Michał Sowiński: To miasta pełnią dziś rolę głównych organizatorów życia kulturalnego, prawda?
Paweł Potoroczyn: To nie jest nowe zjawisko. Samorządy mają więcej pieniędzy na kulturę niż budżet centralny. A kiedy na poziomie państwa zarządzanie kulturą trafia w ręce bigotów lub populistów, miasta stają się ostatnią linią obrony. Przerobiliśmy to w ostatnich latach: gdyby nie samorządy, wiele form ekspresji po prostu by nie przetrwało. To dzięki nim instytucje działały, odbywały się premiery, koncerty, wystawy, a artyści nie musieli emigrować.
Jest jeszcze jedna rzecz: to nie rząd jest rezerwuarem talentów. Są nim miasta. Jeśli więc miałyby abdykować ze swojej roli kulturotwórczej, mielibyśmy do czynienia z katastrofą na skalę, którą trudno sobie wyobrazić. Dlatego naprawdę warto doceniać fakt, że istnieją takie miasta, które – mimo różnych ograniczeń i presji ekonomicznej – po prostu robią swoje.
To prowadzi do pytania o finansowanie. Kto powinien utrzymywać kulturę i według jakich zasad?
Pomysł, że kultura ma się sama utrzymać, jest – łagodnie mówiąc – kuriozalny. To tak, jakby uznać, że wojsko powinno finansować się z łupów, a policja z tego, co odbierze złodziejom. Troska o kulturę – podobnie jak o zdrowie czy edukację – jest konstytucyjnym obowiązkiem państwa. Aktywni uczestnicy kultury to środowisko opiniotwórcze, które oddziałuje szerzej, wytwarza wiedzę i krytyczną refleksję potrzebne każdej wspólnocie.
Prawdziwy problem leży gdzie indziej: w braku edukacji kulturalnej. Dziś można ukończyć szkołę, nie rozumiejąc podstawowych kodów kultury. Jeśli więc chcemy mówić o „głosowaniu portfelem”, najpierw trzeba stworzyć warunki – poprzez poważną edukację w tym zakresie, żeby obywatele, zwłaszcza młodzi, wiedzieli, jak i po co głosują. Są kraje, w których nie można skończyć szkoły bez znajomości nut czy bez podstawowej wiedzy z zakresu sztuk wizualnych. Tam kulturę traktuje się równie poważnie jak matematykę czy fizykę. To gotowe wzorce.
Dlatego: tak, dopuśćmy „głosowanie portfelem”. Ale dopiero wtedy, gdy nauczymy się rozumieć sztukę i czytać książki.
Jak przełożyć sens inwestowania w kulturę na język ekonomii? Co się nam „zwraca” z tych wydatków?
To akurat jest dobrze policzone. Według badań Narodowego Centrum Kultury i Komisji Europejskiej złotówka wydana na kulturę generuje nawet do trzech złotych w PKB – to tak zwany mnożnik fiskalny. Ale ważniejsze jest to, co dzieje się dalej. Inwestycje w kulturę i edukację kulturalną budują popyt – sprawiają, że ktoś chce i potrafi uczestniczyć w kulturze. Bez tego nie będzie widowni w teatrach, kinach czy muzeach. A bez tej widowni nasze PKB będzie mniejsze o jakieś trzy procent, społeczeństwo bardziej bierne i zachowawcze, a demokracja bardziej powierzchowna. Bez kultury można mieć wzrost, ale nie rozwój.
Jest też głębszy poziom. Mówimy często o „pułapce średniego rozwoju”. Pułapka średniego rozwoju wynika z niskich marż. Niskie marże są pochodną niewielkiej intelektualnej wartości dodanej w cenie. Niska intelektualna wartość dodana bierze się z niewielkiej innowacyjności i kreatywności. Te zaś wywodzą się z deficytów myślenia abstrakcyjnego, którego najskuteczniej, najtaniej i najszybciej uczy kultura. To poparte badaniami fakty, a nie opinia. Jaka kultura, taka gospodarka.
A jaka jest rola prywatnego kapitału? Mecenat wraca do gry?
