Jacek Taran: Zaczynasz dzień wcześnie rano, kończysz późnym wieczorem. Skąd masz tyle energii?
Marina Hulia: Mogłabym odpowiedzieć, że codziennie rano parzę zioła, piję kawę z kardamonem i cynamonem i to by było prawdą, ale tych prawd jest dużo. Najważniejsze jest to, że robię w życiu to, co lubię i jak lubię. Dużo energii biorę od ludzi. Każdego dnia czekam na poranek, bo tyle fantastycznych rzeczy zdarzy się za dnia. Zapach kardamonu, świt, który się budzi, gdy z siódmego piętra patrzę na Warszawę. To wszystko jest piękne. Radośni ludzie żyją lepiej, żyją kardamonowo.
Modlisz się?
Nie jestem praktykująca, nie należę do żadnej religii, ale jestem wierząca. Więc kiedy się budzę, to zawsze mówię tak jak Czeczeni: Bismillahirrahmanirrahim – w imię Allaha, Najwyższego, Miłosiernego. I mówię Alhamdulillah – dziękuję Ci, że zaczął się nowy dzień. Dziękuję za to, że zauważyłam wiosnę. Zaczyna się ten cały spektakl, bo tu tulipany się pojawiły, a wczoraj był dopiero pączek, a tam nowy kiełkuje. Wczoraj rozkwitła wiśnia i wąchałam ją kilka minut. I to jest piękne. Proszę też Boga, bo mam język nieposkromiony, żeby ten mój język trochę powstrzymać, bo bywam zapalczywa. I żeby nie mówić rzeczy, których się potem będzie żałować. Nie zawsze chodzi o to, żeby mieć rację.
Twoje wpisy na Facebooku to takie minireportaże. Są bohaterowie, jest opowieść. Na przykład historia Zariemy i Ramzana, którzy od ośmiu lat starają się zostać w Polsce.
To historia ich koczowania na dworcu w Brześciu, potem niepewnego życia w Warszawie, gdzie dorobili się jedynie kota. W ośrodku dla uchodźców nie mogli mieć zwierząt. Cały czas nie wiedzą, czy jutro nie przyjdzie kolejny, jak oni mówią, deport. Mam nadzieję, że Straż Graniczna to czyta, a jeżeli nie, to może ktoś im pokaże? Albo inna historia – robimy kanapki dla bezdomnych, a moich wolontariuszek z Czeczenii nie stać na to, by kupić pięć kilogramów wędliny. A tu nagle ktoś dzwoni i proponuje pomoc. Fala małych pomocy zmienia się w dużą falę. Zawsze to są historie ludzi. Staram się patrzeć na świat ich oczami.
A co to w ogóle znaczy dobrze pomagać?
Wsłuchać się w osobę, której pomagamy. Nie decydować za nią. Często myślimy, że wiemy lepiej, co jest potrzebne. Pakujemy do worka różne rzeczy, nie myśląc o tym, że ktoś lubi czarne, a ktoś różowe. Wymyśliliśmy z wolontariuszami z Piaseczna „sąsiedzki bazarek dobroci”. Spotykamy się gdzieś w parku czy w domu samotnej starości, czy u mnie na uczelni, i rozkładamy rzeczy. Tu dla chłopców, tu dla dziewczyn, tu torebki dla kobiet. I wszyscy sobie wybierają, również staruszki z domu spokojnej starości.
I co wybierają? Różowe czy czarne?
Okazuje się, że najrzadziej sweterki, a najczęściej biżuterię – korale, bransoletki – i maskotki, żeby położyć sobie w pokoju. Moim zdaniem pomaganie sprowadza się do prawa wyboru. Czasami ktoś potrzebuje, by go po prostu wysłuchać, przytulić, i nie chce sweterków. A czasami, żeby mu poczytać, opowiedzieć, co się wydarzyło. Tak jak nasz bezdomny Kazik, który mieszkał na działkach. Był małomówny, ale uwielbiał słuchać. A babcia Emilka z domu spokojnej starości uwielbia opowiadać. Różne formy pomocy tworzą razem kolorowy wachlarz. To jest jak spektakl, w którym każdy bohater ma swoją rolę.
Ty zostałaś bohaterką czeczeńskich mam.
