Wkoło Watykanu: szekspirowski pontyfikat Franciszka

Zrywa ze starymi, rygorystycznymi zasadami. Chce dotrzeć do prostego odbiorcy – wzruszać go, bawić i uczyć. Tragizm miesza się w nim z komizmem, a nawet błazenadą.
w cyklu WKOŁO WATYKANU
Czyta się kilka minut
Papież Franciszek na mitingu "Arena Pokoju", Werona, 18 maja 2024 r. // Vatican Media / Getty Images
Papież Franciszek na mitingu "Arena Pokoju", Werona, 18 maja 2024 r. // Vatican Media / Getty Images

W Weronie byłem raz, we wczesnych latach 90. Po studiach znalazłem pracę w jednym z kościelnych wydawnictw, ale że wcześniej pilotowałem wycieczki do Włoch, zlecano mi tam przeróżne, nie tylko redakcyjne zadania. Kościelne instytucje zawsze mają nad sobą jakąś kurię – zakonną lub diecezjalną. Te z kolei mają nad sobą kurię w Rzymie – generalną lub watykańską. W czasie, gdy nie było ani tanich lotów, ani łatwo dostępnych usług kurierskich (za to były do przekroczenia trzy granice), własny, wypakowany po dach samochód okazywał się najszybszym i najtańszym środkiem transportu ludzi i towarów. W ten sposób przemierzyłem całe Włochy, bo przecież zawsze było wiele spraw do załatwienia po drodze (czy lekko z niej zbaczając). Zatrzymywałem się w klasztorach, zwykle położonych w centrum miasta, dzięki czemu miałem nie tylko bezpłatny nocleg i posiłek, ale też okazję krótkiego choćby zwiedzania. Towarzyszyła mi w drodze książka, z którą nie rozstaję się do dziś – „Podróż do Włoch” Guida Piovene – napisana w 1957 r., w Polsce wydana 20 lat później w szlachetnym tłumaczeniu Zofii Ernstowej. Autor przejechał kraj z północy na południe, region po regionie, tworząc najpiękniejszy literacki portret ojczyzny, wchodzącej w okres największego  gospodarczego rozwoju. Początek lat 90. był bodaj ostatnim momentem, żeby takie Włochy – ceniące solidną pracę i wysoką jakość produkcji, czy to rolnej, czy przemysłowej – jeszcze zobaczyć. Jednozdaniowe, syntetyczne opinie Piovene o charakterze poszczególnych regionów i ich mieszkańcach do dziś zaskakują celnością.

Ale wróćmy do Werony, którą zapamiętałem z przepięknej, romańskiej katedry św. Zenona, a zwłaszcza jej ścian, poskładanych z ciemnej terakoty i jasnego tufu, niczym z dwubarwnych klocków. Zapamiętałem też gościnę u sióstr, które poprosiły nas (wracałem z księdzem przeprowadzającym się do Krakowa) o zabranie do Polski kilku paczek. Dopiero na przejściu granicznym w Brenner zorientowaliśmy się, że są po brzegi wypełnione lekami, o których działaniu, pochodzeniu i przeznaczeniu nie mieliśmy pojęcia, co bardzo zdenerwowało austriackiego celnika. Szczęśliwie mój towarzysz podróży znał niemiecki, więc po przedstawieniu skomplikowanej sytuacji i dokładnym przeszukaniu pozostałych bagaży, odzyskaliśmy utraconą na dwie godziny wolność.

Podróże do Włoch

Przepraszam, że tak mnie wzięło na wspomnienia. W pewnym wieku trudno od nich uciec, ale o tym za chwilę. Gdy piszę te słowa, Franciszek kończy właśnie wizytę w Weronie. Do podróżowania – na razie po Włoszech – wrócił po ponad półrocznej przerwie, spowodowanej pogorszeniem się zdrowia. Trzy tygodnie temu pojechał na biennale do Wenecji (to pierwsza w 135-letniej historii wystawy wizyta papieża), choć tak naprawdę chodziło mu nie tyle o nowoczesną sztukę, co o miejsce, w którym urządzono watykański pawilon. Dość osobliwe – przyznajmy: ekspozycję artystów zaprezentowano w więzieniu, wciąż czynnym, a publiczność oprowadzały po wystawie kobiety odbywające tam karę.

