Był 15 października 1866 roku. Dwudziestoletnia Brygida C., z zawodu służąca, od dłuższego już czasu stała w progu, wyglądając narzeczonego imieniem Grześko. Ten wyszedł do miasta i podejrzanie długo nie wracał.
Znużona i zazdrosna, dziewczyna trzasnęła wreszcie drzwiami i poszła tam, gdzie mogli szukać pocieszenia ówcześni chłopi. W karczmie widziano ją, jak powiedzą potem świadkowie, „zdrową” i „pijaną”. Taką musiał ją zastać również zbłąkany Grześko, gdy wracając do domu, również i on zahaczył o gospodę.
Świadkowie zeznali, że rozmowa zakochanych przerodziła się w kłótnię. Brygida zarzuciła chłopcu, że ma kochankę, i wściekła wyszła z karczmy. W domu żaliła się na swój los, co nie przyniosło chyba ulgi, bo po chwili dziewczyna chwyciła „blaszaną kwartę” i poszła dokupić wódki. Kilka godzin później, zupełnie już pijana, wdała się w kolejną awanturę z Grześkiem – znów zarzuciła mu zdradę. W zamian otrzymała kilka ciosów „paliczką przez plecy”.
Stajenni zeznali, że wieczorem, skruszony bądź przestraszony Grześko „dopytywał się” o Brygidę i szukał jej, lecz bez skutku. Jej ciało znaleziono nad ranem. Nie nosiło śladów „zewnętrznego gwałtu”. Było niemal pewne, że młoda kobieta zapiła się na śmierć.
Śmiertelne żniwo XIX-wiecznego pijaństwa
Historia ta przetrwała jako jeden z wielu „przypadków sądowo-lekarskich”, które chętnie publikowała branżowa prasa medyczna z drugiej połowy XIX w. („Przegląd Lekarski”, wydawany od 1862 r. w Krakowie, nie sprecyzował, gdzie miała ona miejsce).
Nie trzeba długiej kwerendy, by zorientować się, że spora część takich „przypadków” dotyczyła ludzi podobnych do Brygidy – chłopek i chłopów, uzależnionych od alkoholu. W tamtym czasie na ziemiach polskich pod zaborami gospodarka oparta na produkcji gorzałki oraz na wlewaniu jej – dosłownie lub w przenośni – włościanom do gardeł, zbierała już obfite i śmiertelne żniwo.

Nie umykało to uwadze specjalistów. Już w latach 60. XIX w., mimo skąpych danych statystycznych, lekarze i społecznicy zaczęli dostrzegać związek między spożyciem alkoholu a degeneracją społeczeństwa, zwłaszcza ludu. Z początku w ich rozważaniach próżno by jednak szukać pozytywistycznych nowinek z Zachodu. Dominowała stara perspektywa religijno-oświeceniowa. Jeśli więc ktoś (jak autorzy „Przeglądu Lekarskiego” z 1865 r.) pochylał się nad przyczyną krótkiego życia galicyjskiego chłopa, to zwykle uznawał, iż „nadużycie gorzałki” jest mniejszym problemem niż „ciemnota i zabobon” – i nie zastanawiał się nad ekonomiczną kalkulacją strat wynikających z picia.
Przełom: nowe myślenie o nadużywaniu alkoholu
Od przełomowych w tym względzie publikacji Magnusa Hussa – lekarza ze Szwecji, który w połowie XIX w. jako pierwszy doszedł do wniosku, że permanentne upijanie się to choroba – minęło już kilkanaście lat. Jednak na ziemiach polskich alkoholizm był wciąż postrzegany bardziej jako grzech niż choroba. I raczej jako sprawa prywatna niż problem, który wpływa na kondycję całej wspólnoty.
Siłą rzeczy walczyli z nim zatem głównie duchowni. Przekonywali, że pijaństwo zamyka drogę do nieba, jest przyczyną naruszenia przykazań czy też impregnuje wiejskie chaty na „promienie cywilizacji chrześcijańskiej”. W podobnym tonie wypowiadali się świeccy badacze i aktywiści. Np. krakowski poeta Władysław Anczyc zaczynał antyalkoholową pogadankę od swojskiego „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Z kolei zaznajomiony z zachodnimi nowościami inżynier Karol Falewicz wśród przyczyn alkoholizmu wymieniał także „brak religii”.
Przełom – czyli unowocześnienie i laicyzacja myślenia o nadużywaniu alkoholu – nastąpił na ziemiach polskich dopiero w dwóch ostatnich dekadach wieku XIX.
„Armia butelki armią komuny”
Na ślad tego procesu można trafić, przeglądając... „Encyklopedię kościelną” z 1893 r. Pod hasłem „pijaństwo”, oprócz uwag o charakterze religijnym, znajdujemy tu wzmianki o „nowoczesnym alkoholizmie”, który ma być dziedzicznym „stanem chorobowym”. Oraz problemem społecznym, przyczyniającym się do marnotrawstwa potencjału produkcyjnego, a nawet zwiększającym ryzyko rewolucji („armia butelki to będzie armia komuny”).
