Gdy odwracają się role. Jak się zatroszczyć o starzejących się rodziców i zadbać o siebie

Bogdan de Barbaro, psychoterapeuta: Rodziny nie dzielą się na te dobre, które z bezgraniczną miłością zajmują się bezradnymi rodzicami, i złe, które ich odtrącają.
Czyta się kilka minut
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Katarzyna Kubisiowska: Lubił Pan Gene’a Hackmana?

Bogdan de Barbaro: Najbardziej za role we „Francuskim łączniku” i „Rozmowie”.

Rok temu ciała aktora i jego żony znaleziono na terenie ich posiadłości. Najpierw zmarła ona, potem on. Nie żyli od kilku dni.

Szczegółów nie znamy, więc nie daję sobie prawa do szybkich uogólnień. Ale zastanawia mnie, jak to się stało, że ludzie, których stać było na codzienną opiekę, nie mieli jej zapewnionej. Bogaci na ogół otaczają się osobami, które im gotują, sprzątają, czuwają nad ich zdrowiem, pielęgnują ogród. A gdzieś na drugim planie – rodzina.

Relacje w tej rodzinie musiały być napięte, skoro Hackman w testamencie pominął trójkę dzieci.

To szczególnego rodzaju misterium mortisznany aktor leży martwy przez tydzień na podłodze. Pozostanie zagadką, czy dzieci zerwały relację z ojcem, czy ojciec z dziećmi. A we mnie, jako terapeucie – w gruncie rzeczy jak chyba w każdym z nas – pojawia się pytanie o ciąg wydarzeń poprzedzających tragiczny finał. Można by domniemywać, że w tej rodzinie działo się coś mrocznego i bolesnego.

I nasuwa się też pytanie: czy obowiązkiem dorosłego dziecka jest miłość okazywana starszemu i chorującemu rodzicowi?

Trudno mi myśleć o miłości w kategoriach obowiązku. Ale uważa się, że fundamentem dobrego życia jest więź miłosna, doświadczana w dzieciństwie od bliskich, zwłaszcza od rodziców.  Dziecko czuje się kochane i tę miłość odwzajemnia. Jest to więc świat troski, czułości, bliskości wyrażanej werbalnie i pozawerbalnie. Jest tu miejsce na spojrzenie pełne zachwytu, przytulenie, pocieszenie w razie kłopotów, czuwanie, gdy zajdzie potrzeba całonocnej opieki.

W tej relacji naturalnie odpowiedzialność spoczywa na rodzicu, trudno przecież, by relacja między trzylatkiem a jego najbliższymi zależała od dziecka. Chciałoby się, by dorosły rzeczywiście dorósł do swojej roli.

A jeśli nie dorósł? Jeśli dziecko czuło się niekochane, a teraz ma zająć się rodzicem?

Dorosłe dziecko ma obowiązek materialnego zabezpieczenia rodziców. Jednak zdarza się, że sąd może zwolnić dorosłe dziecko z tego obowiązku, jeżeli zostanie wykazane, że rodzic rażąco zaniedbywał swoje rodzicielskie obowiązki.

Jednak pytanie postawione przez panią dotyczy sytuacji bardziej skomplikowanej, bo przecież zdarza się, że rodzice kochają swoje dziecko, ale wyrażają to, powiedzmy, niezdarnie. Np. poprzez stanowcze wymagania, wysokie oczekiwania wobec córki. Bywa, że ta po latach, już jako dorosła kobieta, przypadkiem dowiaduje się od znajomych, że w dzieciństwie rodzice byli z niej dumni, ale jej o tym nigdy nie powiedzieli.  A ona mogła się czuć niekochana.

I co teraz?

W dorosłym dziecku może się kłębić żal i tęsknota za niespełnionymi uczuciami z dzieciństwa, poczucie obowiązku, miłość połączona z gniewem. W tym stanie emocjonalnym, w pewnym sensie, córka staje się rodzicem swojej matki. Jednocześnie taki jest cykl życia rodzinnego. Role odwracają się: rodzice wchodzą pod skrzydła dzieci. I to może być trudne dla obu stron. Ten etap był łatwiejszy w czasach, kiedy pod jednym dachem żyliśmy w rodzinach wielopokoleniowych.