To się zaczęło ponad dwadzieścia lat temu. Przyjaźnię się z Krzysztofem Pawłowskim i kiedyś żaliłam mu się przy kawie, że brakuje mi języka rosyjskiego. Nie tego, którego nauczałam w szkole, ale takiego potocznego razgawora. On mi na to: jest w Warszawie duże skupisko rosyjskojęzycznych dzieci, przydasz się im, a one tobie. Pojechaliśmy do nieistniejącego już ośrodka dla uchodźców przy ulicy Ciołka w Warszawie. Trzy piętra budynku to Czeczeni i Ingusze. Nie mieli lodówek, więc mieszkańcy wywieszali za oknami siateczki foliowe z różnymi rzeczami, żeby się nie zepsuły. Tamtejsze dzieci nauczyły mnie śpiewać po czeczeńsku. I raz, kiedy tak z nimi śpiewałam na ulicy, to Czeczenka Heda, która akurat wywieszała swoją porcyjkę za oknem, to usłyszała. W szlafroku zbiegła na dół, objęła mnie i rozpłakała się. Powiedziała, że to niesamowite, że Polka śpiewa ich pieśni z tak pięknym akcentem. Sprostowałam, że nie jestem Polką, i tak się to zaczęło. Moja Czeczenia to jest nieżyjąca już kochana Heda. Mama sześciorga dzieci, z których jedno pochowała jeszcze w Czeczenii, a z piątką pozostałych uciekła do Polski. Ona uczyła mnie Czeczenii, ich wiary, tradycji, piosenek, tańców. Dopiero później, pod koniec 2016 roku, był dworzec w Brześciu i mamy, które tam koczowały, bo pogranicznicy po dziesiątki razy nie chcieli ich wpuścić do Polski.
Założyłaś tam szkołę i ogłosiłaś się jej dyrektorką.
Nie było innego wyjścia. Mamy pytały – jak to szkoła? Gdzie ławki, tablica? Opowiedziałam im o Korczaku i jego słowach, że szkoła ma być żywa. Przecież szkoła to nie budynek, tylko uczniowie. Same meble to jeszcze nie szkoła. A potem przywiozłam czerwoną taśmę i nożyce, jak przystało na szkołę dla dzieci Związku Radzieckiego, i na dworcu w białoruskim Brześciu zrobiliśmy otwarcie naszej demokratycznej szkoły. Zostałam jednogłośnie wybrana na jej dyrektorkę. Po kilku miesiącach awansowałam, bo założyłam jeszcze szkołę dla mam, więc zostałam dyrektorką zespołu szkół. Uczyłam je tego samego, co dzieci – języka polskiego, pisania, recytowania. Zaczęłam zbierać kawałki materiałów i robiliśmy zabawki – lalki muzułmanki. Kupiło je od nas wiele osób, np. Adam Bodnar, Mariusz Szczygieł czy Aga Zarian.
Twoje pomaganie ma różne formy.
Pomaganie ma taką formę, jaką mu nadasz. Jak ciasto. Chcesz babeczkę? Pieczesz babeczkę. Chcesz gwiazdkę? Robisz gwiazdkę. Chcesz tort? Proszę bardzo. Najważniejsze, żeby zobaczyć drugiego człowieka, a nie tylko siebie. Nieważne, czy on brzydko pachnie, czy jest kiepsko ubrany. Mam taką anegdotę, mogę?
Proszę bardzo.
Razem z Czeczenką Madiną jechałyśmy do Brwinowa strasznie zatłoczonym pociągiem SKM. A jeden wagon był zupełnie pusty. Wchodzimy, drzwi się zamykają i już wiemy, o co chodzi. Zapach jest taki, że powietrze można kroić. Siedzi tam starszy pan z mnóstwem toreb i worków. Odór straszny. Nos się jednak szybko przyzwyczaił. Podeszłam do niego, zapoznaliśmy się. Był trzeźwy, błyskotliwy, fantastyczny człowiek, dałam mu jakieś drobne pieniądze. I gdy tak rozmawiamy, on nagle pyta: Marina, czy ty jadłaś dzisiaj cebulę? Ja mówię: no tak. A on na to: no właśnie, czuć!
Cebula jest dobra na wszystko.
Czosnek też, ale nie za często. Więc jaką formę nadasz pomaganiu, taka będzie. Jak nadasz formę cierpienia i musu, to będzie to cierpienie i mus. Ktoś powiedział, że każdy ma obowiązek pomagania. To bzdura. Każdy ma przywilej pomagania, a nie obowiązek. To jest wybór, nie obowiązek. Ja bym nie chciała takiego obowiązku.
Jak pomagać, żeby nie uzależnić od pomocy, nie zepchnąć w bezradność?
