Wkoło Watykanu: o Kościele, który wciąż tkwi w przeszłości

W Papieskiej Akademii Życia znalazło się kilkoro naukowców znanych z publicznego poparcia dla aborcji, zapłodnienia in vitro czy teorii gender. Franciszek kompletnie zmienił instytucję powołaną przez Jana Pawła II.
w cyklu WKOŁO WATYKANU
Czyta się kilka minut
Kard. Willem Jacobus Eijk, lekarz, teolog moralny, wita się z członkami kolegium kardynalskiego przed jednym ze spotkań poprzedzających konklawe, na którym wybrano papieża Franciszka, Bazylika św. Piotra, 6 marca 2013 r. // Fot. Vincenzo Pinto / AFP / East News
Kard. Willem Jacobus Eijk, lekarz, teolog moralny, wita się z członkami kolegium kardynalskiego przed jednym ze spotkań poprzedzających konklawe, na którym wybrano papieża Franciszka, Bazylika św. Piotra, 6 marca 2013 r. // Fot. Vincenzo Pinto / AFP / East News

Dwa zawody cieszyły się w moim domu wyjątkową estymą: księdza i lekarza. Nic w tym wyjątkowego, bo obie profesje przez lata wyróżniały się społecznym prestiżem. O czym świadczą choćby literackie opisy życia na polskiej wsi czy w małym miasteczku, gdzie proboszcz i doktor stanowili trzon lokalnej elity (przedstawicieli innych zawodów dopuszczano do niej jedynie w stanie wyższej konieczności, jak polowanie czy partia brydża).

A ponieważ dość szybko spotkałem lekarzy, którzy nie garnęli się do Kościoła (a nigdy księdza, który by lekceważył medycynę), doszedłem do wniosku, że zrównywanie profesji nie zawsze musi być jednakowo nobilitujące dla obu stron. Z czasem coraz mocniej rzucała mi się w oczy rewerencja, z jaką znajomi duchowni traktowali lekarzy, i to ciągłe podkreślanie łączącej ich wyjątkowości („wy leczycie ciała, my – dusze”), w których widziałem nie tyle wyrazy uznania dla wiedzy medyków (albo zapobiegliwej troski, skoro w nieszczęściu wszyscy trafią w ich ręce), co szacunku wobec nauki jako takiej: medycynę uważali za jej najdoskonalszą reprezentację. Był to szacunek w pełni uzasadniony, nawet jeśli pobrzmiewało w nim echo kompleksu absolwentów teologii – dyscypliny, której z wielu powodów odmawiano naukowości, a która hasło „fides quaerens intellectum” wpisała na swoje sztandary. W pielęgnowaniu przez duchownych zażyłości, także towarzyskiej, z lekarzami widziałem więc przejaw nie tylko aspiracji społecznych, ale też próbę umocowania teologii pośród poważnych nauk.

O szczególnej atencji duchowieństwa do medycyny mogłem zresztą przekonać się sam, prawie 40 lat temu, gdy opuściłem wydział lekarski i zameldowałem się we franciszkańskim seminarium duchownym. Nie ma co ukrywać – filozofia i teologia były dużo łatwiejsze od anatomii i histologii, więc nauka nie zajmowała mi wiele czasu. Zaliczone egzaminy na Akademii Medycznej i praktyki w szpitalu sprawiły, że do moich zakonnych obowiązków dodano opiekę nad chorymi współbraćmi oraz wszelkie kontakty ze służbą zdrowia (wizyty lekarskie, rutynowe i w nagłych przypadkach, pogadanki i spotkania okolicznościowe). Pamiętam też księży-lekarzy, wtedy nielicznych, prowadzących wykłady z tzw. medycyny pastoralnej, i autorytet, jaki ich otaczał – byli żywym dowodem, że naukę można nie tylko pogodzić z wiarą i wiernością doktrynie Kościoła, ale wręcz im podporządkować.

Z lat młodzieńczych poszukiwań własnej drogi zostało mi wiele wspomnień i cenne znajomości w obu środowiskach – medycznym i kościelnym. Dwóch kolegów jest profesorami medycyny, trzech biskupami, kilku pracuje w Watykanie.

Stały jak Holender

Od jednego z nich dostałem ostatnio książkę kard. Willema Jacobusa Eijka „O miłości, małżeństwie i etyce seksualnej”, dopiero co wydaną po włosku. Holenderski kardynał jest z wykształcenia lekarzem, co w przypadku duchownych zwykle determinuje dalszą ścieżkę naukową w dziedzinie bioetyki lub teologii moralnej.

Na 464 stronach książki kard. Eijk precyzyjnie, systematycznie i scholastycznie wykłada katolicką doktrynę w tytułowej materii, opisując jej rozwój na tle zmieniających się obyczajów i mód. Niezmienność nauczania Kościoła jest więc hasłem przewodnim jego pracy, co w przypadku hierarchy konserwatywnego nie dziwi, podobnie jak wyrażana wielokrotnie tęsknota za „niezbyt odległą przeszłością”, kiedy to zasadniczym celem miłości małżeńskiej była prokreacja, a katoliccy teologowie nie usprawiedliwiali antykoncepcji, rozwodów, homoseksualizmu i zmiany płci.

