Odnowione fasady, równe ulicei chodniki, dobre restauracje. Polskie metropolie pięknieją, pozbywając się przy okazji placów handlowych i targowisk. Wszystkiego, co przaśne, ale własne. Dlatego wielu mieszkańców narzeka, że Kraków zamienia się w jeden wielki hotel, Stocznia Gdańska w osiedle deweloperskie, a warszawskie Powiśle – w hipsterski bar. Miejsca, które po okresie rozpadu nabrały uroku m.in. z powodu artystów i inicjatyw miejskich aktywistów, są dziś przejmowane przez wielki biznes.
Tylko czy to źle? Być może to codzienność, z którą należy się pogodzić? Jeden z procesów wpisanych w rytm naszych czasów? Tu nie ma prostych odpowiedzi, ale warto ich szukać.
Żywe laboratorium na krakowskim Kazimierzu
Facet z tlenionym irokezem i w koszuli w gepardzie cętki stoi z mikrofonem przed tłumem na styku ulic Bożego Ciała i św. Wawrzyńca. Krzyczy coś o anarchizmie. Na transparentach napisy: „Bogu co boskie, miastu co miejskie”, „Misja społeczna, nie hotelowa”.
Kolorowy tłum zebrał się w proteście przeciwko przejęciu trzech dużych kamienic na krakowskim Kazimierzu. Zakon kanoników regularnych wydzierżawił budynki deweloperowi, który zamierza przekształcić je w hotel. Niektórym mieszkańcom zaproponowano po 30 tys. zł odprawy, a przedsiębiorcy dostali trzy miesiące na wyprowadzenie.
W kamienicach znajdują się m.in. słynny Paul’s Boutique, uważany za jeden z najlepszych sklepów z winylami na świecie, pachnąca kadzidłami knajpa Eszeweria, jubilerska manufaktura Blazko, kilka butików ze stylowymi ubraniami i komis odzieżowy. Miejsce do tego stopnia kultowe, że miasto pod wpływem protestu wstrzymało eksmisje i teraz zastanawia się nad zmianą planu zagospodarowania dla ulicy, by wykluczyć tam działalność hotelarską.
Właścicielka zagrożonego komisu odzieżowego obserwuje zmiany na Kazimierzu od dawna: – Byliśmy żywym laboratorium. Najpierw wprowadzono strefę ograniczonego ruchu, później zamienili ją w strefę czystego transportu. Nie pomogły rozmowy w urzędzie miasta, że to zabija nasze działalności – mówi Elżbieta Miś, która w swój lokal zainwestowała masę pieniędzy i czasu, ale na szczęście pracę traktuje jak dodatek do emerytury.
Jej młodsi koledzy są w gorszej sytuacji: kredyty, kłopoty ze znalezieniem innych lokali w dobrej lokalizacji itd.
– Przez 35 lat kanonicy nie włożyli tu żadnych pieniędzy, wszystko robiliśmy sami. Do niedawna w pobliżu był sklep mięsny, jarzynowy, pracownia elektryczna. Teraz są same sieciówki spożywcze. Okolica zmienia się nie do poznania. A nas, którzy to miejsce ożywiliśmy, chcą stąd usunąć – mówi pani Elżbieta.
Jak przebiega proces gentryfikacji
Najprościej sprawę można ująć tak: gentryfikacja to proces społeczno-ekonomiczny polegający na przekształcaniu zdegradowanych lub zaniedbanych obszarów miasta w przestrzenie atrakcyjne dla zamożniejszych mieszkańców i przedsiębiorców. W praktyce to bardzo złożony zestaw zjawisk, gdzieś na styku polityki miejskiej, biznesu, a nawet świata sztuki i mody.
– Najpierw musimy mieć miejsce, które jest zdegradowane w rozumieniu inwestorskim, czyli nie przynosi odpowiednio wysokich dochodów – mówi dr Łukasz Drozda, politolog i urbanista z UW. – Jeśli dysproporcja między aktualną a potencjalną wartością nieruchomości po jej „reinwestowaniu” jest odpowiednio duża, wtedy biznes zainteresowany jest przeprowadzeniem gentryfikacji.
