Agata jest tuż po trzydziestce i od roku mieszka w nowym budownictwie. Przeprowadziła się tam po dziewięciu latach spędzonych w ponad stuletniej kamienicy na poznańskim Łazarzu. Mówi, że to dwa światy.
– W poprzednim miejscu, gdy potrzebowałam cukru, wystarczyło mi zapukać do drzwi obok, a kiedy miałam problem z rowerem, szłam do sąsiada, który ratował pompką lub narzędziami. Podczas remontu sąsiadka z naprzeciwka powiedziała, że śmiało możemy korzystać z jej łazienki. A kiedy musiałam gdzieś pilnie wyjść, córkę zostawiałam u innej mamy, sąsiadki z góry – wylicza Agata.
W obecnym mieszkaniu, jak sama przyznaje, z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy z ludźmi zza ściany łączyły ją serdeczne więzi.
– To może nie były bliskie przyjaźnie, ale wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć – mówi. Dziś jej relacje z sąsiadami ograniczają się do „dzień dobry” na korytarzu. Później każdy znika we własnych czterech ścianach.
Dlaczego relacje sąsiedzkie w Polsce słabną z roku na rok
Historia Agaty nie jest odosobnionym przypadkiem, bo ochłodzenie sąsiedzkich więzi odczuwalne na klatkach schodowych czy w windach jest widoczne również w badaniach. Z tych realizowanych przez CBOS (od 1995 r.) wynika, że z biegiem lat budowanie relacji z sąsiadami staje się coraz mniej powszechne.
Najnowsze dane z października 2024 r. wskazują, że Polki i Polacy mają do relacji sąsiedzkich stosunek ambiwalentny. Z jednej strony zdecydowana większość deklaruje otwartość na takie kontakty – aż 84 proc. ankietowanych twierdzi, że nie unika swoich sąsiadów, a 88 proc. stara się nawiązywać z nimi kontakty, pozdrawiając się lub zamieniając kilka słów, ale mają one wyłącznie grzecznościowy i konwencjonalny charakter.
Z tych samych badań dowiadujemy się, że aż 57 proc. ankietowanych stara się postępować tak, by nie wzbudzać pretensji sąsiadów, zarazem trzymając się od nich na dystans. 15 proc. (mniej więcej co siódmy badany) izoluje się w miejscu zamieszkania – i jest to wynik o 5 proc. wyższy niż ten notowany w badaniach z 2017 roku.
W czasach PRL było zupełnie inaczej – sąsiedztwo oznaczało sieć społecznego wsparcia. Jeśli dziecko zapomniało kluczy, po szkole szło do sąsiadki lub kolegi z klatki. Gdy trzeba było iść na cały dzień do pracy lub wyjechać, psa zostawiało się „piętro niżej”. Wtedy też drobne przysługi jak podlanie kwiatów (trzeba było komuś zaufać i powierzyć klucze) czy odbiór paczki – były czymś oczywistym.
Współcześni sąsiedzi pomagają sobie o wiele rzadziej niż ci żyjący jeszcze w połowie lat 90. Z najnowszych badań wynika, że 60 proc. ankietowanych przyznaje, że tego typu zażyłe stosunki mają jedynie z bardzo nielicznymi sąsiadami. Spontaniczna pomoc – opieka nad dziećmi czy zwierzętami – w przeszłości opierająca się na relacjach i wzajemnym zaufaniu, zastępowana jest płatnymi usługami, często poprzez aplikacje.
Indywidualizm, brak czasu i nieufność – co niszczy więzi sąsiedzkie
Jak wyjaśnia prof. Katarzyna Popiołek, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS w Katowicach, kluczowym czynnikiem wpływającym na erozję sąsiedzkich więzi jest zmiana realiów społeczno-politycznych. Momentem granicznym był rok 1989 i późniejsza transformacja ustrojowa.
– Wcześniej polskie społeczeństwo było bardzo egalitarne, prawie wszyscy mieli tyle samo, czyli niewiele, więc siłą rzeczy nie było porównań. Ludzie potrzebowali też siebie nawzajem. Jedna sąsiadka zaopatrywała w ser, druga miała dojście do kawy, dlatego te relacje pielęgnowano – wyjaśnia ekspertka.