Kardynał nie ukrywa, że te niepokojące zjawiska w Kościele zaczęły się w latach 60., po Soborze Watykańskim II. Uznanie tego okresu za „nieodległą przeszłość” mogłoby sugerować, że hierarcha jest wiekowy (a ma 71 lat – niewiele jak na kardynała), albo że nie zauważył, jak bardzo zmienił się świat i nauka, zwłaszcza o człowieku. Co w przypadku lekarza byłoby już dziwne.

Bo przecież właśnie ze względu na dwojakie wykształcenie, medyczno-teologiczne, jest Eijk cenionym autorytetem. To właśnie z tego powodu jego książki, w tym ostatnia, cieszą się takim zainteresowaniem – także hierarchów z kurii rzymskiej, zachwyconych ortodoksyjnością i klarownością wykładu, ale też zaspokajającą ciekawość szczegółowością, zwłaszcza w opisach stosunku seksualnego, wytrysku, masturbacji czy systematyzowaniu parafilii.

Wprawdzie kardynał skończył studia medyczne 50 lat temu (w nauce to kilka epok), ale to nie powód, by kwestionować jego kompetencje. Zajmuje się przecież kwestiami etycznymi, a więc – w przekonaniu wielu – niezmiennymi. Bardziej znaczący wydaje się jednak fakt, że prezentując rozwój doktryny, ani razu nie wspomina o nauczaniu obecnego papieża, np. na temat homoseksualizmu, praw kobiet czy komunii dla rozwiedzionych. Dziesięciu lat obecnego pontyfikatu w książce kard. Eijka nie ma.

Otwarta akademia

Holenderski kardynał jest członkiem Papieskiej Akademii Życia, o której też w ostatnich tygodniach było głośno z powodu własnej, nowej publikacji – „Małego leksykonu końca życia”. Pisał o niej na naszych łamach Artur Sporniak, tu skupię się jedynie na kontrowersjach, jakie budzi sama instytucja, stojąca na stanowisku, że Kościół nie powinien unikać dyskusji na żadne tematy, ani konfrontacji z najnowszymi osiągnięciami nauki. Słowem – nie powinien pozostawać mentalnie w przeszłości, choćby i nieodległej. Ale nie zawsze akademia taka była.

Założona 30 lat temu przez Jana Pawła II, miała gromadzić specjalistów w naukach medycznych, biologicznych, filozoficznych i teologicznych, którzy wspierają nauczanie papieża na temat godności ludzkiego życia. Jej członkowie, podczas uroczystego przyjęcia do grona akademików, składali przysięgę wierności katolickiej doktrynie.

W 2016 r. papież Franciszek zmienił statut akademii, rozszerzając obszar jej zainteresowań o nowe tematy związane z ochroną życia, jak klimat, ekologia, bieda czy zagrożenia płynące z rozwoju technologii (np. sztucznej inteligencji). Zniósł też dożywotnie członkostwo w akademii, co nowe władze, z przewodniczącym abp. Vincenzem Paglią (z wykształcenia pedagogiem) wykorzystały do wysłania starego składu na emeryturę i przyjęcia nowych członków, specjalizujących się w nietypowych dotąd dla tej instytucji dziedzinach. Znalazło się wśród nich kilkoro naukowców znanych z publicznego poparcia dla aborcji, zapłodnienia in vitro czy zmiany w nauczaniu o homoseksualizmie (wymóg składania przysięgi na wierność doktrynie został zniesiony).

Środowiska konserwatywne raz po raz protestują przeciwko publikacjom akademii, które nie są konsultowane ze wszystkimi członkami. Najnowszy, wspomniany „Leksykon”, uznano za krok do akceptacji eutanazji, a całą aktualną działalność instytucji – za przygotowywanie zmian w nauczaniu o ochronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Choć warto przypomnieć, że definicja „naturalnej śmierci” całkiem niedawno (w „nieodległej przeszłości”) się zmieniła. Kiedyś za śmierć naturalną uznawano ustanie akcji serca. Gdy kard. Eijk kończył studia medyczne, wprowadzono kryterium „śmierci mózgowej”. Gdy powstawała Papieska Akademia Życia, także Jan Paweł II uznał, że brak aktywności mózgu oznacza „naturalny koniec ludzkiego życia”. Ciekawe, czy Kościół zaaprobowałby również nową definicję „początku życia”, opartą na kryterium pracy mózgu, gdyby nauka taką sformułowała?