Celem drugiej tegorocznej papieskiej podróży była Werona – miasto, „którego piękno zainspirowało Szekspira do opowiedzenia tragicznej historii dwojga kochanków, przeciwstawiających się otaczającej ich nienawiści rodzin” – jak mówił Franciszek w katedrze św. Zenona. Jednym z celów wizyty była „Arena Pokoju” – spotkanie katolickich organizacji pacyfistycznych, ruchów non violence, ekologów i zwolenników „ekonomii społecznej”. Franciszek odprawił też mszę na miejskim stadionie i spotkał się z trzema grupami osób, które – jak pokazują ostatnie tygodnie – stają się dla niego wyjątkowo ważne.

Łobuz kocha bardziej

Pierwsza to więźniowie. Współczucie dla skazanych i przekonanie, że nie ma ludzi do końca zepsutych i złych, a przestępstwa najczęściej biorą się z życiowych błędów i złych okoliczności, to charakterystyczny rys pontyfikatu Franciszka. Do osób pogubionych, upadłych, z pokręconą historią, podchodzi ze szczególną troską. Wie, że słowa o miłosierdziu i przebaczeniu znaczą dla nich dużo więcej. „Komu więcej darowano, ten będzie więcej miłował”, mówi ewangelia.

Drugą grupą są dzieci. Tylko w ubiegłym tygodniu Franciszek spotkał się z nimi cztery razy, co już jest rzeczą wyjątkową. Do nich też będzie należał kolejny weekend, gdy na zaproszenie papieża zjadą do Rzymu z całego świata w liczbie co najmniej 70 tys. (a może i więcej). Tyle miejsc zarezerwowano jak dotąd na Stadionie Olimpijskim, gdzie odbędzie się pierwsza, sobotnia część imprezy, uświetniona spotkaniem nie tylko z papieżem, ale też z piłkarzami (Roberto Carlos, Gianluigi Buffon) i artystami (Roberto Benigni, Al Bano). Na niedzielną mszę, na placu św. Piotra, limitu miejsc nie ma, więc uczestników spotkania może być jeszcze więcej. W każdym razie władze Rzymu postawiły na nogi wszystkie służby – nad bezpieczeństwem młodych gości czuwać będzie policja, straż pożarna i wojsko, w szpitalach wprowadzono całodobowe dyżury, a imprezę zabezpieczać będzie 20 pediatrycznych karetek pogotowia.

W watykańskim Dniu Dziecka wezmą udział także dzieci z rejonów dotkniętych wojną – Ukrainy, Syrii, Afganistanu, Sudanu, Konga czy nawet ze Strefy Gazy, ewakuowane wraz z rodzinami przez wysłanników włoskiego rządu. Choć – jak mówił na konferencji prasowej kard. José Tolentino de Mendonça, prefekt Dykasterii Edukacji i Kultury – wszystkie dzieci, bez względu na pochodzenie, mają dziś doświadczenie wojny: nie ma kraju, miasta czy szkoły, w których nie spotkamy jej ofiar. Taka sytuacja zdarza się po raz pierwszy od 80 lat.

Franciszek chce, byśmy spojrzeli na świat oczami dzieci. Pomyśleli o nich, gdy bezradnie rozkładamy ręce, mówiąc, że nic się nie da zrobić – z wojnami, klimatem, niesprawiedliwością.

Koniec z cierpkim słowem

Trzecią grupą, której w ostatnich tygodniach Franciszek poświęcił więcej niż zwykle uwagi, są księża. To zaskakuje najbardziej. Oczywiście, spotkania z duchowieństwem, tak jak i z dziećmi, są częstym elementem papieskich wizyt. Ale nagromadzenie ich w krótkim czasie, a także atmosfera, w jakiej się odbywały, to już nowość. Miesiąc zaczął się od „synodu proboszczów”, do którego papież przyłączył się w ostatnim dniu, 2 maja. Dzień później spotkał się, w parafii Santa Croce in Gerusalemme, z setką księży z rzymskiego „regionu centrum”. Wbrew złośliwym głosom Franciszek, biskup Rzymu, zajmuje się swoją diecezją i odwiedza jej parafie. Pewnie nie zdąży zwizytować wszystkich 332, jak planował na początku pontyfikatu, ale już 171 ma za sobą, co nie jest wynikiem złym (Jan Paweł II w czasie 26 lat urzędowania odwiedził 317 parafii, Benedykt XVI w ciągu 8 lat – 36). 14 maja papież znów spotkał się z księżmi – przez ponad dwie godziny rozmawiając z najstarszymi duchownymi swej diecezji (40 lat po święceniach), których zaprosił do leżącej niedaleko Watykanu parafii San Giuseppe al Triomfo. No i w końcu to spotkanie z duchowieństwem w katedrze w Weronie.