Moje czeczeńskie mamy nauczyłam tego, że bycie Mamą z Dworca Brześć to nie tylko koczowanie na dworcu, ale też ofiarność. Jeździmy razem do domu spokojnej starości i do bezdomnych. Tworzy się taki warkocz pomagania, wszystko się splata. Staruszka z domu opieki staje się babcią dla czeczeńskiego dziecka, pomaga stworzyć rodzinę w Polsce. Kiedy bezdomny Kazik robił karmniki dla ptaków z dziećmi, to czuł się potrzebny i dumny ze swojej pracy. Trzeba próbować zrobić tak, żeby osoba, której pomagasz, też pomagała w sposób, w który jest w stanie.
Osoby, które same są w trudnej sytuacji, zmieniasz w wolontariuszy. Magia?
Nie, rzeczywistość. Tak to powinno funkcjonować, żeby ich nie ustawiać w kolejkach do instytucji pomocowych, bo się może okazać, że do końca życia będą w nich stać. Kiedy robimy z nich osoby, które pomagają, czują się nobilitowani. Wiedzą, że jeżeli nie ugotują mantów [rodzaj pierogów – red.], to babcie będą miały taki obiad jak co dzień. A jak do tego zrobią jeszcze miodownik, to sprawią radość kilkudziesięciu osobom.
Dzięki temu lepiej radzą sobie z rzeczywistością?
Jest taka Czeczenka, Roza. Napisała piękną bajkę-pomagajkę o ananasie i drucie kolczastym. Opisała swoje dziewięć miesięcy w ośrodku strzeżonym. Była tam z trójką swoich dzieci, czwarte w brzuchu. Ośrodek zamknięty, jedna godzina spaceru dziennie. Od niej nie zależało nic. Kiedyś strasznie zachciało jej się ananasa. Strażniczka przyniosła ananasy w puszce dla niej i nienarodzonego dziecka. Powiedziała – zjedz i puszkę mi oddasz, bo tam nie można wnosić metalowych przedmiotów. Piękna historia. Roza zapamiętała, jak dzięki małemu gestowi jej dobrostan poprawił się choć na chwilę. Teraz sama ma potrzebę pomagania komuś innemu. Te dziewięć miesięcy spędzonych za kratami bardzo źle na nią wpłynęło. Jej starszy syn miał depresję, leczył się długo u psychiatry. Ona wie, jak to jest nie mieć wpływu na nic.
Warunki więzienne, chociaż nie popełnili żadnego przestępstwa.
To straszne, szczególnie dla dzieci. Nie można więzić dzieci, a my to robimy. Kilkanaście lat temu pojechaliśmy z koncertem do ośrodka strzeżonego w Lesznowoli. Wtedy to był ośrodek rodzinny. Ja miałam śpiewać, muzyk Hadrian Filip Tabęcki grać, czeczeńskie dzieci tańczyć. Podszedł do mnie komendant i zapytał: pani Marino, czy mogę już wprowadzać osadzonych? I zaczęły wchodzić dzieci. Najpierw trzyletnie, parami, potem starsze. Nazwał ich osadzonymi. Tam nawet system kontroli jest taki jak w jednostkach penitencjarnych. Oddajesz telefon na wejściu, tak samo cię sprawdzają, takie same druty kolczaste, jedna godzina spaceru. To jest więzienie, to jest łagier. I inaczej tego nie da się nazwać.

Spotykasz się z historiami, które na pewno w Tobie zostają. Jak się nie wypalić?
Wiesz, ja nie jestem po to, żeby płakać i roztkliwiać się razem z nimi. Od razu myślę, jak z tego wybrnąć, do kogo zadzwonić, kto może pomóc pchnąć sprawy na dobrą drogę. A najlepiej to zrobić coś artystycznego. Kończymy teraz ze studentami dokument o sześciolatku, który ma mieć deport. Może pokazem filmu coś zadziałamy. Przez Helsińską Fundację Praw Człowieka udało się pomóc z prawem pobytu innej Rozie, mamie trójki dzieci, Mainie, mamie siedmiorga dzieci, i Madinie, mamie pięciorga.
Aktywność to lekarstwo na wypalenie?
To jest moja recepta – nie przychodzimy po to, żeby wspólnie rozpaczać. Czytam te ich historie mówione tak, jakbym czytała książkę. I myślę, co mogę zrobić. Nie chodzi o to, by iść do urzędu i się kłócić, bo w ten sposób niczego nie osiągnę. Trzeba znaleźć skuteczną formę pomocy.
Jak wojna w Ukrainie wpłynęła na to, co robisz?