Dziś coraz częściej stajemy przed dylematem: mieszkam w innym mieście, mam swoją rodzinę, z matką łączą mnie trudne relacje, a teraz mam się nią zajmować?

Powstaje kwestia, czy przyjmując rolę opiekuna swoich rodziców, mam tym obciążać swoją rodzinę? Czy mam wziąć rodzica do domu? Przeorganizować nie tylko przestrzeń, oddać do dyspozycji pokój, urządzić go, ale też zmienić rytm dnia i nałożyć na innych nowe obowiązki?  

Warto pamiętać, że przy wspólnym podejmowaniu decyzji – bo każdy domownik powinien się wypowiedzieć – inną perspektywę ma córka czy syn, a inną, w sposób naturalny, synowa czy zięć. Jakże wiele będzie tu zależało od tego, jakie uczucia łączą te osoby. I co myślą i czują na ten temat wnuki tych z roku na rok coraz bardziej bezradnych seniorów i seniorek?

Relacja między dorosłym dzieckiem a jego rodzicami to część całego systemu rodzinnego. Na pewno nie osobny byt.

Co zrobić, gdy reszta rodziny jest niechętna mieszkaniu z teściową i babcią?

Nie sądzę, by to miało się odbywać przez głosowanie. Ale na pytanie, co zrobić, inną odpowiedź znajdzie rodzina, w której jest głębokie poczucie obowiązków międzypokoleniowych, a inną rodzina, w której dominuje nastawienie na wygodę i przyjemność. Sporo będzie zależało od warunków lokalowych, od możliwości finansowych, od tego, czy w pobliżu jest DPS o wysokim standardzie i czy pozostaje on w zakresie finansowych możliwości. 

W dojrzałej emocjonalnie rodzinie jest miejsce na pogłębiony namysł, problematyzowanie, żmudne szukanie konsensusu. I wzajemna pomoc emocjonalna.

Moralnym dylematem jest samo oddanie rodzica do DPS-u.

Nie traktowałbym DPS-u w kategoriach zsyłki. Zdarza się, że właśnie po uwzględnieniu całego kontekstu – czy możemy w domu zapewnić dobre warunki dla seniora – DPS może się w ostatecznym rozrachunku okazać tym, co lepsze. Podkreślam: nie mamy do czynienia z sytuacją „wszystko albo nic”. Przecież ktoś opiekujący się swoimi rodzicami w domu może też zadbać o siebie i nie wchodzić w rolę zatracającego się w tym pomaganiu. A osoba przebywająca w DPS-sie może być odwiedzana przez bliskich i te spotkania mogą być pełne szczerej serdeczności i bliskości.

A jednak przygnębia myśl, w której jedynym rozwiązaniem jest pobyt bliskiego w DPS-ie. 

W naszej rozmowie jeszcze to słowo nie padło, a nie od rzeczy będzie go użyć: starość.

Dla niektórych jest ona ograniczeniem fizycznym, psychicznym, seksualnym, emocjonalnym.  Poczuciem przemijania, bólem, samotnością, bezradnością. Trudniej nam zrozumieć świat, szczególnie ten cyber. I jedni będą tym przygnębieni, a inni zadowolą się pytaniem, czy jutro spadnie śnieg, czy wnuki zdrowe, albo wspomnieniami z młodych lat. 

Będą i tacy, którzy popadają w głęboki smutek, bo przygniatają ich dolegliwości somatyczne. Będą i tacy, którzy na swoje utrapienia znajdują pocieszenie w religii. Jeszcze dla innych starość to smak uwolnienia się od błyskotek zabierających wolność wewnętrzną, poczucie spełnienia, radość z miłosnego współbycia z kochanymi i kochającymi. A większość z nas mieści się gdzieś między tymi biegunami.

Ale czy decyzja o opiece nad rodzicem jest papierkiem lakmusowym dla kondycji rodziny?

