Tak zwana ekonomia uwagi, od której mechanizmów nikt mający cokolwiek zawodowo, a może i towarzysko wspólnego z internetem nie ma szans ucieczki, wymusza stosowanie pewnych nieuczciwych numerów. Należy do nich przede wszystkim podkręcanie podstawowych, odruchowych emocji, które są szybsze od trzeźwej myśli – takich jak strach albo oburzenie. Zbaraniały użytkownik – tak producent, jako i konsument – musi wówczas wpaść w pętlę kolejnych reakcji i wyrażać zdecydowane sądy, zanim zastanowi się, czy w ogóle warto. Na skutek tych działań wątleje z trudem wypracowana ludzka zdolność do zniuansowanej analizy wydarzeń czy stosowania tak nieatrakcyjnych, nudziarskich, wymagających wysiłku narzędzi, jak rozwaga albo rozsądek. Wszyscy to wiemy, a mimo to poddajemy się temu zdumiewającemu cofaniu się w rozwoju, nawet jeśli czynimy to z niesmakiem.
Jak się wzruszyć na zapas
Ryzykiem związanym z napędzaniem gwałtownych emocji jest możliwość zużycia ich pochopnie. Oto np. ludzie zaczynają się wzruszać lub oburzać (i wzajemnie się tym zarażać, jak to bywa z silnymi emocjami), podczas gdy nie wiadomo jeszcze, o co do końca chodzi. Powiedzmy – z możliwie najłagodniejszych przypadków – ktoś zauważa zamknięty sklep na swojej ulicy i zaczyna bić na alarm, że, powiedzmy, „dzielnica umiera”, sąsiedzi zaczynają się przejmować i również wyrażają niezadowolenie, podczas gdy chwilę później okazuje się, że nastąpiła jedynie awaria prądu i sklep wraca do standardowego trybu pracy. Mleko jednak już rozlane, ludzie zdążyli się przywiązać do raz wygłoszonej opinii, w końcu szkoda, żeby tyle wysokooktanowych emocji się zmarnowało.
Ale uwaga – może być jeszcze gorzej. Rewersem wywoływania oburzenia jest bowiem generowanie blazy. Polega ono na demonstracyjnym oznajmianiu swojego cynizmu i wszechwiedzącej obojętności, a nade wszystko – deklarowanej odporności na silne wzruszenia. Znakiem rozpoznawczym tej postawy jest upodobanie do stosowania nieprzychylnych słów dźwiękonaśladowczych i diagnostycznych w reakcji na zjawiska, a do tego osobliwa nerwowość w ich wyrażaniu.
I tak człowiek zblazowany spieszy się, by koniecznie nazwać czyjeś umiarkowane niezadowolenie „kwikiem”, „lamentem” lub „rozrywaniem szat”, nawet zupełnie spokojną wymianę opinii zaś – „aferą”, „histerią”, „dramatyzowaniem”. To repertuar, który badacz komunikacji społecznej i języka z łatwością zakwalifikuje do kategorii „inny, czyli gorszy”: ja myślę rozsądnie i wyrażam się prawidłowo, ten drugi, czyli barbarzyńca, wydaje z siebie co najwyżej nieartykułowane dźwięki.
Udawanie stoika
Oczywiście łatwo zauważyć w tym brzydki, snobistyczny niesmak, mnie jednak bardziej ciekawi pośpiech i poczucie konieczności, żeby jak najszybciej oddalić temat. To jak potrzeba gwałtownego zerwania etykietki, zaklejenia obrazka, zasłonięcia sobie uszu i powtarzania „la, la, la”. Zblazowany człowiek stara się jak może, by udawać niewzruszonego stoika, jednak w rzeczywistości krzyczy: „natychmiast proszę się rozejść! Ja nie chcę się nad tym zastanawiać! Nie będę na to zwracać uwagi! Nie ma tematu! Zrozumieliście? Nie ma tematu!”.

Być może blaza jest skutkiem ubocznym życia w nadwyżce, w bezustannym zaaferowaniu, na które w końcu i święty może zobojętnieć, jak w bajce z morałem o dziecku, które dla zabawy krzyczało: „pali się”. Prawdopodobnie jest to lekarstwo – jeśli można je w ogóle takim słowem nazwać – gorsze od choroby. Są bowiem sytuacje, w których zdenerwować, oburzyć się czy wzruszyć to nie tylko rzecz zwyczajna, ale nawet i pożądana. Czasami warto posłuchać kogoś, kto zawzięcie dmie w surmy, i zastosować do tego inne nieatrakcyjne narzędzie w zasobie naszych umysłów, zwane rezerwą – żeby zwrócić uwagę na skądinąd słuszne mimo irytującej formy wezwanie. Może chodzić o takie niebłahe przecież kwestie, jak konieczność wezwania pomocy, zagrożenie dla jakiegoś istotnego miejsca czy, powiedzmy, drzewa, a może nawet i bezpieczeństwo całego regionu.
Mikroklimat internetowy to środowisko w dużym stopniu sztuczne i gdy ktoś mówi, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, ma odrobinę racji. Ale tylko trochę: z tego sztucznego środowiska promieniują słowa, które miewają skłonność do stawania się namacalną, trójwymiarową rzeczywistością.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















