Za co kochamy Wojsko Polskie? Za sprzęt i defilady

Wszyscy Polacy chcą, żeby wreszcie było normalnie. Ale defilada potwierdza, że zgoda ta obejmuje także akceptację polskiego zabijania. Jest w nas ledwo ukryte pragnienie, by w końcu porządnie komuś przywalić.
Czyta się kilka minut
Defilada z okazji Święta Wojska Polskiego, Warszawa, 15 sierpnia 2024 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter
Defilada z okazji Święta Wojska Polskiego, Warszawa, 15 sierpnia 2024 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter

Tuż przed rozpoczęciem tegorocznej defilady prezydent Andrzej Duda objaśnił, że pozwoli ona „zobaczyć zmianę – najnowocześniejszy sprzęt, który jest gwarantem naszego bezpieczeństwa”. I rzeczywiście, prawdziwymi gwiazdami były 15 sierpnia supermaszyny: we wszystkich relacjach zwracano uwagę na Himarsy, Apache, Leopardy, Kraby, Żmije i Thundery. Na nie też czekała publiczność, wyciągając szyję i wykręcając karki. Zmiana wyglądałaby więc następująco: gwarantem naszego bezpieczeństwa jest już nie państwo, ale technologia kupowana za pieniądze, których nie ma na tanie mieszkania, sprawną ochronę zdrowia i pensje dla nauczycieli. A to wszystko przy – jak się wydaje – zgodnej akceptacji większości elektoratu, który kłóci się o wszystko, ale stoi murem nie tyle za mundurem, ile za polskim F-16.

Jak widać, maszerujący mogą nam wiele powiedzieć o nas samych.

Święto Wojska Polskiego: pod czyją obronę się uciekamy?

Jak większość czytelników organicznie wręcz jestem cywilem i wszelkie zamiłowania do wojskowości są mi obce. Defilady? Te pokazy wojskowej i państwowej mocy wydawały mi się i dość proste jako zjawisko, i mało atrakcyjne jako temat. W ostatnich latach sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. Defilady stały się atrakcją samą w sobie, przyciągającą coraz większe i autentycznie zaciekawione tłumy.

Proces ten wiąże się oczywiście ze świętem Wojska Polskiego, czyli jednym z kilku powodów, dla których 15 sierpnia jest wielką uroczystością państwową i narodową. W wydanej w 2010 r. książce „Teatra polskie. Historie” pisałem, że jest to szczególny dzień, łączący dawne, pogańskie jeszcze, święta wegetacji, uroczystość kościelną, mityczną rocznicę narodową i celebracje wojskowe w konglomerat, który miałby wielką moc oddziaływania, gdyby nie fakt, że rzecz dzieje się w samym środku wakacji, gdy jest poważny kłopot z zainteresowaniem publiczności.

15 sierpnia zaczął jednak zyskiwać na znaczeniu, i to nie jako święto kobiecej mocy życia (takie są wszak jego pradawne tradycje), ale jako celebracja rdzennie męskiej siły zabijania. Powody są oczywiste – wojna tocząca się w sąsiedztwie i narastające poczucie zagrożenia sprawiają, że uciekamy się pod opiekę fachowców, a defilada, podczas której prezentują się oni w swej najlepiej rozwiniętej wersji, najwyraźniej zaspokaja coraz ważniejsze dla nas potrzeby.

Defilada pełna metafor

Jako widowisko uliczne organizowane poza ściśle militarnymi okolicznościami i potrzebami (i dlatego różne od przeglądu wojsk, który tak zafascynował i przeraził Mickiewicza w Petersburgu) defilada jest wynalazkiem nowoczesnego państwa narodowego. Za pierwszą i największą uważa się francuską defiladę w dniu 14 lipca, organizowaną od 1880 r.

Ta prezentacja mocy, sprawności, gotowości i dyscypliny oparta jest na niezwykle prostej, ale bardzo wyrazistej zasadzie dramaturgicznej. Wojsko, pozostające na co dzień w odwodzie, wkracza demonstracyjnie w cywilną przestrzeń miasta, przejmuje ją, zdobywa, by pokazać, jaką siłą dysponuje, a następnie wykonać zbiorowy gest podporządkowania się „głowie państwa”. Oczywiście na trasie są tłumy obywateli, którzy oglądają przemarsz i do których defilada też się zwraca, ale gdyby ich z jakiegoś powodu zabrakło, to całe widowisko nadal miałoby podstawowy sens.