Widać tu wyraźną zmianę. Dziś nie tylko sektor kultury, ale również środowisko biznesu domaga się takich zmian w ordynacji podatkowej, które pozwolą firmom na większe zaangażowanie. Coraz częściej mecenasi nie szukają już wyłącznie zwrotu z inwestycji, tylko sensu, dobra wspólnego i szacunku. Wartości, a nie korzyści. Interesuje ich waga projektu, jego idea, to, czy jest im bliska. Dlatego rozmowa o finansowaniu rzadko zaczyna się dziś od pieniędzy. Zaczyna się od wspólnego języka i wspólnego zbioru wartości.
Dobrym przykładem jest projekt „Kultura w pracy” w Lublinie. Artyści wchodzą do firm, pracują w ich przestrzeni, spotykają się z pracownikami. To działa w obie strony: świat pracy widzi, czym naprawdę jest proces twórczy, a artyści konfrontują się z realiami ekonomii. Efekt jest zaskakujący. W jednej z firm okazało się, że wśród pracowników jest wielu twórców – muzyków, plastyków, pisarzy.
Przy okazji to próba pokazania, że twórczość jest pracą – wymagającą dyscypliny, czasu i wysiłku, tak jak każda inna. Ale działa to w obie strony: świat pracy zaczyna rozumieć proces twórczy, a artyści widzą, skąd biorą się pieniądze na instytucje, granty czy stypendia.
Ten projekt ma też przełamać pewną sztuczną polaryzację – między „klasą kreatywną” a resztą społeczeństwa. Pokazuje, że kultura nie jest dodatkiem, tylko integralną częścią życia wspólnoty – także w wymiarze ekonomicznym. Dlatego tak bardzo zależy mi na tym, żeby ten model się rozwinął. Jeśli się sprawdzi, będzie skalowany dalej – w Polsce i poza nią.
Jak sprawić, żeby kultura nie była robiona pod tabelki, tylko miała faktyczny sens?
Pierwszy warunek jest prosty: władza musi zrezygnować z ambicji kuratorskich. To zawsze szkodzi – i kulturze, i władzy.
Po drugie: programowanie trzeba powierzyć kompetentnym ludziom. Ich rolą jest tworzenie programów odpowiadających na intelektualne potrzeby i poznawcze aspiracje uczestników kultury. Na tym właśnie polega praca artysty czy kuratora: na umiejętności ich rozpoznania, a w przypadku najwybitniejszych spośród nich – również antycypowania.
Jak Pan widzi Lublin jako miejsce dla kultury – co jest jego największym atutem?
Trudno uciec od historii. Lublin był jednym z pierwszych miejsc w Europie, gdzie wielokulturowość funkcjonowała w praktyce – to nie jest wcale wynalazek XX wieku! Tu podpisano Unię Lubelską – porozumienie między równorzędnymi podmiotami, które na trwałe wpisało miasto w europejską historię. Ale równie ważna jest historia nowsza. To tutaj rozwijały się istotne nurty teatru alternatywnego, działały środowiska niezależne i powstawał suwerenny obieg kultury. Lublin ma silną tradycję niezależności i przekonanie, że kultura może istnieć także poza oficjalnymi strukturami.
Dziś to także miasto kilku dużych uczelni, z tysiącem absolwentów rocznie – nawet jeśli tylko niewielki odsetek z nich to osoby wybitnie utalentowane, oznacza to dużą koncentrację młodych twórców. Miasto ma też sprzyjającą skalę: jest kompaktowe, dobrze skomunikowane, działa tu logika „miasta piętnastominutowego”.
Jest wreszcie kapitał społeczny – widoczny choćby w sposobie, w jaki Lublin przyjął uchodźców z Ukrainy. To doświadczenie wspólnoty ma realne znaczenie. Razem tworzy to solidny fundament dla kultury – historyczny, społeczny i instytucjonalny.
W miastach takich jak Kraków pojawia się napięcie między dziedzictwem a współczesnością. Czy to problem także w Lublinie?
W Lublinie to napięcie jest słabsze. Dziedzictwo nie jest tu ciężarem, tylko żywą częścią miasta. To nie jest coś, co trzeba „obsługiwać”, tylko coś, w czym się uczestniczy. Dziedzictwo nie musi ograniczać współczesności. Może ją zasilać – pod warunkiem, że nie udajemy, że go nie ma, tylko potrafimy je włączyć w dzisiejsze myślenie o kulturze.
