Ręka w górę, kto nigdy nie rozsypał na stole paczki M&M’s-ów i nie próbował policzyć, ile jest cukierków w każdym z sześciu kolorów. Widzę, że większość z nas choć raz się nie oparła tej pokusie. A kto z was robi to kompulsywnie, próbując ustalić w sposób systematyczny dystrybucję i zakresy zmienności?
Aż do 2008 r. firma Mars publikowała takie dane. Kiedy zaprzestała, w imieniu milionów ludzi potrzebujących tej wiedzy do szczęścia wystąpili rozmaici nudzący się matematycy. Oglądanie ich wyliczeń to jeden z lepszych powodów, dla których wynaleziono internet.
Sami rozumiecie, że gdyby nagle producent zaczął wypuszczać jednolite draże arachidowe w polewie zachowującej normalny czekoladowy kolor, utrata tego wyzwania poznawczego byłaby ciosem dla naszych sił umysłowych, i tak już mocno poturbowanych w dobie sztucznej inteligencji. Dlatego nie dziwię się firmie Mars, że odrzuciła inicjatywę dobrowolnej rezygnacji ze sztucznych barwników, jaką branża spożywcza w USA z oporami podejmuje pod naciskiem ministra zdrowia, Roberta F. Kennedy’ego. Pisaliśmy o nim jesienią, przewidując, iż będzie łączył antyszczepionkowe brednie z chwalebną ideą ograniczania szkód wynikłych ze spożywania wysokoprzetworzonej żywności – albowiem dziś trzeba być trochę szalonym, żeby chcieć stawić czoło temu systemowi. I tak też się stało, część koncernów kontrolujących często nawet 90 proc. rynku danych płatków czy chrupek, licząc na to, że osłabi impet zdrowotnej krucjaty, właśnie się zgodziła stopniowo zrezygnować z syntetycznych barwników. Nie we wszystkich produktach, nie wszędzie, na próbę. Ale jednak.
To może biznesowo zaboleć, bo wyraziste barwy powodują w mózgach reakcję „ładne, więc smaczne” (wiecie, że barwi się nawet skórkę pomarańczy, żebyśmy chętniej kupili?), za to organiczne wersje kolorów są mniej trwałe. Poza tym w przypadku np. antocyjanów z buraka lub kurkuminy, smakują, no właśnie: burakiem albo kurkumą. W ciastkach niekoniecznie byśmy to lubili. A jeśli są trwałe, to koszmarnie drogie – symbolem niech będzie purpura tyryjska, ta z szat cesarzy i królów. Dla zabarwienia metra kwadratowego tkaniny trzeba było rozgnieść, a potem rozgotować kilkanaście tysięcy ślimaków zwanych rozkolcami.
Podobnie było przecież z czerwcem polskim – chcąc uzyskać sensowną handlowo ilość larw (potem się je suszyło i proszkowało), trzeba było oskubać dziesiątki tysięcy roślin. Kiedy w połowie XVI w. z niedawno odkrytej Ameryki zaczęła płynąć znacznie tańsza i łatwiejsza w obróbce koszenila z meksykańskich żuczków, handel czerwcem załamał się tak szybko, że z naszej zbiorowej pamięci wypadł fakt, iż był to dla Polski towar eksportowy równie ważny co zboże. To był początek naszego zjazdu ku gospodarczym peryferiom Europy.
Geopolityczne tąpnięcia zahaczają o nasze spiżarnie częściej, niż nam się wydaje. Kilka dni temu Donald Trump oznajmił, że pod jego naciskiem Coca-Cola zgodziła się w swoim brązowym napoju przywrócić cukier na miejsce syropu glukozowo-fruktozowego. Koncern tego na razie nie potwierdził. W sprawach nie takiej wagi Trump ogłasza z pompą swoje nieistniejące sukcesy. A może to jednak jest ważne?
Ilekroć mówimy „cukier” w odniesieniu do jego nadmiaru w przetworzonym jedzeniu, tak naprawdę chodzi właśnie o ten syrop uzyskiwany z kukurydzy, znacznie tańszy od kryształków z trzciny lub buraka. To dopiero jego wprowadzenie na wielką skalę uczyniło z żywności na półkach źródło takich problemów zdrowotnych i społecznych.