Znowu warkocz. Myślę, że moim powołaniem jest łączyć ludzi. Połączyłam ukraińskich studentów, którzy z dnia na dzień stali się uchodźcami, bo niektórzy nie mogą wrócić, a niektórzy nie mają do czego, jak Margo z Odesy. To są straszne tragedie. Połączyłam ich w pomaganiu, razem ze studentami z Białorusi i Czeczenami. To ogromna armia. Razem robimy kanapki dla bezdomnych, odwiedzamy staruszki. Uczymy się siebie nawzajem, bo jedni są prawosławni, drudzy to muzułmanie.
Realna pomoc to jedno, a przecież spełniacie się też twórczo.
Zrobiliśmy spektakl z Darkiem Sikorskim, który się nazywał „Nana – Mama”. Margo opowiada o Odesie, o tej części, której już nie ma. Ona tam gra siebie. Bergiej mówi o tym, jak stracił mamę, kiedy miał 6 lat. Roza mówi o trzech ojczyznach – Kazachstanie, Czeczenii i Polsce. Jesteśmy taką dużą rodziną ukraińsko-białorusko-czeczeńską. I to jest cudne. Moje Czeczenki traktują studentów jak swoje dzieci. Jak coś gotują dla dzieci, to dla nich też.
Jak Ty, Rosjanka, czujesz się z tym, co dzieje się na Ukrainie?
Jestem w połowie Rosjanką, w połowie Białorusinką. Teraz stałam się Białorusinką. Mogłabym zostać Ukrainką, bo urodziłam się w Czerkasach. Wystarczyłoby mówić, że jestem Ukrainką. Ale nie jestem. To, co się wyprawia teraz na Ukrainie, napawa mnie odrazą. Poznałam ukraińską poetkę Julię Bereszko, która napisała przepiękny wiersz o żołnierzach. Ona zadaje pytanie – jak wy się czujecie, biorąc nasze szaliki, nasze staniki i wioząc to do swoich żon, do domu? Jak wy się czujecie, biorąc kawałki nas i pakując do swoich worków? To jest obrzydliwe. Muszę ci coś jeszcze powiedzieć.
Tak?
Trafiłam do Polski jako zacietrzewiona komunistka. W Polsce spotkałam Cezarego Wodzińskiego, nieżyjącego już filozofa, który podsuwał mi różne książki i pokazał mi, czym była trzecia fala emigracji rosyjskiej. Ja w Polsce i dzięki niemu nauczyłam się wolności. Zrozumiałam, że nie trzeba ulegać, że zawsze można dokonać wyboru.
Polska stała się odtrutką na komunizm?
Zanim się stała odtrutką, to była źródłem świadomości, bo ja o bardzo wielu rzeczach nie wiedziałam. Byłam tak zaślepiona, że do mojego przyszłego męża Wiktora, syna zesłańca Stanisława Węgłowskiego, który był Polakiem, mówiłam: jak ty jeszcze raz o Leninie źle powiesz, to za ciebie nie wyjdę. Wiktor urodził się w łagrach w Workucie i o Leninie czy Stalinie wiedział wszystko. Ogromnie dużo mu zawdzięczam. Bo przecież nie każdy miał w Związku Radzieckim tak jak ja – dżinsy Montana, spódnice Wrangler, obóz Artek, Krym i Brześć. Bardzo wielu, tak jak on, rodziło się w niewoli. Ja żyłam w zakłamanej świadomości, wierząc, że amerykańskie dzieci wyjadają skórki od bananów ze śmietników, a u nas jest tak pięknie. Dopiero w Polsce zrozumiałam, jakie to było kłamstwo. Potem Czarek poznał mnie z Andrzejem Drawiczem, propagatorem literatury rosyjskiej. To było tylko jedno spotkanie, ale takie, które dużo we mnie zmieniło. Zaprowadził mnie na spotkanie z żyjącym jeszcze wtedy Josipem Brodzkim. Byłam na koncercie Bułata Okudżawy. Wszystko to zaczął Cezary, potem już szukałam sama. Otwierałam oczy.
Mogłaś popatrzeć na Związek Radziecki z oddali.
I zobaczyłam wiele rzeczy, które mnie osobiście nie dotknęły, ale które dotknęły całą ludzkość, więc pośrednio też mnie, jako składową tej ludzkości. Zrozumiałam, że w Polsce mam wybór, którego u nas nie było. Na studiach uczyłam się historii partii komunistycznej. Trzeba było znać wszystkie zjazdy i wiedzieć, co tam mówili. Dzięki Bogu gadali ciągle to samo. A co to jest wolność osobista? Dopiero w Polsce się dowiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje.
