Donald Trump miał się zastanawiać nad atakiem przez dwa tygodnie, ale już po dwóch dniach, lekceważąc negocjacje prowadzone z Iranem przez państwa europejskie, wysłał bombowce na zakłady wzbogacania uranu w Fordow i Natanz, a także na główny ośrodek badawczy w Isfahanie. Do nalotu dołączyły operujące w tym regionie amerykańskie okręty podwodne, wystrzeliwując z pokładów pociski manewrujące.
Decyzja o ataku nie jest zaskakująca, biorąc pod uwagę wieloletni sojusz USA z Izraelem. Ale przeczy licznym zapowiedziom Trumpa, że nie będzie już angażować amerykańskiego imperium w wątpliwe i kosztowne wojny.
Rozłam w ruchu MAGA. Amerykanie nie chcą iść na wojnę
Ostatni ruch prezydenta dzieli dziś nie tylko amerykańskie społeczeństwo (według różnych badań atak na Iran popiera od 16 do 25 proc. ankietowanych, podobnie jak w Polsce). Zdezorientowany jest też ruch MAGA, który wyniósł Trumpa do władzy. Jego ikona Steve Bannon ostrzega, że prezydent USA właśnie „kopnął gniazdo szerszeni”. Pojawiają się też głosy, że Trump jest obłąkany, i że pakując Stany w kolejną awanturę tylko wzmacnia Chiny, dając się wodzić za nos Beniaminowi Netanjahu, który od 1995 r. straszy świat, że Iran jest na progu uzyskania bomby.
Wpływowy konserwatywny dziennikarz Tucker Carlson jeszcze przed atakiem USA pokłócił się na wizji z republikańskim senatorem Tedem Cruzem, udowadniając mu, że nic nie wie o kraju, który rzekomo w imię nakazów Biblii chce upokorzyć, a izraelskie opowieści o budowie przez Teheran bomby atomowej nazwał kłamstwem.
Na jakim etapie był tak naprawdę program atomowy Iranu?
I choć eksperci monitorujący obiekty w Iranie zauważyli niedawno, że zgromadzono w nich niebezpiecznie duże ilości mocno wzbogaconego uranu, to wątpliwości budzi fakt, iż jeszcze w marcu szefowa wszystkich agencji wywiadowczych USA, Tulsi Gabbard, twierdziła przed Kongresem, że Irańczycy nie prowadzą prac nad bronią nuklearną, a gdyby nawet tak zdecydowali, cały proces potrwa ok. trzech lat.
Teraz – po tym, jak Trump stwierdził publicznie, że Gabbard się myli, a rację ma, jego zdaniem, Izrael – zgodziła się ona z opinią, iż prace nad bombą mogłyby skończyć się w kilka tygodni.
Nie wiadomo więc, na jakim faktycznie etapie był program atomowy Iranu, na jak długo atak USA go cofnął (zakłady w Fordow zostały ewakuowane przed nalotem) i czy strony wrócą do rozmów (poprzednie porozumienie Zachodu z Iranem zerwał osobiście Trump w 2018 r.).
Choć osłabiony, Teheran wciąż ma duże zdolności odwetowe
Na razie nie ma nawet pewności, czy cały ten konflikt, który rozpoczął się 13 czerwca nalotami Izraela – w przeddzień kolejnej rundy negocjacji USA–Iran w Omanie – miał storpedować te rozmowy, czy też szły one tak źle, iż sam Trump stracił złudzenia i dał zielone światło Tel Awiwowi.
Na pewno jednak sekwencja zdarzeń zaskoczyła Iran, który w pierwszych dniach izraelskich ataków stracił – w wyniku precyzyjnych nalotów i uderzeń dronów – niemal całe dowództwo armii i Korpusu Strażników Rewolucji, kilku naukowców, spory odsetek wyrzutni rakiet balistycznych; także jego obrona przeciwlotnicza miała zostać sparaliżowana.
Później jednak okazało się, iż Teheran wciąż posiada duże zdolności odwetowe i potrafi razić pociskami hipersonicznymi cele w Tel Awiwie i Hajfie. W efekcie izraelskie systemy, takie jak Żelazna Kopuła czy Proca Dawida (mimo wsparcia antyrakiet z amerykańskich lotniskowców) powoli ulegają przeciążeniu, a koszty obrony obliczane są na ponad 200 mln dolarów dziennie.
Co zrobi teraz reżim ajatollahów?