Nowa Polska przyniosła wiele nowych możliwości, a wraz z nimi inny styl życia. Kulturę kolektywną zastąpił indywidualizm: ceniący niezależność i uznający, że każdy jest kowalem swojego losu – niebagatelną rolę odgrywał także rosnący konsumpcjonizm. Skupienie się na sobie oraz pogoń za pieniędzmi i dobrami materialnymi przyczyniły się do rozwarstwienia społeczeństwa, co znalazło odbicie w relacjach sąsiedzkich.
– Kiedyś garnęliśmy się do siebie, dziś jesteśmy nieufni, boimy się porównań i ocen. Z jednej strony nie chcemy, żeby sąsiad widział, iż mamy niemodne krzesła lub wysłużoną kanapę, z drugiej – sami nie chcemy wiedzieć, że komuś powodzi się lepiej niż nam – wyjaśnia ekspertka. Działa tu również odwrotny mechanizm – dystans lub protekcjonalność wobec tych, którym wiedzie się gorzej.
Nie bez znaczenia jest także to, że towarem deficytowym stał się czas – mamy go mało, więc chętniej poświęcamy go sobie, a nie budowaniu relacji z innymi.
– Wracamy po pracy zmęczeni i zaszywamy się w swoich strefach komfortu, w których „obcy” nie są mile widziani. Jeszcze zaczną się wtrącać albo będą coś od nas chcieć – mówi prof. Popiołek.
Dziś substytutem relacji, w przeszłości budowanych pod blokiem lub na osiedlowym boisku, są grupy sąsiedzkie w przestrzeni online, np. fora internetowe wspólnot.
– Tam łatwiej zachować dystans, kontrolować kontakt lub wycofać się, bez konieczności mierzenia się z czyjąś obecnością twarzą w twarz – podsumowuje badaczka. I choć oczywiście tego typu inicjatywy ułatwiają wymianę informacji, to nie zastępują osobistych relacji i rozmów „na żywo”, które budują wzajemne zaufanie i kompetencje społeczne.
Co istotne, to czy i w jaki sposób budujemy relacje z ludźmi żyjącymi tuż obok, zależy także od tego, gdzie mieszkamy. Jak wyjaśnia prof. Marek Nowak, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, na wsi sąsiedztwo jest znacznie bardziej „obowiązkowe” niż w mieście.
– Ludzie tam często mieszkają obok siebie od pokoleń, więc nieutrzymywanie relacji jest społecznie nieakceptowane – wyjaśnia.
W miastach sytuacja wygląda inaczej – tu na pierwszy plan wysuwa się potrzeba autonomii. Wolimy ersatz kontaktów społecznych, czyli komunikatory.
Jak dobre relacje z sąsiadami wpływają na zdrowie i długość życia
Tymczasem relacje z osobami mieszkającymi obok, z których dziś (zwłaszcza w dużych miastach) rezygnujemy, są istotnym elementem naszego kapitału społecznego. Dają nam poczucie bezpieczeństwa, sprawczości i przynależności do grupy.
– Są też mechanizmem wsparcia, co w czasach kryzysów staje się niezwykle cenne i użyteczne – uważa prof. Nowak.
Prof. Popiołek dodaje, że człowiek jest istotą społeczną, kształtującą swoją tożsamość w relacjach z innymi.
– Bez nich nie wie, kim jest. Dlatego nawiązywanie i pielęgnowanie więzi sprawia, że czujemy się lepiej, mamy więcej energii. Badania pokazują, że wsparcie innych ludzi poprawia nam samopoczucie – zauważa psycholożka społeczna. – Dziś jest zupełnie na odwrót, przeceniamy poczucie niezależności.
Co ciekawe, relacje z sąsiadami, które często uważamy za przeżytek, mają wpływ na długość i jakość życia. Jak tłumaczy dr Agnieszka Labus (architektka, urbanistka, założycielka Fundacji Lab60+ działającej na rzecz tzw. architektury długowieczności), współczesne badania wskazują, że geny odpowiadają jedynie za niewielką część (7-10 proc.) tego, jak długo żyjemy. Zdecydowanie większe znaczenie mają styl życia i czynniki środowiskowe, takie jak nasz dom czy najbliższe sąsiedztwo.
– Silne więzi sąsiedzkie działają jak bufor chroniący przed stresem: obniżają ciśnienie krwi, poprawiają odporność i wzmacniają dobrostan psychiczny – wyjaśnia badaczka. Relacje ze współmieszkańcami okazują się więc nie tylko dodatkiem do dobrego i długiego życia, ale jednym z jego filarów.
Pewną przeszkodą w nawiązywaniu kontaktów z sąsiadami bywają stereotypy.