Rodziny nie dzielą się na te dobre, które z bezgraniczną miłością oddają się opiece nad bezradnym psychicznie i fizycznie rodzicem, i na te złe, które rodziców odtrącają, nie dając żadnej opieki ani wsparcia. Brzmi banalnie, ale każda sytuacja jest inna i warto wnikać w jej złożoność.

A sama złożoność sprzecznych emocji dorosłego dziecka wobec starszego rodzica? W tym kłębowisku uczuć dominuje poczucie winy dyktowane przykazaniem: „czcij ojca swego i matkę swoją”.

W ten sposób następuje połączenie poczucia krzywdy z dzieciństwa z poczuciem winy jako wewnętrznej reakcji na własny tłumiony gniew. Taki stan zamieszania emocjonalnego można by określić jako krzywdo-winę. Jeszcze ten stan sprzężeń: matka seniorka może czuć się skrzywdzona niedostatkiem opieki, a winna, że sama niegdyś nie dała dzieciom tego, czego potrzebowały. Stan krzywdo-winy u córki i krzywdo-winy u matki współtworzą napięcie w tej relacji.

Ale nie stać mnie na jakąś jednoznaczną podpowiedź, co należy zrobić. Chyba panią teraz zawiodłem.

Niestety.

Relacje z osobą w podeszłym wieku są bardzo skomplikowane i często nie ma rozwiązania, które byłoby dobre dla wszystkich. Nie mam ochoty mówić innym, co powinni robić, kiedy nie znam ich słabych i silnych stron, ich gotowości do ofiarności, ich traum z dzieciństwa, ich dojrzałości i niedojrzałości, ich zdolności do wytrzymywania niewygód, ich systemu etycznego, itd., itp.  I nie wiem, czy ta osoba w wieku senioralnym wymaga opieki całodobowej, czy jest spokojna, wdzięczna za pomoc i życzliwa, czy przeciwnie: bywa agresywna, wymagająca i gniewna. 

Mogę jedynie powiedzieć, że tym, co może pomóc córce opiekującej się matką, jest poczucie sprawczości. A więc świadomość, że to od tej córki zależą konkretne rozwiązania. I że w takich trudnych sytuacjach warto działać nie w samotności, lecz biorąc wsparcie od bliskich.

No dobrze, a jeśli ten starszy człowiek jest agresywny?

I chce rządzić, jest despotyczny, a raz na jakiś czas porcelana wypada mu z ręki? Jeśli ktoś jest tak na okrągło gniewny, to niewykluczone, że wskazana może być konsultacja u psychoterapeuty i u gerontopsychiatry, którzy po dokonaniu diagnozy zaproponują odpowiednie postępowanie, a może także farmakoterapię.

To częściowe rozwiązania problemu.

Pozostaje kwestia, co przeżywa osoba, która jako dziewczynka była córką surowej matki, a teraz jest opiekunką staruszki, która wymaga całodobowej opieki. Przecież nie byłoby ani etyczne, ani merytorycznie skuteczne, gdyby ta dorosła córka stanęła nad matką i jej wszystkie krzywdy z dzieciństwa – jak to się pięknie określa – wygarnęła. A z drugiej strony tłumienie gniewu, nasilonego jeszcze przez konieczność żmudnej opieki, też nie jest dobrym rozwiązaniem.

Idealnego rozwiązania nie znam. Ale jako najmniej złe uważam wyjście dwutorowe. Z jednej strony sensowne i naturalne jest dawanie troski i opieki, a w pracy wewnętrznej – przeżywanie swojej matki jako człowieka bezradnego i praca nad przebaczeniem.

Dlaczego tłumienie gniewu nie jest skuteczne? Przecież to gwarantuje święty spokój.

Tłumienie jest ryzykowne dla tłumiącego. Bo emocje gniewu, wściekłości, agresji, nienawiści wchodzą w człowieka i choć doraźnie mogą psychicznie integrować, na dłuższą metę niszczą od środka. Zostają w naszym ciele, np. dają stałe poczucie zmęczenia, przekształcają się w autoagresję albo skierowują się na innych. To przecież nierzadka sytuacja, że ktoś, kto zaznał agresji od swoich rodziców, staje się wymagający i agresywny wobec innych, chociażby współpracowników czy własnych dzieci. 

