Dziewięciu aminokwasów z listy tych niezbędnych, żeby dało się pchać wciąż do przodu i wiecznie pod górkę życiowy wózek, nasze ciało nie umie samo wytworzyć. Albo wytwarza ich za mało – trzeba je nieustannie pobierać z pożywienia.
Chyba że jesteście kotami, bardzo w takim razie zazdroszczę, nikt wam nie broni w imię pomnażania PKB czy tym podobnych niedorzeczności przespać na kaloryferze te kilkanaście ciemnych tygodni. A do tego jeszcze ludzcy niewolnicy regularnie karmią i z radością usuwają to, co potem wydalicie. Przy tym jednak muszą pamiętać, iż aminokwasów potrzeba wam aż jedenastu, w tym przede wszystkim tauryny. Taki widzę jedyny sens popijania ohydnych napojów energetycznych – z racji tego, że zawierają ową substancję, konsument znużony swoją ludzkością może się łudzić, że powoli zmieni tożsamość na kocią. Żeby tylko się kiedyś nie obudził jako byk. Czerwony w dodatku.
Ale nawet ten lub ta, kto nie planuje transgatunkowych kombinacji i stąpając na dwóch nogach pozostaje wierny misji udowadniania, że opłacało się naszym przodkom zleźć z afrykańskiego drzewa i wyruszyć na północ, gdzie bezkresne błota aż się prosiły, żeby ktoś je pokochał, otóż stuprocentowi ludzie też nie są wolni od aminokwaśnej ściemy.
Sortowałem w pamięci sprawy z minionego roku, aby odsiać z wielu trendzików, które mają się do trendów tak jak trądzik do trądu, pojedyncze zjawiska godne miana trwalszej tendencji, która „coś o nas mówi”. Z tych dotąd tu nieopisanych mignęła mi jedna, idiotyczna w skali tak ogromnej, że nie wiem, jak mogłem to przeoczyć. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że była przezroczysta, wtapiała się w tło czasów, kiedy nie brakowało innych, kolorowych jak matcha i pistacja powodów, żeby pisać satyrę na bliźnich.
Nowy trend: woda białkowa. Komu to potrzebne?
Woda białkowa. Tak, woda z dodatkiem jakichś wyciągów z serwatki lub strączków, często doprawiona słodzikiem i jakimś sztucznym aromatem. Wiem, czemu ją dosmaczają, bo sam lubię czasami popić serwatki, zwłaszcza koziej: otóż wszelkie takie zawiesiny mają pewien taki mdły, „biologiczny” posmak i konsystencję, które mogą być przykre dla ludzi przyzwyczajonych do czystych bodźców, na jakich gra w naszych mózgach przemysł spożywczy.
A na jakich ideach i skojarzeniach gra marketing tego zbędnego koktajlu? Tak, zbędnego, jeśli nie uprawiacie profesjonalnie sportu ani nie cierpicie na poważne zaburzenia metabolizmu – w obu przypadkach zaś waszym partnerem winien być rzetelny dietetyk i lekarz, a nie influencerka z fikuśną butelką. W większości przypadków codzienna dieta Europejczyka, nawet tego nie z najbogatszych krajów, także jeśli biega rano albo chodzi na siłkę, dostarcza ze sporą górką niezbędnych białek, z których nasze organizmy wyciągają sobie potem potrzebne aminokwasy i inne fizjoklocki. Przynajmniej jeśli wierzyć normom wyznaczanym przez kompetentne ośrodki państwowe i unijne.
Reszta tego białkowego wsadu jest po prostu przepalana, jak w turbodoładowanym silniku. Właśnie na „doładowaniu” i dostarczeniu siły bazuje narracja tego produktu w ramach naszej biedareligii zdrowia i dobrości (tak tłumaczę wellness, jak wam się podoba?). Obok sakramentalnych „supli”, zapewniających wszystko, szkoda, że w postaci średnio lub małoprzyswajalnej. Szybki wzrost ich popularności to chyba nareszcie ta wypatrywana przez medialnych pastuszków gwiazda betlejemska nowego trendu. Czy nawet – pozwólcie że poprawię okulary – zmiana paradygmatu.
Bardziej oczytani w fachowych publikacjach opisują to tak: przez dekadę dźwignią sprzedaży i kształtowania oczekiwań była negatywność, brak, uwolnienie, odwołujące się do poczucia winy, strachu przed nieczystością i skazą. Free From. Bez glutenu, bez cukru, bez mięsa oczywiście. Bez takich czy śmakich grzesznych substancji. Wahadło się jednak właśnie ruszyło i od postu ruszamy w stronę karnawału, weszliśmy w epokę Rich In. Mamy się wzbogacać, wypełniać, być mocniejsi, spełnieni, wyżsi. Bardziej blond i niebieskoocy. Dzieli mnie wystarczająco dużo stron od jak zawsze mistrzowskiego szkicu Jarosława Flisa, żeby jego autor nie pogniewał się, że pozwalam sobie w tym samym numerze na mocno naciągane polityczne paralele, ale mnie strasznie korci.
