pytanie o to, kto zrozumiał cokolwiek z „Wyzwolenia”.

Na widowni nie ma lasu rąk, bo i dramat sprawy nie ułatwia. Poświęcono mu w przeszłości i wciąż poświęca się wiele analiz i opracowań, by wymienić tylko znakomite „Wyspiański. Burzenie polskiego kościoła” Piotra Augustyniaka. Ale im z pozoru jaśniej, tym bardziej utwór pozostaje zagadką. 

Pomocą stają się więc wyraziste interpretacje reżyserskie, jak choćby Jana Klaty w gdańskim Teatrze Wybrzeże, który w wieczór poprzedzający wybory 15 października 2023 r. dowodził, że jedynym wyzwoleniem dla tego narodu jest śmierć, a w finale kazał Konradowi, jak Piotrowi Szczęsnemu, płonąć żywym ogniem. 

Albo ta z poprzedzającego pandemię widowiska Anny Augustynowicz, rozgrywającej dramat na ogromnej pustej scenie Teatru Polskiego w Warszawie. Wciąż brzmią mi w uszach głucho słowa Jerzego Treli (Duch Ojca) z tamtego przedstawienia, w żałobnym tonie bez litości punktującego nasze wydrążone czasy.

Scena ze spektaklu "Wyzwolenie", reżyseria Maja Kleczewska. Kraków, 2026 r. // Fot. Bartek Barczyk i Jaonna Siwiec // Teatr im Juliusza Słowackiego

Wspaniałe to spektakle, ale nie zmieniają faktu, iż nie mamy „Wyzwolenia” założycielskiego, na miarę legendarnej inscenizacji Konrada Swinarskiego. Odnosi się do niego na tej samej scenie Starego Teatru przy Placu Szczepańskim Jakub Skrzywanek w „Zamachu na Narodowy Stary Teatr”, by wprowadzić wyrazisty znak oparcia, po czym zerwania z tradycją, ale na pustej manifestacji się kończy. Nie zmienia tego symboliczne otwarcie okna na wiadomy plac ani słowa Doroty Segdy o fabryce Konradów, jaką stało się to miejsce. 

Kontekstem dla dzisiejszego przedstawienia Kleczewskiej są jej własne prace w Teatrze Słowackiego. Siłą rzeczy nieco zawęża to perspektywę. 

O tym, co słowa Wyspiańskiego znaczą w magmie dzisiejszej polityki

Zaczyna się znacząco. Aktorki i aktorzy Teatru Słowackiego wchodzą w przestrzeń gry od strony widowni, stają w przejściach między rzędami. Za chwilę zostaną chórem rytmicznie skandującym frazy z dramatu Wyspiańskiego pod batutą jedynego Konrada w programie nieopatrzonego numerem, granego przez Mateusza Bieryta. 

Konradów tak w ogóle jest bodaj dziewiętnastu, gra ich szesnaścioro aktorek i aktorów, dlaczego akurat tyle, nie potrafię dociec. Przyznam, że gdyby było mniej albo więcej, nic by to dla mnie nie zmieniło, nie wchodzę w tak głębokie meandry dramaturgii widowiska.

Ważne jednak, iż już od pierwszej sekwencji widać, że Kleczewska wraz Grzegorzem Niziołkiem, powracającym do roli dramaturga w jej teatrze, kładą nacisk nie na jednostkę, ale na zbiorowość. Mówią, że ów Konrad dyrygent, w kurtce przywodzącej na myśl granego przez Zbigniewa Cybulskiego Maćka Chełmickiego z „Popiołu i diamentu” albo postaci z książek Tadeusza Konwickiego, nie jest żadnym przywódcą, postromantycznym bohaterem wadzącym się z tamtym Konradem, co chciał rzędu dusz, ale jedynie przodownikiem chóru. Kimś, kto nadaje ton melodii, ale donikąd nikogo nie poprowadzi. 

Nie wiem, jak wyglądałoby to „Wyzwolenie”, gdyby tę rolę zagrała Dominika Bednarczyk, jak było planowane. Zapewne mocniej dialogowałoby z „Dziadami” i jej kreacją w tamtym spektaklu, ale po rezygnacji aktorki Kleczewska wyszła z opresji. Przenosząc ciężar interpretacji na zbiorowość, powiedziała o nas coś bardzo niewygodnego.

Reżyserce zarzucono po premierze, że zainscenizowała polityczny wiec. Zgadzam się, to jest spektakl o temperaturze doraźnej manifestacji, to jest teatr wiecowy, tyle że wnioski z niego płynące wykraczają poza publicystykę. 

Mamy w krakowskim „Wyzwoleniu” spory racji, mamy przekrzykiwania zwaśnionych stron, zamienia inscenizatorka frazy z dramatu w bełkot ideologicznej nowomowy. Dokonuje wraz z Niziołkiem mocnej operacji na tekście, ale bynajmniej go nie masakruje. Przeciwnie, sprawdza, co słowa Wyspiańskiego znaczą w magmie dzisiejszej polityki, w niekończącej się i odradzającej co i rusz wojnie polsko-polskiej. 

Nie z racji indolencji twórczej, ale z powodu świadomego wyboru buduje Kleczewska kakofonię haseł i okrzyków, oratorium wielkich słów z przebijającą się przez wszechogarniający hałas Polską odmienianą przez wszystkie przypadki. Tyle że nie służy to podbijaniu tez jednej strony, ale atakuje po równo obie. W ten sposób krakowskie „Wyzwolenie” staje się dowodem rozczarowania, że obiecane zmiany w dużej mierze pozostały jedynie w sferze deklaracji. 

Finał trylogii, upadek Wawelu

Justyna Łagowska zbudowała na obrotowej scenie gigantyczne schody, odwołując się nie wprost do klasycznego dzieła Andrzeja Pronaszki, połączonego z wizją Leona Schillera. Postaci chodzą po owych schodach w dół i w górę, ale niczego u ich szczytu nie dostrzegają. 

Muzyka Cezarego Duchnowskiego transponuje motywy pozornie bliskie Piwnicy pod Baranami, ale zaburza je i celowo zniekształca. W tle na wizualizacjach Garbaczewskiego widzimy rozwalającą się emblematyczną architekturę Krakowa, z powracającym obrazem rozpadającego się Wawelu. A więc burzenie polskiego kościoła – moglibyśmy powiedzieć za Augustyniakiem. Wszystko w rozpadzie.

Przejmująco wybrzmiewają znane słowa Starego Aktora (Tomasz Międzik), a potem samotny marsz Konrada Bieryta po schodach w absolutnej ciszy. Jeśli mam o coś pretensje do Kleczewskiej, to chyba o to, że „Wyzwolenie” nie kończy się jakieś dziesięć minut wcześniej. Że nie zostawia nas i Konrada wobec pustki. Taki bym wolał finał narodowej trylogii.

Najbliższe pokazy „Wyzwolenia” w Teatrze Słowackiego od 29 kwietnia. 

Autor jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”