Franciszek znany był z tego, że przebywanie w środowisku klerykalnym męczyło go i irytowało – odżywał dopiero wśród „normalnych ludzi”. Nie skąpił też księżom cierpkich słów, wytykając „światowe życie”, wynoszenie się nad innych, karierowiczostwo, biurokratyczną oschłość czy pobieranie opłat za posługę sakramentalną. Ostatnie spotkania cechowała jednak rzadko dotąd widziana serdeczność i łagodność. Pobyt wśród księży wprawiał go w dobry humor i ładował pozytywną energią. To nie tylko zasługa poprawy stanu zdrowia. Także zmiany nastawienia: Franciszek zrozumiał, że bez wsparcia „duszpasterzy pierwszego kontaktu” nie uda się mu uzdrowić Kościoła. I że od połajanek oraz krytyki skuteczniejsze jest okazanie zrozumienia i sympatii, oraz przywołanie przykładów z własnego życia.

Argentyński styl

Przywoływać wspomnienia lubi zapewne także kard. Victor Manuel Fernández, prefekt Dykasterii Nauki Wiary, skoro od nich zaczął w ostatni piątek prezentację nowych „norm rozeznawania zjawisk nadprzyrodzonych”. O samym dokumencie pisał nie będę – odsyłam do tekstu redakcyjnego kolegi-teologa, który zna się na tym dużo lepiej. Ale o konferencji kilka słów powiedzieć trzeba.

Kard. Fernández rozpoczął prezentację od przytoczenia anegdot z czasów, gdy był proboszczem w Rio Cuarto. Ze śmiechem – i licznymi szczegółami – opowiadał, jakich „objawień” doświadczały niektóre kobiety w jego parafii. Nie wiem, co skłoniło go do zilustrowania ważnego, jakby nie było, dokumentu Kościoła, dotykającego delikatnej materii, przykładami ewidentnych zaburzeń psychicznych (i wyśmiewania się z nich). Bo akurat do „rozeznania” przywołanych przykładów żadnych watykańskich norm nie trzeba – każdy wiejski proboszcz (z całym szacunkiem dla pracujących na wsi duchownych) powie, że to problem medyczny, a nie teologiczny. Wygląda na to, że do specyficznego poczucia humoru argentyńskiego prefekta też trzeba się będzie przyzwyczaić.

Szekspirowski pontyfikat

„Werona nawet bez Romea i Julii ma w sobie coś szekspirowskiego” – pisał Guido Piovene, odnosząc się do wymieszanej różnorodności krajobrazu i architektury miasta, do rozmachu i fantazji, jakie mogła zrodzić jedynie wyobraźnia artysty. Patrząc na Franciszka – otoczonego księżmi w katedrze św. Zenona, przybijającego „piątki” dzieciom na przyległym placu, rozmawiającego z aktywistami w antycznym amfiteatrze, przystrojonym tęczowymi flagami, czy zapewniającego o przebaczeniu i nadziei młodocianych przestępców – trudno nie oprzeć się wrażeniu, że szekspirowski jest cały ten pontyfikat. Zrywający z decorum i innymi, starymi, rygorystycznymi zasadami. Szukający prostego odbiorcy, do którego trzeba mówić zwykłym językiem, wzruszać go, uczyć i bawić. Pontyfikat pełen zaskoczeń, zwrotów akcji i intryg, w którym styl wysoki miesza się z niskim, tragizm (jak choćby w historii kard. Pella, skazanego na więzienie, a po roku uniewinnionego) z komizmem, czy wręcz błazenadą. Którego bohaterowie są niestali w poglądach i uczuciach, ale wciąż dojrzewają.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”