W naszej społecznej świadomości od lat funkcjonuje figura wścibskiej sąsiadki, którą interesuje wszystko, która szuka sensacji i której lepiej unikać. Sami za żadne skarby świata nie chcemy za kogoś takiego uchodzić, dlatego niejednokrotnie uważamy, że oznaką dobrego wychowania jest nieinteresowanie się sprawami innych i niewtrącanie się w ich życie. W „dobrym tonie” jest więc prewencyjny dystans; nie chcemy, by posądzono nas o przekraczanie cudzych granic.
– To defensywna postawa, mająca chronić przed podejrzeniami o niedyskrecję albo wręcz o nieczyste intencje – zauważa prof. Popiołek.
Dlaczego poczucie wspólnoty rodzi się dopiero po latach mieszkania
To, że miejsca zamieszkania zmieniamy dziś częściej i z większą swobodą niż w przeszłości, jest kolejną składową zmiany w podejściu do relacji sąsiedzkich. Większa mobilność oznacza mniejsze przywiązanie do lokalizacji i słabsze zaangażowanie w budowanie relacji z ludźmi, z którymi dzielimy przestrzeń. Dobre i trwałe więzi sąsiedzkie wymagają czasu.
– Badania pokazują, że dojrzałe sąsiedztwo rodzi się wtedy, gdy dłuższy czas funkcjonujemy w danej przestrzeni i zaczynamy traktować ją jak „swoją”. Dopiero wtedy pojawia się poczucie odpowiedzialności za miejsce i przywiązanie do ludzi, którzy z nami je zamieszkują – tłumaczy prof. Nowak i dodaje, że budowanie relacji jest inwestycją emocjonalną, z której osoby żyjące w danym miejscu tylko przez chwilę świadomie rezygnują. Nie opłaca im się w nią angażować, poświęcać czasu i energii.
Agata, eksmieszkanka poznańskiej kamienicy, opowiada, że żyjący w niej lokatorzy, z których wielu mogło pochwalić się ponad 20-letnim stażem, wyjątkowo dbali o wspólną przestrzeń. Przed świętami na klatce schodowej pojawiały się dekoracje, były „wymianki” książek, na korytarzach panował porządek.
– Mieliśmy też zasady, np. do poręczy nigdy nie zapinaliśmy rowerów, by nie oszpecać i nie blokować przestrzeni. Jeśli nowy lokator nieświadomie złamał ten zwyczaj, następnego dnia znajdował karteczkę z uprzejmą prośbą – wspomina Agata.
Prof. Nowak potwierdza, że siła więzi sąsiedzkich przekłada się na to, jak wygląda i funkcjonuje kamienica lub blok.
– Tam, gdzie ludzie czują się częścią wspólnoty, łatwiej o współodpowiedzialność i współpracę. Takie zbiorowości potrafią skuteczniej zabiegać o swoje sprawy, zdobywać finansowania, dbać o otoczenie. W miejscach, gdzie społeczność sąsiedzka jest zdezintegrowana, ta odpowiedzialność się rozprasza, a przestrzeń siłą rzeczy jest bardziej zaniedbana – wyjaśnia socjolog.
Czy dobra architektura może być lekarstwem na samotność
Niebagatelną rolę w zanikaniu więzi sąsiedzkich odgrywa także architektura. Jak przekonuje urbanistka dr Agnieszka Labus, nawiązywaniu takich relacji nie sprzyja fakt, że osiedla projektowane są według przestarzałych wyobrażeń o tym, kim są ich mieszkańcy.
– Paradoksem jest to, że nadal funkcjonujemy w modelu „rodzina z dwójką dzieci”, podczas gdy dynamika starzenia się naszego społeczeństwa jest jedną z najwyższych w Europie. Współczynnik dzietności mamy rekordowo niski, coraz więcej jest też osób samotnych, czasem mieszkających z psem czy kotem, które traktowane są niemal jak pełnoprawni domownicy.
Mimo to na większości osiedli jedyną wspólną przestrzenią jest plac zabaw – zauważa badaczka i dodaje, że z jednej strony coraz głośniej mówi się o epidemii samotności, ale z drugiej w projektowaniu przestrzeni nie widać, by ktoś wyciągał z tego wnioski.
Nikt nie myśli też o potrzebach seniorów.
