Śnił mi się Jurek Pilch. Kiedyś obiecaliśmy sobie taką rozmowę

Jak mówię na spotkaniach, że literatura uczy uważności, to jest to tylko połowa prawdy. Literatura uczy też zwodów, uników, dryblingu.
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara

Obudziłem się, a ona już tu była. Mały szarobrązowy pyszczek tuż przy mojej twarzy, lizała mi brodę, mając nadzieję, że będę ją głaskał po białym podgardlu. Jakoś się ułożyła z Leonem, że może zostać na noc, nie było bitki, gonienia się i chowania, jedno spało na parterze, drugie chyba na piętrze. W każdym razie jedli z tych samych misek.

Napisałem: szarobrązowy? To napisałem niedokładnie. Chciałbym napisać dokładniej, ale nie umiem. Jest tam i coś zielonkawego jakby, i jeszcze jakiś inny odcień, wszystko to zmienia się w zależności od światła, a światło rano jest szare, przepuszczone przez mgłę. Szyby od zewnątrz ociekają wodą, podobnie parapety, taras, dach i zaparkowane pod oknem samochody. Ludzie, którzy wstali wcześniej, przemykają w tej szarości, wbijają w nią swoje światła i natychmiast znikają.

Śnił mi się Jurek Pilch. Jakby mnie Malusia nie obudziła, to bym może nie pamiętał, a tak pamiętam. Śnił mi się Jurek Pilch, chyba w Wiśle, w domu, w którym nigdy nie byłem, bo nie lubię porównywać tego, co doskonale opisane, z rzeczywistym, i trzymał w rękach książkę. Książka miała pożółkłe kartki i pozbawiona była okładek, a ja wiedziałem, że to „Chłopi”. Jurek mówił w wywiadach, że jako dziecko czytał kompulsywnie, co mu wpadło w rękę, i w ten sposób przeczytał również książkę bez okładek, która potem okazała się którąś tam częścią „Chłopów”. Przeczytał bez emocji, bez wypieków, ot dlatego, że stała na półce. Nie ma się czym chwalić, mówił, jako okularnik, czyli wykluczony, czytał wszystko, co popadnie, niewiele zapamiętując. Bywają czytelnicy, zwłaszcza mali, którzy idą na rekord.

No więc Jurek po prostu siedział i trzymał tę książkę, o której wiedziałem, czym jest, a on chyba też. I było jakoś strasznie żal, strasznie. Nic do siebie nie mówiliśmy, bo było jasne, że on jest teraz z innego świata, a ja z innego, i trzeba było mówić, jak byliśmy na tym samym. Gdzieś tam kiedyś obiecaliśmy sobie taką rozmowę, zresztą nie tylko z Jurkiem, takich rozmów nieodbytych, a wstępnie umówionych, to by się uzbierało kilkanaście, bo człowiek jest głupi i wydaje mu się, że jeszcze zdąży. Stałem tak bezsilnie, czekając, że może jednak się odezwie, ale on tylko patrzył na mnie, bez wyrzutu, smutno, jakby z rezygnacją. „Całe życie człowiek się na własnej głupocie mądrości uczy”. Myśl Jurka śmiertelnie celna. A rezultaty tej nauki? Ech, szkoda gadać.

Co do książki bez okładek, to jest to motyw powtarzający się w opowieściach; aż strach pomyśleć, że może każdy miał kiedyś taką książkę. Wiesław Myśliwski opowiadał mi, że w ten sposób przeczytał w dzieciństwie „Bel-Ami” Maupassanta. Rysiek Koziołek napisał na ten temat cały akapit: „Nie miała okładki ani kart tytułowych, miała od razu treść. I to była książka, którą czytałem wiele razy. Można powiedzieć, że to jedna z książek, które przeczytałem najwięcej razy w życiu, nie licząc lektur zawodowych. I przy tym nie wiedziałem, co czytam. (…) Lekturę porzuciłem w wieku mniej więcej nastoletnim, ale miałem ją w głowie, do dzisiaj zostały mi sceny i frazy. I dopiero po jakichś dwudziestu latach dowiedziałem się, co to za książka. Nie była specjalnie wyjątkowa, można powiedzieć, że czytałem ją wtedy głównie przez wzgląd na sceny erotyczne. Okazało się, że to »Układ« Elii Kazana. Wówczas nie było dla mnie ważne, kto ją napisał – nie widziałem słów, ale obrazy i historię. Słowa jako temat literatury zobaczyłem później, a przecież dopiero świadomość, że książki są »napisane«, czyni z nas czytelników”.

Ja takiej książki nie miałem. Ściślej rzecz biorąc, miałem, ale nie własną. Od mojego najbliższego przyjaciela Andrzeja pożyczyłem dość obszerny tom bez okładek, z wyglądu podobny do tych „Chłopów” w rękach Jurka, tyle że z ilustracjami. Żadnych erotycznych przygód, to była rzeczowa opowieść o losach rdzennych mieszkańców północnej Ameryki, o wyniszczeniu, rezerwatach, ucieczce w góry. Zapamiętałem szczególnie tę ucieczkę, akt rozpaczy, próbę ratowania osaczonego plemienia.

Macie rację – to, co piszę teraz, cały ten obszerny cytat z Ryśka i moje własne wspomnienie mają odwrócić uwagę od tego, co napisałem wcześniej. Na tym to polega. Jak mówię na spotkaniach, że literatura uczy uważności, to jest to tylko połowa prawdy. Literatura uczy też zwodów, uników, dryblingu, jak trafnie zauważył Hrabal. Malusia przyszła i poszła. Wyocierała się, nawyginała, namruczała i już jej nie ma. Jurek siedzi w kuchni, może w Wiśle, a może u moich dziadków, trzyma w rękach książkę, co pewnie nic nie znaczy, bo nie o książkę tu chodzi, ale o Jurka. Żal, straszny żal. Jak by nie patrzeć, wszystko jest odciąganiem uwagi. Wszystko.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Drybling