Słowo papieża

Często powtarzane przekonanie, że Kościół jest 100 lat za światem, nie dotyczy tylko etyki seksualnej. Stolica Apostolska, która w 1891 r. uznała prawo robotników do zrzeszania się w związki zawodowe (encyklika „Rerum novarum” Leona XIII), własnym pracownikom na założenie związku zezwoliła dopiero w 1993 r.

O Stowarzyszeniu na rzecz Ochrony Pracowników Watykanu (ADLV) głośno było w ostatnim tygodniu, gdy opublikowało protest przeciwko łamaniu praw pracowniczych. Do zapowiadanego strajku w Muzeach Watykańskich na razie nie doszło, ale też nie wydaje się, by pracownicy zamierzali czekać z nim do 2081 r., kiedy minie 100 lat od encykliki „Laborem exercens”, uznającej strajk za uprawnioną, choć ostateczną formę protestu.

O sytuacji świeckich pracowników Watykanu pisałem miesiąc temu. Ubiegłotygodniowy protest zbiera wszystkie, pojawiające się od dawna skargi i żale. To klasyczny konflikt interesów pracowników i pracodawcy, w którym każda ze stron ma swoje racje. Pracownicy słusznie domagają się przejrzystych reguł pracy i płacy. Tyle że jednocześnie zarzucają pracodawcom – gubernatoratowi i sekretariatowi ekonomicznemu – że próbują zarządzać Watykanem, „jak firmą”. Domagają się podwyżek, a jednocześnie protestują przeciwko zewnętrznemu audytowi, który może uratować Watykan przed bankructwem. Zarzut, że zarząd nieruchomości i papierów wartościowych powierzono międzynarodowym firmom „z niewielkim doświadczeniem w świecie Watykanu”, też brzmi słabo, szczególnie w kontekście niedawnych procesów wytoczonych tzw. „inwestorom wewnętrznym” i ich promotorom z kurii.

Tęsknotę za tym, jak było „w nieodległej przeszłości”, słychać w każdym zdaniu protestu, choć niewątpliwie pracownicy mają rację, domagając się podmiotowego traktowania i podjęcia rozmów. Bo sama obietnica Franciszka, że nikt nie zostanie zwolniony, a redukcja personelu odbywać się będzie w sposób naturalny, to słaba gwarancja. Nowe konklawe przyjdzie szybciej niż emerytura.

W Kościele bez zmian

Na koniec wspomnę jeszcze o wciąż nieustalonej liście delegatów na październikową sesję synodu. Rok temu poznaliśmy ją na początku lipca, teraz sekretariat synodu nabrał wody w usta. Najpierw zapowiadano, że skład nie ulegnie zmianie, ale już wiadomo, że kilku „ojców synodu” zrezygnowało; mają być też zaproszeni nowi eksperci.

Niewykluczone, że zmiany dotyczyć będą też polskiej delegacji, choć tego ani w sekretariacie synodu, ani w episkopacie Polski nie udało się potwierdzić. W poprzedniej sesji uczestniczył m.in. abp Marek Jędraszewski, który przed kilkoma miesiącami złożył rezygnację z urzędu. Proces wyboru jego następcy ma się wkrótce zakończyć, a mało prawdopodobne, by abp Jędraszewski, niesympatyzujący z synodem, pojechał na obrady jako emeryt.

Drugi z polskich delegatów, abp Stanisław Gądecki, skończy 75 lat w trakcie obrad i tylko od niego zależy, czy będzie chciał brać w nich udział. Z pewnością są w polskim episkopacie biskupi, których obecność na synodzie byłaby wskazana i korzystna, ale kto zostanie wybrany – nie wiadomo.

Gdy w maju pisałem o problemach ze znalezieniem delegatów na tzw. synod proboszczów, redakcyjny kolega, Michał Okoński, czujny opiekun tego newslettera, podsunął mi niewielką powieść Davida Lodge’a, zatytułowaną „British Museum w posadach drży”. Jest tam zabawna scena, gdy główny bohater powieści, Adam Appleby, spotyka w drodze do pracy znajomego księdza, który, zapytany o cel podróży, odpowiada: „Och, jakiś włoski biskup wygłasza odczyt o Soborze dla księży z naszej diecezji. Z każdej parafii zaproszono po jednym księdzu, a więc ciągnęliśmy losy, i przegrałem”.

Był rok 1964 r. Spotkany ksiądz skarżył się na niemieckich i francuskich teologów, którzy kwestionują naukę Kościoła o regulacji poczęć: „Są gorsi od samych protestantów. Niszczą Kościół, wodzą wiernych na manowce. Wystarczy jedno słówko papieża, a rozpocznie się dzika rozpusta”. A cała książka w żartobliwy sposób opowiada o perypetiach katolickiego małżeństwa, którego życiu towarzyszy nieodłączny strach przed ciążą (czwartą) i grzechem antykoncepcji.

Minęło 60 lat, ale to przecież „nieodległe czasy” dla Kościoła, który wciąż dyskutuje o antykoncepcji, metodach naturalnych i niemieckich teologach, gorszych od protestantów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”