Zanim do tego dojdzie, odbywa się faza pośrednia, zależna w dużej mierze od polityki przestrzennej poszczególnych miast. Im bardziej szczegółowe plany zagospodarowania – tym spójniejsze i ostrożniejsze przekształcanie terenu. Czasami ten proces zaczyna się od inwestycji publicznych, np. utworzenia Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. W ślad za BUW poszły kolejne inwestycje, tym razem samorządowe. Schowano Wisłostradę w tunelu, powstało Centrum Nauki Kopernik. Z czasem coraz atrakcyjniejsza okolica zaczęła przyciągać firmy deweloperskie.
Innym razem kolejność jest odwrotna. W Łodzi to rewitalizacja kompleksu dawnych zabudowań pofabrycznych przy ul. Piotrkowskiej przez prywatnego inwestora poprzedziła zainteresowanie miasta, które zainwestowało potem w remonty kamienic i modernizację podwórek.
W tej swoistej fazie pośredniej, gdy okolica jest przywracana do życia, miasta starają się uatrakcyjniać swe tereny poprzez wynajmowanie tanich pomieszczeń na pracownie artystyczne. Tak stało się na krakowskim Zabłociu. Najpierw udostępniono budynki starej fabryki lokalnym twórcom, potem powstało muzeum sztuki współczesnej MOCAK i kilka knajpek. To z kolei przyciągnęło zamożnych, idących za modą. W końcu pofabryczne budynki znikły razem z artystami, a Zabłocie zaczęło przypominać gęsto zabudowaną apartamentowcami miejską sypialnię.
Ze Stoczni Gdańskiej zostały tylko trzy kawałki
Mąż Janiny Dopierały przez 42 lata był mechanikiem urządzeń okrętowych w Stoczni Gdańskiej. – W Sierpniu ’80 byliśmy już parą. Podczas strajku spał na styropianie, a ja jeździłam do niego pogadać przez bramę. Bardzo się bałam – wspomina.
Po narodzinach dzieci para przeniosła się do matki pani Janiny, gdzie nie mieli wody ani łazienki w mieszkaniu. Potem dostali 30-metrowe mieszkanko zastępcze ze wspólną toaletą na korytarzu, w którym żyją do dzisiaj. Dopierałowie czekali co prawda na docelowe lokum, nim jednak zdążyli uzbierać pełen wkład na książeczce mieszkaniowej, padła ich spółdzielnia, a osiedle zostało kupione przez deweloperów.
Dziś w ich bloku zostało niespełna dwudziestu lokatorów.
– To nie tak, że ktoś nas wyrzuca. Po prostu nie opłaca się tych budynków remontować, lepiej je będzie zburzyć. Za nami już trwa budowa – mówi pani Jadwiga. Chwilkę później dodaje, że przed oknami miała kiedyś ładny plac zabaw, huśtawki, boisko do koszykówki. Było życie. – Teraz jest smutno – opowiada.
Pewnego dnia do mieszkania Dopierałów przyszła prawniczka firmy deweloperskiej i pomogła im napisać wnioski do urzędu miasta o przydzielenie mieszkania socjalnego. Nie mieli wyjścia. Przyjęli tę zmianę łagodnie, a nawet z nadzieją na lepszy byt, ale starsi mieszkańcy znieśli to źle. – Starych drzew się nie przesadza. Są tutaj pracownicy stoczni, którzy mają koło osiemdziesiątki – mówi pani Janina.
Bartosz Rief, doktorant Uniwersytetu Warszawskiego związany z Europejskim Centrum Solidarności, jest badaczem, socjologiem i aktywistą. Uważnie przygląda się trwającym od trzech dekad zmianom w stoczni, czego ważnym elementem było stworzenie w 2004 r. miejscowych planów zagospodarowania. Chodziło o wygaszenie produkcji przemysłowej i dopuszczenie kwartałowej zabudowy biurowej, usługowej i mieszkaniowej w postaci wielokondygnacyjnych apartamentowców. Na listę zabytków chronionych wpisano w 1999 r. jedynie trzy elementy dawnej zabudowy: Pomnik Poległych Stoczniowców, Bramę nr 2 i słynną salę BHP.
W pośredniej fazie procesu gentryfikacji i tutaj zastosowano zabieg przydzielania części lokali artystom. Dzięki ich obecności okolica stała się modna i skusiła inwestorów, a za nimi wyższą klasę średnią. Potem powstało Europejskie Centrum Solidarności przyciągające turystów z całego świata, artyści zaś musieli się wyprowadzić, o czym zresztą z góry wiedzieli. Ponad 90 proc. terenu trafiło w ręce deweloperów.