– Samorządy często opierają się na przestarzałych statystykach, które niewiele mówią o tym, kto naprawdę mieszka na danym osiedlu. Brakuje uważnego, „ludzkiego” przyjrzenia się temu, jak ta przestrzeń działa obecnie i jakie potrzeby jej mieszkańcy będą mieli za kilka lat – dodaje dr Labus.
Budowanie relacji sąsiedzkich wymaga wyjścia z domu, a dziś wyjść często nie ma dokąd.
W przeszłości w blokach funkcjonowały np. wspólne pralnie i suszarnie, które – choć w założeniu pełniły funkcję typowo użytkową – przy okazji były również miejscem spotkań z sąsiadami i długich rozmów tworzących więzi. Podobną rolę pełniły boiska podwórkowe, na których zawierało się pierwsze przyjaźnie, uczyło współpracy z innymi, przeżywało radość i budowało odporność wobec niepowodzeń.
Dziś takich przestrzeni brakuje. Jak przekonuje Agnieszka Labus, odpowiedzią mogą być tzw. „trzecie miejsca”, czyli dodatkowe wspólne przestrzenie – zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne – które umożliwiają kontakt, ale do niego nie zmuszają. Np. wspólne dziedzińce, stoły piknikowe, stoły do gry w szachy, klatki schodowe z lobby czy niewielkie salki z aneksami kuchennymi, umożliwiające mieszkańcom spotkania.
– Jednak samo miejsce nie rozwiąże problemu. Dziś największym wyzwaniem jest przełamanie bariery wyjścia z mieszkania, dlatego trzeba zachęcać ludzi do korzystania ze wspólnych przestrzeni, uświadamiać im, że relacje z sąsiadami są wielką wartością, wpływającą na dobre życie i długowieczność – wyjaśnia ekspertka.
Dlaczego wspólnoty mieszkaniowe istnieją dziś głównie na papierze
Opublikowany w październiku 2025 r. raport „Szczęśliwy Dom: Zróbmy sobie szczęśliwe sąsiedztwo” (przygotowany przez Otodom) potwierdza, że spontaniczna aktywność małych społeczności nadal jest w Polsce niska – zaledwie 23 proc. bierze udział w wydarzeniach sąsiedzkich. Jednocześnie aż 48 proc. badanych deklaruje, że odczuwa brak lokalnych liderów, którzy pchaliby sąsiedzkie inicjatywy do przodu.
To właśnie ten deficyt jest jedną z największych barier w budowaniu lokalnych wspólnot. Na wsiach wiele wartościowych inicjatyw realizują sołectwa i koła gospodyń, w miastach zaś na szczęście coraz prężniej działają komórki lokalnych samorządów.
Filip Schmidt, aktywnie działający w Radzie Osiedla Jeżyce w Poznaniu, zauważa, że mimo dużej rotacji mieszkańców oraz powstawania wirtualnych grup sąsiedzkich, nadal sporo osób ceni sobie kontakty bezpośrednie, oparte na drobnych przysługach i rozmowach „na dzielnicy”, np. podczas zakupów na ryneczku.
– Staramy się podtrzymywać i rozwijać te relacje. Dobrze, że Jeżyce są kompaktowe i łatwo się spotkać. Dzięki temu sąsiedzkość stała się dewizą naszej dzielnicy – mówi działacz.
Jednym z narzędzi są organizowane rokrocznie wydarzenia: Dni Jeżyc czy Rynki Rozmaitości, podczas których lokalni wystawcy, twórcy, instytucje i restauracje mogą zaprezentować, co tworzą, a mieszkańcy zawrzeć nowe znajomości.
– Mamy też coroczny konkurs na najbardziej ukwiecone i zazielenione balkony oraz podwórza, poza tym inicjujemy i finansujemy warsztaty, spotkania, wymiany rzeczy, potańcówki czy konsultacje, które cieszą się dużą popularnością – podsumowuje radny.
Może więc dziś, kiedy wspólnoty prawdziwe, a nie tylko z nazwy, powoli zanikają, zamiast zastanawiać się nad tym, po co nam sąsiedztwo, powinniśmy pomyśleć o tym, że relacje z ludźmi mieszkającymi tuż obok są ogromną wartością i udogodnieniem. Tyle że dobrego sąsiedztwa nie dostaje się w pakiecie wraz z mieszkaniem, komórką lokatorską i parkingiem. Ono wymaga – jak każda więź w życiu – czasu, uważności i dania czegoś od siebie.
Jesteśmy na to gotowi?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