A nowe technologie? Sztuczna inteligencja to dla kultury zagrożenie czy narzędzie?
Dla ludzkiej potrzeby twórczości to moment przełomu – technologia, która realnie zmienia reguły gry. Ale tymczasem pozostaje narzędziem. Można ją wykorzystać twórczo, można też w sposób destrukcyjny. Historia uczy, że nowe technologie często trafiają w ręce ludzi, którzy używają ich cynicznie albo bezmyślnie. Najpierw zastanawiamy się, co zrobić z naszymi wynalazkami, a potem zatrwożeni patrzymy, co nasze wynalazki robią z nami.
Z drugiej strony trudno wyobrazić sobie zanik ludzkiej twórczości. Bardziej prawdopodobne jest to, że wykształcą się mechanizmy odróżniania tego, co stworzył człowiek, od tego, co wygenerowała maszyna. Przypuszczam, że niedługo pojawi się aplikacja, która czytelnika, widza, słuchacza będzie ostrzegała: uważaj, ten utwór pochodzi z kombinacji krzemu, bramek logicznych, wielkich baz danych i prądu elektrycznego.
W tej sprawie jestem umiarkowanym optymistą. Mimo hiperinflacji treści, ludzie wciąż czytają książki, wzruszają się w teatrze, przeżywają muzykę skomponowaną przez ludzki geniusz, a nie wygenerowaną przez agenta AI. Kolejne zapowiedzi końca sztuki się nie spełniają. Przeciwnie, okazuje się, że kultura jest nam potrzebna właśnie po to, żeby pomóc naszym umysłom uporać się ze skutkami zmiany z analogu na digital.
Paweł Potoroczyn – dyplomata, producent i pisarz, dyrektor Europejskiej Stolicy Kultury Lublin 2029 RE:UNION. Współtwórca polskiej dyplomacji kulturalnej, założyciel Instytutu Kultury Polskiej w Nowym Jorku i dyrektor placówki w Londynie, w latach 2008–2016 kierował Instytutem Adama Mickiewicza. Autor antytrylogii: „Ludzka rzecz” (2013, nominacja do Nike), „A to było tak” (2023) i „Każdy, kiedyś” (2025).
Kultura w pracy
W Lublinie właśnie rusza „Kultura w pracy” – wieloletni program rezydencji artystycznych realizowany w ramach Europejskiej Stolicy Kultury Lublin 2029. Artyści będą pracować przez co najmniej miesiąc w specjalnych pawilonach na terenach firm – obok hal produkcyjnych, biur i w przestrzeniach badawczo-rozwojowych. Taki pawilon to jednocześnie pracownia i miejsce kontaktu z pracownikami, klientami i gośćmi.
Sednem projektu nie jest efekt końcowy, lecz sam proces. Chodzi o pokazanie, że twórczość to praca – wymagająca dyscypliny, czasu i skupienia. Równocześnie artyści konfrontują się z realiami przedsiębiorstw, a pracownicy zyskują dostęp do sposobów myślenia i działania twórców.
Program powstaje we współpracy z lubelską Unią Biznesu i angażuje firmy z różnych sektorów. Pierwszą rezydencję gości firma Medisept, a jej uczestnikiem jest pisarz Ivan Davydenko. Projekt odpowiada na wyzwania współczesnego rynku pracy – automatyzację, presję efektywności i spadek zaangażowania – pokazując, że kontakt ze sztuką wzmacnia kreatywność, elastyczność i zdolność współpracy.
„Kultura w pracy” to próba przełamania nieufności między „klasą kreatywną” a światem pracy oraz budowania trwałych relacji między kulturą a biznesem. Każdej rezydencji towarzyszyć będzie dokumentacja i publikacja podsumowująca proces. Jeśli model się sprawdzi, ma być rozwijany w kolejnych miastach – jako narzędzie wzmacniania lokalnych ekosystemów kultury i innowacji.
Więcej informacji na lublin2029.pl

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