– Nie ma już muru stoczniowego, są tylko pozostałości na mapach – mówi Rief. – Tereny stoczniowe zabudowywane są nowoczesnymi blokami o bardzo zróżnicowanej architekturze. Całość oklejona jest wokół kolejnymi osiedlami, a z każdego metra kwadratowego wyciska się maksymalny zysk. To jeden wielki plac budowy, z dużą liczbą mieszkań i apartamentów na wynajem krótkoterminowy. Skala i kierunek tych zmian są przytłaczające – ocenia Rief i wróży okolicy totalną turystyfikację. Ostatnio zamknięto lokalny warzywniak i sklep rybny.
Polityka miejska Wrocławia: konsultacje społeczne
– Siedem lat temu wpadłem na pomysł skopiowania biznesu, który działa na warszawskim Śródmieściu – mówi Bartek Strzelecki, sklepikarz z wrocławskiego Nadodrza, właściciel Brodatego 11. – Ludzie wynajmują regały, przynoszą swoje używane rzeczy i powstaje ekskluzywny komis z kawiarnią i piwkiem. Zastanawiałem się, czy ten biznes ma szansę wypalić poza uliczką Oleandrów w Warszawie czy Placem Zbawiciela, gdzie przychodzą młodzi i bogaci. Zaryzykowałem, bo chciałem zmienić to miejsce – mówi.
Bartek szybko zderzył się ze ścianą. Okazało się, że lokalsów nie zachwycił pomysł kawiarni; zaglądali tu rzadko i zazwyczaj wspominali sklep spożywczy, który znajdował się pod tym samym adresem. Musiał więc zrezygnować z kawy i piwa, zostały ciuchy, książki i winyle. – Nadodrze radzi sobie z tematem gentryfikacji, bo odrzuciło niechciany przeszczep. Musiałem dokonać zmiany, żeby zachować szansę przeżycia i odpowiedzieć na rzeczywiste potrzeby społeczne – puentuje.
Inny los spotkał okolice wrocławskiego Rynku, który (jak wcześniej Stare Miasto w Krakowie) stał się miejscem „pod turystów” i wszędzie widać szyldy reklamujące mieszkania wynajmowane poprzez platformy B&B. Zniknęła kawiarnia Literatka, która od dziesięcioleci była miejscem spotkań środowisk artystycznych – wykończyły ją czynsze. W tym samym miejscu jest dziś kawiarnia sieciowa. Po dawnym symbolu miasta pozostał szyld wiszący nad barem.
Okolice Placu Grunwaldzkiego, Politechniki Wrocławskiej i Uniwersytetu Medycznego zabudowano akademikami dla co zamożniejszych studentów. Na wspomnianym wcześniej Nadodrzu jest bardziej swojsko: wciąż działają tu np. małe sklepiki z artykułami do remontów, zakłady krawieckie i szewc.
Bartek Strzelecki podejrzewa, że dzieje się tak po części z powodu niedużej wielkości lokali w dzielnicy, których nie da się za bardzo rozbudować. – Kiedyś była tu tradycyjna piekarnia, którą ktoś przejął i zapowiadał francuską boulangerie – mówi. – Zdarli ściany do gołego. I tyle ich widzieliśmy – wspomina.
Miasto z czasem zaczęło ostrożniej podchodzić do gentryfikacji i wprowadziło dla rewitalizowanych miejsc obowiązek szerokich konsultacji społecznych. Zaczęto też uważniej patrzeć na lokalne plany zagospodarowania.
– Wrocław ciągle jest w środkowej fazie rewitalizacji. Szukamy delikatnego balansu różnorodności, który pozwala, żeby funkcjonowały tu bogacące się klasy społeczne, lokale usługowe, ale także dawni mieszkańcy – mówi Anna Bieliz, organizatorka Festiwalu Filmów o Mieście i Architekturze MIASTOmovie. – Mamy doświadczenie z Nadodrza, które jest przykładem modelowej rewitalizacji według mechanizmów zaprogramowanych odgórnie. Tyle że w terenie okazało się, że tak się nie da. Mieliśmy więc kilkanaście lat ciągłej korekty i nauki, jak rozmawiać z mieszkańcami.
– Trzeba ich było przekonać, że warto odnawiać podwórka i siać zieleń na dawnych miejscach parkingowych. Jednak wchodzenie tam z gotowym projektem i zakładanie, że mieszkańcy będą zadowoleni, bo im zrobimy odgórnie porządek, okazało się błędne – podsumowuje Bieliz.