Bo defiladowa akcja polega na tym, że realna siła dysponująca możliwością i narzędziami zabijania prezentuje swoją podległość najwyższemu reprezentantowi państwa, jego „głowie”. Metafory cielesne są oczywiste: „głowa” przyjmuje z uznaniem gest „zbrojnego ramienia”, które choć ma moc, by głowę ściąć, uznaje jej wyższość w obrębie organizmu państwowego, którego członkami są wszyscy obywatele. Oglądamy zabójczą siłę, podlegającą rozkazom państwa, które składa tym samym obietnicę, że zapewni ochronę życia nas wszystkich. Defilada jest zatem demonstracją jednego z fundamentalnych powodów, dla którego władza i obywatele uznają konieczność istnienia państwa. Jest trybem istnienia wojska jako widowiska i zarazem pokazem mocy państwa – świątecznym stanem wyjątkowym.

Fikcja defilad wojskowych

Jedno z podstawowych przesłań wielkich defilad świątecznych brzmi jednak: wojsko nie broni państwa – broni narodu. Nieodzownym wręcz elementem defilady z okazji święta państwowego staje się zatem „tradycja”, przejawiająca się najczęściej w postaci oddziałów w mundurach historycznych, reprezentujących poprzednie generacje chłopców malowanych.

Skala ich uczestnictwa może być różna – od niewielkiej, symbolicznej grupy pojawiającej się zwykle na początku pokazu (w Polsce zazwyczaj jest to oddział kawalerii), po rozbudowane parady historyczne (jak słynna Parada Tysiąclecia w Warszawie w 1966 r., którą tak wspaniale opisywał znawca teatru i wojskowości Zbigniew Raszewski). Niezależnie od rozmiarów, sens jest ten sam: defilują nie tylko dzisiejsze siły zbrojne, ale także żołnierze z przeszłości, których dzieło współczesne wojsko kontynuuje. Tym samym tworzy się rodzaj wspólnoty żywych i umarłych. Zmilitaryzowane święto dziadów. Żołnierze w mundurach dawnych formacji, choćby Wojska Polskiego z 1920 r., to przecież wcielone duchy poległych, powracających, by potwierdzić ciągłość służby, która – jak władza królewska i jak państwo – nie umiera wraz z jej czasowymi wcieleniami. Umarło wojsko – niech żyje wojsko!

Oto szczelina, przez którą w celebrację mocy, pewności i bezpieczeństwa wkracza towarzyszący życiu cień – śmierć. Defilada z zasady jest prezentacją wyidealizowaną, a więc w jakiejś mierze – fikcyjną. Oczywiście – maszerują prawdziwi żołnierze, ale przecież wszyscy wiedzą: wojsko tak się nie porusza i tak nie wygląda, gdy wykonuje zadania, do których zostało powołane. Uporządkowane szyki, maszerujące we wzorcowym, nienagannie rytmicznym układzie choreograficznym, wykonują czynności, które nie mają wiele wspólnego z realnymi działaniami na polu walki.

Mistycyzm defilad wojskowych

Taka idealizacja musztry jest rozbudowana i ścisła, bo ukrywa, że fundamentem deklarowanego podporządkowania państwu jest zgoda na śmierć. Spełnienie składanej przez państwo obietnicy ochrony życia obywateli jest możliwe pod warunkiem przyznania mu mocy zmuszania niektórych obywateli do tego, by swoje życie stracili. Defilada jest niewypowiedzianym, ale wystawionym potwierdzeniem tej zgody. Przyjmując ją, głowa państwa przyjmuje zarazem ich gotowość do spełnienia ofiary.

Choreografia umundurowanych szyków idących nienagannie równym krokiem, superfalliczne rakiety doznające erekcji na widok tłumów, wznoszące się ku niebu głowy pozdrawiające nadziemskie siły, umpa-umpanie orkiestr – wszystko to usiłuje zasłonić obraz, który podsuwa nam zbiorowa pamięć i strach – tych samych chłopców porozrywanych na polach walki, siedzących w brudnych okopach, zagrzebanych w błocie, straszliwie poranionych. Wracających po wojnie do domu i niebędących w stanie powrócić. W defiladzie biorą udział prawdziwi żołnierze, ale ona sama jest fikcją wojska, którego najtwardszą realność stanowi gotowość cierpienia i poniesienia śmierci na rozkaz.