O czym dziś marzysz?
Marzę o tym, żeby mama żyła jeszcze długo. Mam chorą mamę, codziennie jestem u niej. Dużo śpiewamy, powtarzamy piosenki stare i nowe, urządzamy sobie wieczory poezji, choćby wieczór Siergieja Jesienina, albo wieczór zagadek. Ja mamie zadaję zagadkę: szto eto, wisit grusze, nie lzja skuszać. Lampa. Wymyślamy różne gry słowne, żeby ćwiczyć pamięć. Tańczymy – mama na leżąco oczywiście, więc przy okazji robimy zalecaną gimnastykę, a ja cały czas coś wymyślam i to jest niesamowicie twórcze. To jest moje największe marzenie i nawet nie chcę myśleć o tym, że mama umrze. Nie mam na to planu i na razie nie chcę mieć. Chcę, żeby te nasze wieczory trwały jak najdłużej.
Odpoczywasz wtedy?
A jak! To są dwie godziny ruchu. Nigdy nie siadam przy łóżku, bo tylko żałobnicy tak siadają. Życie mi coś narzuca, ale odkręcam to na swoje. Mama jest w szpitalu, czy mogę coś z tym zrobić? Nic. Po prostu żyjemy. I tak jest w każdym przypadku, gdy coś jest narzucone. Dworzec w Brześciu też był narzucony, ale zrobiliśmy z niego szkołę i to już jest nasze. Poczekalnię więzienną, obskurną, gdzie dzieci czekają godzinami, żeby zobaczyć się z ojcem czy z mamą, zamieniliśmy w teatr, w miejsce bajek, piosenek. To jest moja zasada. Nie miejsce rządzi człowiekiem, tylko człowiek miejscem. Reżyseruję życie.
Choroba mamy trzyma Cię mocno w jednym miejscu.
To prawda. Na początku nie było to komfortowe, bo jestem wędrowniczką. Ciągle gdzieś w drodze – Norwegia, Szwecja, Francja, Niemcy. Jeździłam do moich Czeczenów po całej Europie. Może Bóg da mi jeszcze trochę czasu, żeby znów pojeździć. Nie wiem, czy chcę bardziej do Brześcia, czy do Paryża. Raczej do Brześcia. To miasto mojego dzieciństwa. Takie czyściutkie, ukwiecone. Te ulice – Karola Marksa, Lenina, Sowiecka. Nie chodzi o to, że uwielbiam Związek Radziecki. Po prostu tam czuję się, jakbym miała wciąż dwadzieścia lat, bo tam się nic nie zmieniło od mojej młodości. Wszystkie te gwiazdy, miasta bohaterowie, mój Boże. Tylko róże i kwiaty urosły. To jak podróż w czasie. Nie trzeba żadnego wehikułu, tylko pojechać do Brześcia i przejść się ulicą Sowiecką. Więc marzę o tym.
A Ukraina? Bo mieszkałaś też w Czerkasach na Ukrainie.
To okropne miasto, skażone przemysłem chemicznym. Nie chcę do niego wracać, zabrałam stamtąd mamę, gdy zaczęła się wojna. To, co się dzieje teraz na Ukrainie, to jest mój wielki ból, ale na szczęście znam mnóstwo ludzi, którzy pomagają. Jeszcze niedawno odwiedzaliśmy co sobotę ukraińskie sieroty, ewakuowane do Polski z domów dziecka pod Odesą. Zawoziliśmy tam mnóstwo zabawek i ponad czterysta bułeczek, które piekły Czeczenki. Z nadzieniem z kapusty i kartofli. Jak przyjeżdżaliśmy, to dzieci krzyczały: pirażki, pirażki prijechały. Jeździł z nami taki Bergiej, który jest Kazachem, i dzieci ciągle pytały: ty Kitajec? On tłumaczył, że jest Kazachem, a w końcu już miał dosyć i ręce mu opadły: da, ja Kitajec, a one się cieszyły, że mają własnego Kitajca. Uwielbiały nas.
Pojedziemy razem?
Świetny pomysł! Ja ci wszystko to pokażę. Może jeszcze będą babcie, które na bazarze handlują ziołami. Ostatnio były.

Marina Hulia, urodzona w Czerkasach na Ukrainie. W Polsce mieszka od 1993 r. Nauczycielka, koordynatorka międzykulturowa w Społecznej Akademii Nauk, założycielka inicjatywy Dzieci z Dworca Brześć. Niestrudzona pomagajka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