Jej zdaniem Wrocław nie przepadł w odmętach gentryfikacji właśnie dzięki szerokiemu wachlarzowi konsultacji. Sprzedano co prawda obszar dawnego Portu Miejskiego i teren po Browarze Piastowskim, ale zmiany wciąż nie są na tyle dominujące, żeby zmieniły strukturę społeczną. .
Kazimierz Dolny: miejscowych twarzy coraz mniej. Ceny jak w Mediolanie
Inaczej sprawy mają się w małych miejscowościach wokół stolicy Dolnego Śląska. Anna Bieliz dorastała w Kątach Wrocławskich. Wraz ze wzrostem znaczenia pobliskiej autostrady miasteczko zmieniło charakter z rolniczego na przemysłowy. Zbudowano wielkopowierzchniowe magazyny, stacje benzynowe, supermarkety.
– Kiedyś z domu rodziców widać było sad, dom sąsiada, pola i góry. Teraz sad zamienił się w hotel z restauracją. Jest McDonald’s, KFC i stacja paliw. Wszystko w bezpośrednim sąsiedztwie domów jednorodzinnych. Hałas, brud i potężne zanieczyszczenie światłem. Wszędzie stoją neony i reklamy sklepów – mówi Bieliz.
Nowe podmiejskie osiedla powstają, bo ludzie z pieniędzmi szukają wsi spokojnej i wesołej. Chcą pracować zdalnie, ale zachowując łatwy dostęp do miejskich wygód.
Słucham Anny Bieliz i myślę o Kazimierzu Dolnym, w którym dorastałem. Jako dziecko wstawałem o szóstej rano, żeby kupić ciepłe bułki z pachnącej na milę piekarni. Na każdym rogu mieszkał wujek, ciotka czy kuzyn. Dziś nie ma już piekarni, są za to piwiarnie, hotele i wille co bogatszych Warszawiaków. Miejscowych twarzy coraz mniej. Ceny jak w Mediolanie.
Wady i zalety miast. Podziały w środowisku ekspertów od polityki miejskiej
Zdaniem Łukasza Drozdy gentryfikacja stanowi swego rodzaju rewers rewitalizacji – jej nieudany wariant. Oba te procesy zachodzą w wymiarze społecznym, ekonomicznym i przestrzennym. Często prowadzą do poprawy jakości życia w danej dzielnicy; stare kamienice nie rozsypują się już na oczach ludzi. Remontuje się ulice i chodniki. Powstają tereny zielone, coraz mniej jest pieców „kopciuchów”, więc i jakość powietrza się poprawia.
Ale przy okazji zachodzi też proces gwałtownego wzrostu wartości metra kwadratowego, co prowadzi do podwyżek czynszów i opłat za lokale – w efekcie z czasem dochodzi do stopniowego wypierania dotychczasowej ludności i przeznaczonych dla niej tanich usług. Zatrzymanie tego procesu wymagałoby niezwykłej uważności w planowaniu przestrzennym miast, z dbałością o interesy mieszkańców w równym stopniu, jak o budżet gminy.
– Nie da się całkiem zatrzymać negatywnych aspektów gentryfikacji w warunkach gospodarki wolnorynkowej – twierdzi dr Drozda, po czym tłumaczy podziały w środowisku ekspertów od miejskiej polityki. To dwie kategorie: optymiści i pesymiści. Ci pierwsi mówią, że miasta są przestrzeniami, które oferują dziś najlepszą jakość życia, rozwijają się i są sercami naszej gospodarki, ale też kultury, a negatywne zjawiska to margines. Pesymiści uważają, że miasta, owszem, rozwijają się, ale są pełne nierówności pogłębiających rozwarstwienie społeczne.
Wróćmy na demonstrację w obronie przedsiębiorców i mieszkańców krakowskiego Kazimierza. Facet z tlenionym irokezem i w koszuli w gepardzie cętki wciąż krzyczy coś o anarchii, a ja pytam jednego z pikietujących, Piotra, dlaczego właściwie przyszedł.
– Tracimy tożsamość – odpowiada. – Jeżeli się poddamy, klimat tego miejsca już nie wróci. Ludzie nie przyjeżdżają tu przecież dla hoteli, tylko dla klimatu Kazimierza. Jesteśmy mieszkańcami Krakowa i to miejsce jest nam bliskie. Chcemy je uratować.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