Fikcją, ale też – obietnicą wniebowzięcia. Pamiętacie, prawda? „Czwórkami do nieba szli żołnierze z Westerplatte”. Pojawiający się na defiladach bohaterowie dawnych wojen, powracają między żywych nie jako umarli, ale jako „polegli na polu chwały”. Otrzymują od państwa i narodu dar pamięci, świecką wersję wieczności, stanowiącą dopełnienie kontraktu: zapłatę za oddanie życia.

W defiladzie polskie państwo spełnia więc także zamach ostateczny: przejmuje funkcje religijne i staje się szafarzem zbawienia. Jest w tym wspierane ochoczo przez kapłanów wielu, w tym największych, wyznań, którzy już dawno zrezygnowali z prób przeciwstawiania się państwu i wolą pobłogosławić jego wojenną eschatologię, niż odmówić jej posłuszeństwa, nawet jeśli głoszą religię miłości i pokoju, czcząc tego samego dnia Panią, której w ofierze nie składa się życia, ale naręcza kwiatów.

Defilada z okazji Święta Wojska Polskiego na Wisłostradzie w Warszawie, 15 sierpnia 2024 r. // Fot. Leszek Szymański / PAP

Wielka defilada warszawska

Święto Wojska Polskiego obchodzone w dzień uroczystości Wniebowzięcia to więc doskonały wyraz wielkiego kompleksu symboliczno-znaczeniowego. Nic więc dziwnego, że właśnie z nim wiążą się największe widowiska defiladowe, zwłaszcza że Święto Niepodległości 11 listopada zostało polskiemu państwu zabrane przez organizatorów marszu, który zdecydowanie defiladą nie jest. Choć ma znamiona akcji paramilitarnej, to raczej partyzanckiej.

Może natomiast dziwić, że wielkie defilady wojskowe z okazji 15 sierpnia to tradycja wynaleziona stosunkowo niedawno. Samo święto, oczywiście, ma korzenie przedwojenne i jako takie zostało odnowione w roku 1992, zastępując Dzień Wojska Polskiego obchodzony w PRL w rocznicę bitwy pod Lenino. Jednak zaskakująco długo jego obchody nie wyróżniały się niczym specjalnym, a towarzysząca im parada wojskowa miała skromne rozmiary.

Zmiana dokonała się dopiero w roku 2007, gdy pod auspicjami prezydenta Lecha Kaczyńskiego zorganizowano 15 sierpnia pierwszą wielką defiladę warszawską. Przygotowane starannie i z rozmachem widowisko zawierające wiele atrakcji specjalnych odniosło autentyczny sukces frekwencyjny, potwierdzając świadomość performatywną ówczesnego prezydenta i jego środowiska. Uświadomiło też moc defilady wszystkim aktorom życia politycznego, niezależnie od ich przynależności partyjnej.

To rzecz dla współczesnej defilady 15 sierpnia podstawowa: obok troski o interesy wielkiego biznesu stanowi ona jeden z niewielu elementów łączących ugrupowania odgrywające od 20 już niemal lat medialny spektakl wielkiego konfliktu. Powołana przez prezydenta Kaczyńskiego, była z taką samą troską i gorliwością organizowana przez prezydenta Komorowskiego i ministra Siemoniaka, jak i przez prezydenta Dudę i ministra Błaszczaka (choć ci dwaj mieli pecha, bo pandemia zatrzymała defilady na trzy lata).

Co frapujące, za każdym razem główni sprawcy powtarzają to samo: że nadchodząca parada będzie inna niż wszystkie i że tym razem będzie można zobaczyć naprawdę najnowocześniejszy sprzęt. Oczywiście powtarzają też, że udział w defiladzie to wyraz wdzięczności dla żołnierzy i dumy z naszego wojska, ale można odnieść wrażenie, że ta duma coraz wyraźniej skierowana jest w przyszłość, a nie w przeszłość, choć o chwalebnej historii 15 sierpnia też nie sposób zapomnieć.