W odpowiednim stężeniu smakuje identycznie jak cukier (tzn. ludzie z normalnymi receptorami ich nie rozróżniają), ale Coca-Cola długo stosowała go w ograniczonej ilości, aż w końcu uległa z prostego powodu: Jimmy Carter u progu swojej prezydentury w 1980 r. nałożył embargo na eksport zboża do ZSRR (była to kara za inwazję na Afganistan), co oznaczało, że mnóstwo kukurydzy musiało zostać w kraju i produkcja syropu jeszcze bardziej staniała. Księgowi Coca-Coli wzięli ostatecznie górę nad technologami strzegącymi czystości produkcji.
To nie był pierwszy raz, kiedy ci drudzy musieli ulec: w 1935 r. rabin Tuwja Geffen, urodzony i wykształcony w Kownie, ale pełniący swoją posługę w Atlancie, został dopuszczony do najtajniejszej receptury, bo firma chciała uzyskać certyfikat koszerności. I uległa jego żądaniom – usunięto pochodną gliceryny uzyskiwaną z łoju wołowego, dzięki czemu napój jest na co dzień koszerny. Ale żeby był koszerny także w okresie Paschy, rabin zażądał usunięcia śladowej wówczas ilości syropu z kukurydzy (to zboże niedozwolone w trakcie święta).
Potem, kiedy firma przerzuciła się całkowicie na syrop, „paschalna” cola z żółtą nakrętką, słodzona cukrem i sprzedawana w koszernych sklepach, pozostała wyjątkiem na rynku, poszukiwanym nie tylko przez pobożnych wyznawców judaizmu. Geffen był zasłużonym dla amerykańskich Żydów mędrcem i liderem, bardzo wcześnie zabierającym głos w sprawie np. niebezpieczeństwa nazizmu. Dwa lata po dojściu Hitlera do władzy zajmował się próbą ułatwienia imigracji uciekinierom z Niemiec, ale znalazł też czas na studiowanie receptury Coca-Coli i właściwie wyłącznie z tego znany jest opinii publicznej.
Kto wie, może jeśli Trumpowi faktycznie uda się wymusić powrót do zwykłego cukru, będzie mu to zapamiętane jako jedyny wymierny sukces pierwszego roku prezydentury.
W ślad za apologią makaronu z truskawkami Igi Świątek sprzed tygodnia, nasz newsletter „Smaki” poświęciłem częściowo smakołykom z dzieciństwa drugiego zwycięzcy Wimbledonu, Jannika Sinnera – zawodnika formalnie z Włoch, ale kulinarnie z Tyrolu, gdzie jada się np. jabłka z boczkiem. Ponieważ właśnie za parę dni na nasze stragany wjadą pierwsze dobre antonówki, przypomnijmy sobie przepis na świetną, wytrawną przekąskę jabłkową, która by na pewno w Tyrolu smakowała (choć przepis ma korzenie w Owernii).

Tartinki kaszankowe dla Jannika
- 300 g kaszanki
- 3 duże antonówki
- 250 g kruchego ciasta wg ulubionego przepisu albo gotowego
- sól
- cukier
- masło
- pieprz, cynamon, goździki, świeży rozmaryn
Dwa jabłka obieramy i kroimy na małe kawałki. W garnuszku dusimy je na paru łyżkach wody z łyżką cukru, solą, trzema goździkami i kawałkiem cynamonu, aż się prawie całkiem rozpadną. Obieramy kaszankę, rozdrabniamy, podsmażamy na patelni na odrobinie masła ze sporą ilością rozmarynu. Moim zdaniem lepiej użyć z kaszanki z kaszy gryczanej, a nie jęczmiennej – ale np. na południu Polski ciężko taką dostać. I raczej bez podrobów.
Wykładamy na dno ramekinów lub foremek cienką warstwę kruchego ciasta, podpiekamy w 170 st. C przez 10 minut. Nakładamy warstwę jabłek, warstwę kaszanki, przykrywamy plasterkiem masła, ozdabiamy igiełką rozmarynu. Zapiekamy przez kwadrans w 180 stopniach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















