Z pewnością oglądałem w telewizji tę samą defiladę, którą na kolejnych stronach czułym okiem teatrologa rozebrał na czynniki pierwsze Dariusz Kosiński, tłumacząc, jakie struny porusza w nas oglądanie maszerującego wojska. Pisze Kosiński, że „jest w nas ledwie ukryte pragnienie, żeby w końcu porządnie komuś przywalić”, i z tym łączy ostatni wybuch polskiego zainteresowania obronnością, wojskiem i uzbrojeniem.
Przyznaję, że nie od razu odnalazłem się w tej diagnozie, bo choć – jako się rzekło – patrzyliśmy na to samo widowisko, akcenty rozłożyły się nam odrobinę inaczej. On widzi w defiladzie przede wszystkim rytuał okiełznywania przemocy, którą dysponuje państwo, i symboliczny akt oddania tej mocy pod kontrolę władzy pochodzącej z demokratycznego wyboru. To prawda. Demokracje od zawsze miały problem z wojskiem, które demokratyczne z definicji być nie może. Nawet tak koślawa forma demokracji, jaką była republika rzymska, wykształciła zainspirowaną greckimi zwyczajami formułę triumfu, podczas którego zwycięski wódz wkraczał do Wiecznego Miasta, jednocześnie witany przez wiwatujących mieszkańców i wykpiwany przez podwładnych. W trakcie triumfalnego wjazdu Juliusza Cezara legioniści nucili na przykład kuplecik, w którym radzili współobywatelom, żeby pochowali żony, bo jedzie z nimi łysy zboczeniec (Cezar istotnie był wtedy niemal łysy jak kolano, co musiało boleć go tym mocniej, że jego rodowy przydomek był pochodną słowa caesaries oznaczającego bujne włosy). Spektakl rzymskiego triumfu miał więc wbudowane bezpieczniki, które służyły temu, żeby triumfator nie odleciał w samouwielbienie.
Przyjmującym warszawską defiladę politykom również z trudem przychodziło ukrywanie poczucia siły i sprawczości. Sami żołnierze zapewnili nam jednak – poza innymi wrażeniami – kojące poczucie, że żyjemy w państwie, które coraz rzadziej musi ze wstydem porównywać się do innych, lepiej zorganizowanych, że ostatnich 34 lat skandalicznie nie zmarnowaliśmy, choć wiele rzeczy udało się nam oczywiście spartolić.
Jak po każdej defiladzie, i po tej trzeba wprawdzie wrócić do rzeczywistości, ale poczucie, że gra się w pierwszej lidze, jest od niej naprawdę miłą odskocznią. Nawet bez pragnienia, żeby przy tym komuś solidnie przywalać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