Popularność defilady podsycana wojnami

Ostatnie defilady, organizowane w trakcie wojny w Ukrainie, choć zawierają odwołania do tradycji, większy nacisk kładą na nowoczesność, profesjonalizm i sprawczość, tworząc obraz „Silnej Biało-Czerwonej”. Na defiladę pod takim właśnie hasłem zapraszał rok temu minister Błaszczak, a choć minister Kosiniak-Kamysz hasła nie przejął, to pod jego zaproszeniem na defiladę tegoroczną, która „będzie wyrazem wdzięczności wobec minionych pokoleń i nadziei dla przyszłych”, a także „pokazaniem naszej siły, sprawczości oraz jedności, której bardzo potrzebujemy w obliczu zagrożeń ze Wschodu” – poprzednik z pewnością by się podpisał.

Zapowiedzi zostały spełnione: takiego poziomu wzajemnego komplementowania się przez walczących ze sobą jawnie prezydenta i premiera nie słyszano od bardzo dawna. Być może udało się tę jedność osiągnąć, bo defilada zwrócona była w przyszłość. To element, o którym dotychczas mowy nie było: wojskowy popis jako proroctwo, zapowiedź zwycięstwa, do którego się przygotowujemy. Najpełniejszy egzorcyzm zwrócony przeciwko cieniowi śmierci: zamiast niej obietnica ochrony życia zapowiada tryumf, a zgromadzone siły naprężają się, by przekonać o jego pewności.

O ogólnonarodowej jedności wokółwojskowej, w tym także o jej finansowym wymiarze mówił występujący przed prezydentem (a potem przez niego pochwalony!) premier. On też mówił o przyszłości – że jej wojny toczą się już wokół nas. A odwołując się do przeszłości, do bitwy warszawskiej jako „cudu nad Wisłą”, powiedział jeszcze, że cały ten wspólny wysiłek, by zbudować nowoczesną armię, jest po to, „by Polska, polskie wojsko, Polki i Polacy nie musieli już nigdy liczyć w przyszłości na cud”.

Transformersi w Wojsku Polskim

Premier wie, co mówi i mówi, co wie, więc przyszła wojna, która już się toczy, w polskim wydaniu ma być nowoczesną wersją prawdziwej narodowej legendy: husarza polskiego jako ludzko-nieludzkiej hybrydy dającej supermoc. Tak jak dawni Polacy przemieniali się w ironmenów wsiadając na konie i okrywając zbroją, tak współcześni i przyszli połączą się ze wspomnianą na początku technologią. Duch narodu wejdzie w maszynę i odrodzi się jako polski transformers, górujący nad przeciwnikami, nietykalny i niewinny, bo rażący wrogów z dala, bez konieczności oglądania przerażonych twarzy, słuchania błagań i ryzyka obryzgania krwią.

Jest w tym nie tylko współczesna fascynacja i zależność od technologii, która udostępnia nam świat, izolując od niego. Jest też w powtarzaniu zaklęć o nadludzkiej sprawności „sprzętu” odreagowanie narodowego mitu, który bodaj najjaskrawiej pokazał Andrzej Wajda w „Lotnej” – gdy piękny polski ułan legendarną polską szablą daremnie tnie lufę niemieckiego czołgu. Nie będzie już szabel ani cudów, ani duchowych jeno bitew. Polska stanie się wreszcie normalnym państwem, które w razie potrzeby będzie mogło zbombardować rakietami wrogą stolicę.

Wszyscy chcą, żeby wreszcie było „normalnie”. Defilada potwierdza, że zgoda ta obejmuje także akceptację polskiego zabijania. Nawet więcej: jest w nas też ledwo ukryte pragnienie, by wreszcie przestać bronić straconych redut i w końcu porządnie komuś przywalić. Defilada obiecuje, że będzie to możliwe. Już nie tylko nie oddamy ani guzika, ale wszystkie guziki powciskamy i Bóg w końcu pozna nas Polaków, a świat się dowie, czym być może straż polska u jego znaków.

Po warszawskim bruku chrzęszczą gąsienice czołgów, na niebie huczą silniki F-35. A mnie się przypomina wiersz ulubionego poety prawdziwych polskich patriotów i słyszę drwiący śmiech guzików.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 34/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Świąteczny stan wyjątkowy