Strzeżcie się ludzi zblazowanych

Być może blaza jest skutkiem ubocznym życia w nadwyżce, w bezustannym zaaferowaniu. Jest to jednak lekarstwo – jeśli można je w ogóle takim słowem nazwać – gorsze od choroby.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Tak zwana ekonomia uwagi, od której mechanizmów nikt mający cokolwiek zawodowo, a może i towarzysko wspólnego z internetem nie ma szans ucieczki, wymusza stosowanie pewnych nieuczciwych numerów. Należy do nich przede wszystkim podkręcanie podstawowych, odruchowych emocji, które są szybsze od trzeźwej myśli – takich jak strach albo oburzenie. Zbaraniały użytkownik – tak producent, jako i konsument – musi wówczas wpaść w pętlę kolejnych reakcji i wyrażać zdecydowane sądy, zanim zastanowi się, czy w ogóle warto. Na skutek tych działań wątleje z trudem wypracowana ludzka zdolność do zniuansowanej analizy wydarzeń czy stosowania tak nieatrakcyjnych, nudziarskich, wymagających wysiłku narzędzi, jak rozwaga albo rozsądek. Wszyscy to wiemy, a mimo to poddajemy się temu zdumiewającemu cofaniu się w rozwoju, nawet jeśli czynimy to z niesmakiem.

Jak się wzruszyć na zapas

Ryzykiem związanym z napędzaniem gwałtownych emocji jest możliwość zużycia ich pochopnie. Oto np. ludzie zaczynają się wzruszać lub oburzać (i wzajemnie się tym zarażać, jak to bywa z silnymi emocjami), podczas gdy nie wiadomo jeszcze, o co do końca chodzi. Powiedzmy – z możliwie najłagodniejszych przypadków – ktoś zauważa zamknięty sklep na swojej ulicy i zaczyna bić na alarm, że, powiedzmy, „dzielnica umiera”, sąsiedzi zaczynają się przejmować i również wyrażają niezadowolenie, podczas gdy chwilę później okazuje się, że nastąpiła jedynie awaria prądu i sklep wraca do standardowego trybu pracy. Mleko jednak już rozlane, ludzie zdążyli się przywiązać do raz wygłoszonej opinii, w końcu szkoda, żeby tyle wysokooktanowych emocji się zmarnowało.

Ale uwaga – może być jeszcze gorzej. Rewersem wywoływania oburzenia jest bowiem generowanie blazy. Polega ono na demonstracyjnym oznajmianiu swojego cynizmu i wszechwiedzącej obojętności, a nade wszystko – deklarowanej odporności na silne wzruszenia. Znakiem rozpoznawczym tej postawy jest upodobanie do stosowania nieprzychylnych słów dźwiękonaśladowczych i diagnostycznych w reakcji na zjawiska, a do tego osobliwa nerwowość w ich wyrażaniu.

I tak człowiek zblazowany spieszy się, by koniecznie nazwać czyjeś umiarkowane niezadowolenie „kwikiem”, „lamentem” lub „rozrywaniem szat”, nawet zupełnie spokojną wymianę opinii zaś – „aferą”, „histerią”, „dramatyzowaniem”. To repertuar, który badacz komunikacji społecznej i języka z łatwością zakwalifikuje do kategorii „inny, czyli gorszy”: ja myślę rozsądnie i wyrażam się prawidłowo, ten drugi, czyli barbarzyńca, wydaje z siebie co najwyżej nieartykułowane dźwięki.

Udawanie stoika

Oczywiście łatwo zauważyć w tym brzydki, snobistyczny niesmak, mnie jednak bardziej ciekawi pośpiech i poczucie konieczności, żeby jak najszybciej oddalić temat. To jak potrzeba gwałtownego zerwania etykietki, zaklejenia obrazka, zasłonięcia sobie uszu i powtarzania „la, la, la”. Zblazowany człowiek stara się jak może, by udawać niewzruszonego stoika, jednak w rzeczywistości krzyczy: „natychmiast proszę się rozejść! Ja nie chcę się nad tym zastanawiać! Nie będę na to zwracać uwagi! Nie ma tematu! Zrozumieliście? Nie ma tematu!”.

Pod stoickim wnętrzem ukrywa się... // Fot. Olga Drenda

Być może blaza jest skutkiem ubocznym życia w nadwyżce, w bezustannym zaaferowaniu, na które w końcu i święty może zobojętnieć, jak w bajce z morałem o dziecku, które dla zabawy krzyczało: „pali się”. Prawdopodobnie jest to lekarstwo – jeśli można je w ogóle takim słowem nazwać – gorsze od choroby. Są bowiem sytuacje, w których zdenerwować, oburzyć się czy wzruszyć to nie tylko rzecz zwyczajna, ale nawet i pożądana. Czasami warto posłuchać kogoś, kto zawzięcie dmie w surmy, i zastosować do tego inne nieatrakcyjne narzędzie w zasobie naszych umysłów, zwane rezerwą – żeby zwrócić uwagę na skądinąd słuszne mimo irytującej formy wezwanie. Może chodzić o takie niebłahe przecież kwestie, jak konieczność wezwania pomocy, zagrożenie dla jakiegoś istotnego miejsca czy, powiedzmy, drzewa, a może nawet i bezpieczeństwo całego regionu.

Mikroklimat internetowy to środowisko w dużym stopniu sztuczne i gdy ktoś mówi, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, ma odrobinę racji. Ale tylko trochę: z tego sztucznego środowiska promieniują słowa, które miewają skłonność do stawania się namacalną, trójwymiarową rzeczywistością.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Proszę się rozejść, nie ma tematu