Chcę powiedzieć, że jednak lepiej być w kontakcie z własnymi emocjami, także tymi negatywnymi.  Rozumiejąc je i mając w nie wgląd, nie pozwolimy, by nami rządziły. Przebaczenie nie może być oparte na stłumieniu gniewu. Potrzebny jest ów tor drugi: opiekunka matki powinna dać sobie prawo do gniewu za niegdysiejsze krzywdy i poczucia niesprawiedliwości: „To ty byłaś dla mnie zła, a ja mam teraz być dla ciebie dobra?”.

Rozmawiać o tym z matką?

To ma być rozmowa z matką, ale nie tą realną, bezradną i cierpiącą, lecz z tą, którą nosi się w swoich emocjach, do której ów żal i agresja są adresowane. A więc byłby to swoisty monolog skierowany do tej osoby, którą nosimy w sercu.

Czasami w tego typu pracy pomocny może być psychoterapeuta, czasem list do owej krzywdzicielki czy krzywdziciela sprzed lat. List, którego nigdzie nie wyślemy, ale pomoże nam spotkać się z samym sobą. To byłaby osobista autopsychoterapia, która ma pomóc rozliczyć się z traumami z przeszłości.

W sumie dlaczego tylko robić to wewnętrznie? Rodzic przekazu nie zrozumie?

Może i zrozumie, tylko co on miałby z tym zrobić? Proszę to sobie wyobrazić: przed matką, która ma 76 lat, staje jej 50-letnia córka i robi wyliczankę: „Gdy miałam 5 lat, przestałaś się mną zajmować, bo zajęłaś się moją siostrą, która właśnie przyszła na świat, a gdy oblałam klasówkę, to zamiast mnie wesprzeć, robiłaś mi awantury.  I w ogóle nie miałaś dla mnie czasu. Nie czułam się kochana!”.  Czy takie wypominki przyniosłyby tej pięćdziesięciolatce ulgę?

Nie przyniosą?

Ale czy to pomoże dorosłemu dziecku? Po pierwsze wątpię, czy matka agresywnie atakowana jest w stanie wtedy prosić o wybaczenie. A po drugie, prawdopodobnie wpadnie w poczucie bezradności i winy, z którymi nie będzie miała co zrobić. Wtedy ta córka poczuje, że swoim atakiem skrzywdziła matkę. I krzywdo-wina rozkręci się dwuosobowo. Nie wydaje mi się, by wyrzucanie gniewu na seniorkę czy seniora w trybie aktu oskarżenia miało sens.

Co jeszcze da takie napisanie listu?

Lepszy kontakt z samym sobą, z własnymi emocjami, z tym uwewnętrznionym teraz dzieckiem, które było krzywdzone. Skonfrontuje się tego zranionego chłopca czy dziewczynkę z przeszłości z tym kimś, kim jest się teraz, tego kilkulatka z dziś już dorosłą osobą.  Zatroszczyć się, okazać uwagę i czułość. Spotkanie z dzieckiem, które w sobie mamy.

No nie wiem.

Proszę pomyśleć: przeszłość jest w nas, także dzisiaj.  Więc może dojść do spotkania z tym kimś, kim byliśmy kiedyś – dziewczynką czy chłopcem. Taka konfrontacja z ówczesnymi uczuciami może mieć sens. Bo tę troskę, której wówczas nie dostaliśmy od rodzica, adresujemy do dziecka teraz sami. I takie spotkanie może przynieść głęboką ulgę.

Na jakiej zasadzie działa ten mechanizm?

Ulgę przynosi nadanie nowych znaczeń doświadczeniom z przeszłości. Więc ten list napisany do rodzica, ale do niego niewysłany, ma być budowaniem siły wewnętrznej. Tą drogą można zrobić remanent życiowy. Po co? By pomóc niegdysiejszym ranom w zabliźnianiu się. Ten, kto nie dostał bezpiecznej miłosnej więzi w dzieciństwie, może w swojej dorosłości być też nieczuły i agresywny wobec siebie.