Akcent w jedzeniu na „bez” miał silny walor etyczny i dobrze się rymował z dogmatyzmem zachodniej lewicy, etykietowanym przez jej krytyków terminem woke. To było i jest wyrosłe z zacnych motywacji, ale w końcu obsesyjne i manichejskie poszukiwanie czystości, którego najwidoczniejszym wyrazem jest wycinanie, usuwanie z pola widzenia każdej możliwej przewiny, coraz mniejszych drobinek nieprawidłowej tożsamości, poglądów, uczuć.
Nowy zaś akcent na „z”, pakowanie w siebie pierwiastków krzepy i tężyzny, jedzenie nakierowane na to, byśmy byli great again, jak po jakimś strasznym osłabieniu, to brzmi jak piosenka śpiewana przez ducha naszych coraz bardziej prawicowych czasów.
Jedyna zdrowa rzecz, jaką chciałbym propagować w swej kuchni, to rozsądek, więc nie bierzcie tego tak całkiem na serio. Mówię raczej o przesunięciu w ramach chwiejnej równowagi – w końcu każdy deser musi też mieć w sobie sól, żeby lepiej było czuć słodycz, a niejedną słoną potrawę lekko się na koniec słodzi, żeby rozkosz była głębsza. Życzę wam w nowym roku, żeby każdemu i każdej z was było dane akurat. Nie „dużo szczęścia” – lecz tylko tyle, ile będziecie potrafili i potrafiły docenić, strawić, podnieść i ponieść w żołądku lub sercu.

Zimowa zupa z soczewicy
250 g soczewicy brązowej lub zielonej
300 g krótkiego makaronu
1 marchew
1 cebula
1 łodyga selera
1 ząbek czosnku
100 ml przecieru pomidorowego
1,2 l bulionu warzywnego
rozmaryn, tymianek, pieprz
oliwa, parmezan
Nie będę przed wami po tylu latach udawać, że czasem nie przesadzam z białkiem – tyle że staram się to czynić na przyjemniejsze sposoby niż picie bezbarwnej cieczy.
Jedna z takich bomb proteinowych – bo nie tylko soczewica, z której białek wyciągamy bardzo potrzebną lizynę, ale i mnóstwo glutenu z klusek – akurat się zaleca na te dni. W wielu bowiem kulturach potrawy złożone z mnóstwa drobnych składników, ziaren, drobinek stanowią pradawną noworoczną prefigurację obfitości. W basenie Morza Śródziemnego dużo się wtedy jada soczewicy właśnie. Ten przepis jest świetnym comfort foodem i pozwala też dowolnie kształtować konsystencję, w wersji bardziej suchej znany jest jako pasta e lenticchie, ale akurat tradycje wielu włoskich regionów zawierają rozmaite zupiszcza tak gęste, że właściwie można je uznać za „stałą” potrawę.
Siekamy w drobną kosteczkę cebulę, marchew i selera. Wiadomo – święta włoska trójca soffritto, magiczna formuła do wszystkiego.
Zaczynamy je dusić na oliwie w sporym garnku o grubym dnie na wolnym ogniu. Kiedy trochę się zeszklą, podlewamy odrobiną gorącego bulionu, dalej dusimy parę minut.
Dodajemy opłukaną dobrze na sicie soczewicę i przecier, mieszamy, zalewamy gorącym bulionem tak, by przykrył wszystko na ok. 1 cm, dodajemy rozmaryn i tymianek związane w bukiecik nitką oraz czosnek.
Przykrywamy i gotujemy na wolnym ogniu, co jakiś czas sprawdzając, czy nie jest za sucho, ewentualnie dolewając bulionu. Po ok. 40 minutach powinna być miękka.
Wyjmujemy zioła i czosnek. Wsypujemy makaron, zalewamy słuszną znów ilością wrzącego bulionu, żeby przykryć wszystko, gotujemy na średnim ogniu odkryte, co jakiś czas mieszając i ewentualnie dolewając dalej bulion lub, jeśli się nam skończył, wrzątek.
Wyłączamy ogień, kiedy kluski będą mocno al dente, bo jeszcze przez kilka minut będą dalej mięknąć i uwalniać skrobię, co można przyspieszyć energicznym ruchem łyżki. Potem dolewamy jeszcze płynu tyle, żeby osiągnąć dobrą dla nas konsystencję – ja lubię bardzo „zupnie”.
Na wydaniu garść parmezanu lub podobnego sera, pieprz i kleks oliwy. W wersji jeszcze bardziej białkowej można dodać na etapie duszenia soffritto dwa-trzy plasterki boczku pokrojonego w paski.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