Co dalej? Bezpośredni odwet Iranu wobec USA, gdyby teraz do niego doszło, mógłby oznaczać ostrzał baz amerykańskich w regionie. To uruchomiłoby spiralę przemocy, przed którą ostrzega zwłaszcza prezydent Turcji, nie szczędzący dziś obelg Izraelowi.
Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, Ameryka utknie na lata w niszczącym region konflikcie, i to konflikcie z 90-milionowym państwem, posiadającym jedną z największych armii na świecie (niemal 600 tys. żołnierzy) i głębokie rezerwy strategiczne. Inwazja na taki kraj jak Iran, a potem jego okupacja są po prostu niemożliwe.
Jeśli więc Irańczycy pozostaną wobec Amerykanów przy rytualnych groźbach, a ci odtrąbią sukces po nalocie bombowców B-2, rzecz może się rozejść po kościach, a Trump ogłosi, że resztę spraw oba państwa muszą załatwić między sobą, proponując pośrednictwo w porozumieniu.
Czy Amerykanów czeka „nowy Irak”?
Równie prawdopodobny jest jednak odwrotny scenariusz. Co prawda możliwości Hamasu, Hezbollahu i jemeńskich Huti są dziś znacznie ograniczone, a Syria przestała być irańskim sojusznikiem (co ciekawe, Trump zniósł sankcje na ten kraj na miesiąc przed atakiem Izraela, odwołał też listy gończe za jego islamistycznymi przywódcami).
Jednak sam Iran wciąż stanowi potęgę, którą można tylko rujnować z powietrza, narażając się na nienawiść muzułmanów na całym świecie, rozpad struktur w samym Iranie, falę imigracji czy krwawą wojnę hybrydową. Np. osławioną blokadę cieśniny Ormuz dla przepływu tankowców z ropą. To byłby jednak akt rozpaczy ze strony Iranu, gdyż uderzyłby głównie w państwa Azji, m.in. Indie, Koreę Południową, Japonię i Chiny, cichego sojusznika Teheranu.
Nie sposób rozwiać dziś wątpliwości, czy Stany nie pakują się właśnie w awanturę podobną do tej w Iraku. Bagdad też miał prowadzić prace nad bronią masowego rażenia, ale okazało się to mitem. Co prawda przy okazji usunięto dyktatora Saddama Husajna, ale kraj utonął w wieloletnim chaosie, ostatecznie zaś wpływy w Iraku uzyskał Iran, którego gwardziści nota bene powstrzymali przed dekadą ofensywę Państwa Islamskiego na Bagdad.
Ten przykład pokazuje, jak skomplikowana jest układanka na Bliskim Wschodzie.
O co walczy premier Netanjahu?
Ważnym faktorem konfliktu jest też sytuacja w samym Izraelu, gdzie premier Netanjahu tuż przed atakiem na Iran wciąż walczył o utrzymanie większości w Knesecie, zapewniającej mu władzę i wstrzymującej na czas wojny sądowe procesy o korupcję.
Jupitery skierowane na Iran pozwalają mu też dokończyć krwawą rozprawę w Strefie Gazy. Właśnie zamknięto tam 90 proc. punktów wydawania żywności, a 1,5 mln ludzi stłoczono na południu Strefy, gdzie żyją w przerażających warunkach – a mimo to są atakowani w okolicach ostatnich czterech punktów dystrybucji pomocy.
Nikt nie powstrzyma Izraela w Gazie, ale z Iranem będzie mu trudniej. Marzenia Netanjahu, że ataki lotnicze i eliminacja dowódców armii doprowadzą do buntu Irańczyków (lub choćby mniejszości narodowych) i pogrążą w chaosie najsilniejszego konkurenta w regionie, spełzły na niczym. Wyreżyserowana kampania internetowa – z apelami kierowanymi do Irańczyków przez syna ostatniego szacha oraz liderów emigracyjnego ruchu Mudżahedinów Ludowych (uznawanego powszechnie za sektę) – skończyła się niczym po dwóch dniach.
Iran, którego społeczeństwo w większości ma dość brutalnego reżimu ajatollahów (nawet jeśli ostatnio on zelżał, a kobiety w północnym Teheranie zaczęły zrzucać chusty), jednak nie wyobraża sobie, aby sygnał do zmiany systemu miał dawać Persom rząd Izraela – niszczący dziś w Iranie nie tylko ośrodki atomowe, ale też infrastrukturę obronną, rafinerie i sieci energetyczne.
Czekają nas niezwykle trudne tygodnie, a odczujemy je niedługo w rachunkach na stacjach paliw. I oby tylko tam.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