Skąd ta zmiana perspektywy? Otóż w ciągu kilku dekad na ziemiach polskich popularne stały się metody statystyczne. Do świadomości elit przebiły się zaś medyczne spojrzenie na alkoholizm, teoria Darwina i inne osiągnięcia genetyki. Podążając za modą na ekonomię polityczną, publicyści co rusz przeliczali wypitą wódkę na zmarnowane dniówki, a zmarnowane dniówki uznawali za przyczynę klęsk – historycznych i nadchodzących.

Słowem, w okolicy 1880 r. zaczyna się proces medykalizacji problemów społecznych i uwspólnotowienia problemów medycznych. Będzie on trwał bez zakłóceń aż do czasu, gdy obie te perspektywy skompromituje polityka III Rzeszy. Dla nowoczesnych działaczy antyalkoholowych Brygida C. nie będzie już zatem grzesznicą, lecz społecznym nieużytkiem lub – w radykalnej wersji – patogenem społecznym, którego rozmnażanie grozi epidemią.
Trzeźwość dla dobra narodu
To, co stare, poszło zarazem w odstawkę. Na początku wieku XX autorzy broszur wprost odżegnywali się więc od „starożytnego” religijnego pojęcia indywidualnej ascezy. Wartościowa abstynencja miała być teraz ofiarą na rzecz przyszłych pokoleń, cegiełką do narodowej potęgi, a nawet krokiem ku odzyskaniu niepodległości, a nie kaprysem jednostki. Taki był w każdym razie plan nieuleczalnie romantycznych pozytywistów, którzy zyskiwali wpływy w pierwszych dwóch dekadach XX stulecia.
Niedługo przed zakończeniem I wojny światowej Tomasz Janiszewski (późniejszy minister zdrowia II RP) przekonywał, że odpowiedzialny lekarz powinien traktować swoich pacjentów jako „cząstki zbiorowości tworzące społeczeństwo”, a nie „jednostki w znaczeniu indywidualizmu”. W tym czasie krakowski neurolog i filozof medycyny Henryk Nusbaum dowodził, że po odkryciach Darwina nie można już uznawać człowieka za „listek samoistny” czy „cel sam w sobie”, bo jest on istotą, która „żyje i pochłania światło po to, aby żyło i rozwijało się drzewo” (tj. naród czy ludzkość).
Ze wspomnień nawróconego hulaki
Choć z dzisiejszej perspektywy może wydać się to absurdalne, to ówcześni lekarze i społecznicy całkiem serio wierzyli, że ludzie będą w stanie nie pić alkoholu lub zrezygnować z reprodukcji własnych genów tylko po to, aby za 20 lat Polacy nie polegli w wojnie z narodem, który prowadzi się lepiej od nich.
Najbardziej oryginalnym wśród wyznawców podobnych idei był chyba Augustyn Wróblewski, krakowski docent chemii, znany przeciwnik Kościoła i anarchista (w młodości zesłany do Azji przez carat za działalność podziemną). W latach 1900-1913 założył on kilka pism krzewiących czystość seksualną i abstynencję od alkoholu. Angażował się też w działalność stowarzyszenia abstynenckiego Eleuteria, założonego przez Wincentego Lutosławskiego.
Nowych członków zakonu trzeźwości chciał przyciągać nie tylko aurą światowca i buntownika, lecz także kombatancką legendą byłego hulaki. „Nie myślcie panowie – powiadał w trakcie jednej z pogadanek z młodzieżą – abym mówiąc o zepsuciu moralnym stawał przed wami jako laik”. Potem bez zażenowania opowiadał o swoim młodzieńczym pijaństwie, seksie z prostytutkami, romansie z żoną przyjaciela i innych sprawach ze swego życia, o których słuchacze być może woleliby nie wiedzieć.
Alkoholizm problemem medycznym, ekonomicznym i kolektywnym
Wygląda na to, że wokół Wróblewskiego gromadziło się więcej podobnych mu neofitów – teksty zamieszczane w jego pismach bywały bowiem skrajnie radykalne, a przy tym nieznośnie patetyczne. Abstynencję zwano tu „obowiązkiem patriotycznym”, co i rusz wspominano o „sztandarze trzeźwości”, a wierzących w „przyszłe życie narodu” wzywano do świeckiego rachunku sumienia. Chodziło chyba o to, aby szary Kowalski zacząć spowiadać się z picia także przed „duchem narodu”.
W późniejszych latach dominować będą już działacze antyalkoholowi twardziej stąpający po ziemi (chciałoby się rzecz: trzeźwiej). Tacy, którzy skrupulatnie wyliczali koszty picia, przekonując jednocześnie, że praca włożona w produkcję alkoholu jest tak naprawdę antypracą, bo ostatecznie przyczynia się do destrukcji, a nie pomnażania kapitału (ludzkiego). Bardziej nowocześnie się nie da!