Już to widzę: osoba opiekująca się starszym rodzicem, będąca w kieracie życia, znajduje jeszcze moment na to, by wykonać tę wewnętrzną pracę.

Słyszę tę ironię w pani głosie. Ale jednak nie sądzę, że tu chodzi o brak czasu. To raczej emocjonalna trudność w podjęciu takiej pracy.  Zachęcałbym do sprawdzenia, co jest do przepracowania. To zwiększa szansę, by zaakceptować siebie ze swoimi niegdysiejszymi urazami, odrzuceniami i porażkami. I bazować na tym, co dobre, możliwe, chciane.

To nie ma być dodatkowy jednorazowy wysiłek, tylko sposób radzenia sobie z czymś, co jest problemem.  I warto jeszcze pamiętać, że nie jesteśmy sami i z tych spraw sprzed lat możemy się zwierzyć mężowi, żonie, przyjacielowi, komuś zaufanemu. Wiem, że ta droga bywa skuteczna.

Istnieją zranienia nie do przepracowania?

Nie jestem na tyle naiwny, by twierdzić, że wszystko jest możliwe i że jesteśmy wszechmocni we władaniu własnymi emocjami i samopoczuciem. Poza tym nie miałoby sensu powtarzanie w kółko tej samej metody, gdyby się okazała nieskuteczna.  Ale to nie znaczy, że mamy popadać w drugą skrajność i rezygnować z sensownego dbania o siebie. 

I nie chodzi mi tu o dbanie, które ma prowadzić do zachwytu nad samym sobą, lecz o to, żeby relacja z rodzicami nie była zniewolona dawnymi urazami i by osłabić ich destruktywną moc. Dbając o siebie przy opiekowaniu się innymi, możemy sprawniej działać.

Znajomy był w dzieciństwie bity przez ojca i do dziś, choć ma już 80 lat, mówi o nim, że był potworem. Kiedy jednak ten ojciec zachorował, opiekował się nim troskliwie do jego ostatnich dni. Sam jest dobrym ojcem dla własnych dzieci.

Ta sytuacja budzi moje głębokie uznanie, bo ten człowiek potrafił przepracować swoją krzywdę, a musiała ona być głęboka, skoro zapamiętał ojca z dzieciństwa jako potwora. I świadomie idzie drogą dobrych uczuć. Można powiedzieć, że realizuje antyscenariusz: nie przekazuje swoim dzieciom tego, co zostało w nim zapisane.

Ale przecież nie każdego stać na tego rodzaju przepracowanie traumy z dzieciństwa, zwłaszcza gdy zachowanie rodzica można by uznać za przestępcze. Nie daję sobie prawa do wygłaszania sloganów o zaletach wybaczenia, nie potrafię wskazać granicy między tym, co jest do udźwignięcia poprzez przebaczanie, a co nie.

To przebaczenie jest czymś w relacjach międzyludzkich pożądanym.

Wierzę, że nasze życie budujemy na chwiejnej równowadze między wartością miłości a wartością wolności. Bo miłość będzie sprzyjać bliskości i trosce w zachowaniu równowagi między dawaniem i braniem. Ale jeśli tej miłości będzie za dużo, to doprowadzi do zniewolenia. Z kolei wolność tworzy fundament rozwoju własnego. Jeśli jednak ta wolność nie będzie uwzględniać i szanować Innego, stanie się swawolą.

Na tragedię Hackmana, od której zaczęliśmy naszą rozmowę, możemy więc spojrzeć przez pryzmat „ile miłości – ile wolności” jak na kolejną odsłonę pytania o fundament naszej egzystencji. I podobnie możemy podejmować pytanie o to, jak powinna wyglądać relacja między osobami dorosłymi a ich rodzicami. Sensowne rozwiązanie znajdziemy poprzez zbudowanie odpowiednich proporcji między miłością a wolnością. Im bardziej świadomie, tym lepiej. Lepiej dla nich, lepiej dla nas.

Bogdan de Barbaro // Fot. Grażyna Makara

Prof. dr hab. BOGDAN DE BARBARO jest psychiatrą i psychoterapeutą, zajmuje się terapią rodzin.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 03/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jak by dbać o starszych rodziców