W tym miejscu można by powtórzyć, że na początku wieku XX alkoholizm stał się problemem medycznym, ekonomicznym i kolektywnym, a nie kwestią prywatną i religijną. Całe szczęście nowoczesność to zwykle work in progress – niedokończony projekt, deklaracja świeckości spisana w istocie na kartach Biblii.
Metafizyczne odniesienia kół abstynenckich
Tak było również w przypadku działaczy antyalkoholowych i kół abstynenckich z lat 1900-1939. Przyglądając się tekstom, które po nich pozostały, łatwo dostrzec, że – podobnie jak dzisiejsze koła z ruchu anonimowych alkoholików – nie potrafili się oni obejść bez jakiejś transcendencji, „siły wyższej”, czegoś trwalszego niż człowiek, przed czym można by się rozliczyć z podjętego wyzwania.
Mimo szumnych deklaracji z myślenia działaczy nie zniknęły więc wcale metafizyczne odniesienia. W porównaniu z wiekiem XIX zmieniła się tylko ostateczna instancja – miejsce Boga zajęła wspólnota polityczna, rozumiana jako „synonim świętości” czy „pojęcie wprost religijne”. Ówczesne koła abstynenckie wykształciły też własną parareligijną eschatologię. Nagrodą dla wytrwałych w trzeźwości miało być wieczne (choć nieświadome) trwanie w nieskończonej puli genów lub geopolityczne zbawienie. Karą – kolektywna apokalipsa.
W broszurach z lat 20. XX w. często powtarzały się więc przestrogi dotyczące genetycznej „kary za picie ojców do trzeciego i czwartego pokolenia” i wyliczenia narodów, które wyginęły wskutek nadużywania alkoholu: Rzymian, Indian, Hotentotów, Trojan, Babilończyków. Z „opilstwem” wiązano też upadek carskiej Rosji i I Rzeczypospolitej, która miała zapłacić najwyższą cenę za brak troski o kondycję „rasy”.
Kazimierz Jagiellończyk i Joanna D’Arc: święci abstynenci
Inna sprawa, że działacze antyalkoholowi potrzebowali religijnych pojęć i struktur organizacji, bo były one sprawdzone i doskonale znane potencjalnym członkom. Pewnie dlatego wiele wewnętrznych regulaminów przybierało postać trzeźwościowego Dekalogu, a coniedzielne spotkania członków – trochę jak msze lub dzisiejsze mitingi AA – miały odbywać się „wedle raz na zawsze ustalonego porządku, co wprowadza do obrad wielki ład i nastrój uroczysty”.
W pewnym sensie członkowie tych wspólnot przypominali wczesnych chrześcijan – namiętnie spierano się o doktrynę, rytuały i zasady włączania nowych członków do wspólnoty. Naśladując strategie Kościoła katolickiego, organizacje abstynenckie wskazywały też swoich świętych – z jakiegoś powodu szczególnie upodobano sobie Kazimierza Jagiellończyka („święty ten młodzian życie całe pozostał abstynentem”) czy Joannę D’Arc.
Czasem życie członka organizacji miało przypominać niemal życie zakonne – przebywanie w zgromadzeniu wymagało „nadzwyczajnej karności”, przestrzegano, że śluby alkoholowe powinny być „wstrząsem moralnym, który może zmienić całkowicie życie”. Zdaniem wielu w czasach II RP polskie ruchy alkoholowe znalazły się w „stadium apostolstwa”, co wymagało od trzeźwiejących ludzi aktywnej „ewangelizacji”, a nie tylko pasywnego niepicia.
Także myślenie o trzeźwości zanurzone jest w historii
Problem w tym, że najczęściej niewiele z tego wszystkiego wynikało. Idee kół abstynenckich nie imały się świadomości mas, a wzrosty lub spadki konsumpcji alkoholu w II RP związane były przede wszystkim z sytuacją gospodarczą.
W 1929 r. na łamach „Młodzieży abstynenckiej” ukazało się znamienne sprawozdanie lokalnego działacza, który żalił się, że na ostatnim spotkaniu „publika nie dopisała, a to dlatego, że uroczystość ta była w szkole urządzona i bez alkoholu w bufecie”.

Z kolei w pamiętnikach chłopów czy bezrobotnych z czasów wielkiego kryzysu ekonomicznego lat 30. abstynencja traktowana jest raczej jako wymuszona oszczędność niż ofiara na rzecz czegokolwiek (poza własnym portfelem). Chcąc zobrazować skalę biedy, jeden z autorów wspomina, że we wsi „nie ujrzysz już, poza sekretarzem, pijanego człowieka”.
Historia dawnych ruchów antyalkoholowych wydaje się przy tym dobitnym przykładem tego, jak ludzkie myślenie zanurzone jest w historii. Sto lat temu pomysł zapośredniczenia relacji pijących z własnym ciałem przez idee patriotyczne był dla wielu tak samo racjonalny, jak dziś skierowanie uzależnionego do psychologa.
Czy za sto lat nasze zaufanie do psychoterapii wyda się komuś równie kuriozalne? Na razie trudno to sobie wyobrazić.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















