Na Białorusi jest półtora tysiąca politycznych więźniów i więźniarek. Oto historia jednej z nich

W rodzinnym białoruskim Mozyrzu Krystsina Charankova, zwana Kitą, była dekoratorką ślubów. A także członkinią subkultury lewicowych skinheadów. Dostała dwa i pół roku kolonii karnej. Dziś żyje bezpiecznie w jednym z miast północnej Polski. Opowiedziała nam swoją historię.
Czyta się kilka minut
Krystsina Charankova // Archiwum prywatne
Krystsina Charankova // Archiwum prywatne

W gabinecie więziennego naczelnika usłyszała: – Pani mąż za chwilę wychodzi z aresztu. Wcześniej sprzedał samochód? To dobrze. Dobrze by było, aby wreszcie wyjechał. Pani jak wyjdzie, też powinna wyjechać. Nie ma tu miejsca dla takich jak wy.

Po tym, jak odsiedziała dwa lata w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, skazana za kilka postów opublikowanych na Instagramie, Kita musiała się spakować w kilka dni i wyjechać z Białorusi. Tak reżim Alaksandra Łukaszenki pozbywa się nieprawomyślnych obywateli.

Białoruska skinhead girl

– Jak już uporali się z protestującymi w 2020 r., powsadzali wszystkich do aresztów i więzień, to złapali chwilę oddechu i zaczęli grzebać za tym, co ludzie robią w internecie – opowiada Krystsina Charankova, czyli Kita. Dziś żyje w jednym z miast północnej Polski.

34-letnia Białorusinka należy do subkultury antyfaszystowskich i lewicowych skinheadów. Ludzie związani z tą subkulturą niejako z definicji są tutaj opozycją – opozycją wobec posowiecko-przaśnej rzeczywistości kraju, który od 30 lat rządzony jest przez jednego i tego samego człowieka.

Kita nosi charakterystyczną fryzurę: tył i czubek głowy maszynką na krótko. Przy samej skórze, nad czołem, prosta grzywa. A po bokach długie pasma blond włosów puszczone luzem. Do krótkich spódniczek, nierzadko w charakterystyczną szkocką kratę, zakłada ciężkie buty i kurtkę do pasa. Ramiona pokrywają tatuaże, a ostry makijaż dopełnia całości.

W swoim środowisku Kita ma status celebrytki, jej media społecznościowe pełne są zdjęć, na których z dumą prezentuje subkulturowy styl.

Kilka lat temu swoje zasięgi wykorzystywała, aby protestować przeciw reżimowi Łukaszenki, a później przeciw wojnie w Ukrainie.

Masowe protesty przeciwko reżimowi Łukaszenki

Tak jak wielu Białorusinów, również Kita w sierpniu 2020 r. wyszła na ulicę. Za udział w protestach w rodzinnym Mozyrze odsiedziała tzw. „doby” – czyli administracyjną karę pozbawienia wolności na 14 dni.

„Doby” orzekano wtedy z artykułu 23.34 Kodeksu Wykroczeń (rok później artykuł ten zmieniono na 24.23). Wielu ludzi zaczęło tatuować sobie te cyfry, traktując je jako identyfikator obywatela Białorusi. I choć Kita przekonuje, że w tamtym czasie sprawy karne wytaczano głównie wobec znanych opozycjonistów, jak Wiktor Babaryka czy Maria Kalesnikowa, to często Białorusini, po odbębnieniu kolejnych z rzędu „dób”, decydowali się na wyjazd za granicę – często do Polski – aby uniknąć kolejnej sprawy, już karnej. Tak zrobił np. teść Kity, który wraz z żoną został pobity po zatrzymaniu przez milicję.

– Z mężem mieliśmy nadzieję, że wszystko się jakoś uspokoi. Poza tym byliśmy zdania, że wszyscy wyjechać nie mogą, bo zostanie za nami spalona ziemia. No i mieliśmy mieszkanie, pracę, ja od siedmiu lat prowadziłam swój biznes. Jestem dekoratorką ślubów.

„Zawsze antyfaszystowska, czasami antyspołeczna” – tatuaże na ramionach Kity // Archiwum prywatne

Represje dotknęły 33 tysiące Białorusinów

Tymczasem ziemia istotnie płonęła na ich oczach, a kolejni ludzie znikali w aresztach. Kita na Instagramie informowała o aktualnej liczbie więźniów politycznych: – Co miesiąc dopisywałam kolejne setki.

Dziś ta liczba waha się od 1297 (tyle podaje stowarzyszenie Wiasna) do 1416 (wedle stowarzyszenia Dissident.by, które nie stawia warunku działania bez przemocy, aby zaliczyć skazane osoby do kategorii politycznych). Szacuje się, że łącznie za udział w protestach w latach 2020-21 różnym represjom poddano aż 33 tys. osób.

Im więcej ludzi w aresztach i więzieniach, tym na Białorusi żyło się coraz gorzej. W 2020 r. skazanie na „doby” było w zakładach pracy traktowane jak nieobecność usprawiedliwiona, ale już w 2021 r. za takie zniknięcie na 14 dni lądowało się na bruku. Zaczęło więc brakować ludzi do pracy: nauczycieli, pracowników służby zdrowia czy nawet robotników.

– Tak wyrzucili mojego męża. Osiem lat pracował w fabryce, był brygadzistą. Dostał wilczy bilet. Zostało mu albo być taksówkarzem, albo pracować na czarno, albo jeździć do pracy do Rosji. Musiał kombinować – opowiada Kita.

Gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, Kita powiedziała za dużo

Rodzinne miasto Kity, Mozyr, leży tuż przy granicy z Ukrainą. Mieszkańcy widzieli na własne oczy, co się działo przed 24 lutego 2022 r. Wokół Mozyru stacjonowały wojska rosyjskie, a w sklepach czy na poczcie mieszkańcy coraz częściej spotykali żołnierzy z biało-niebiesko-czerwonymi naszywkami na rękawach. Władze mówiły, że to tylko ćwiczenia, ale mało kto w to wierzył. Napięcie wisiało w powietrzu.

Kita: – 24 lutego obudził nas ryk samolotów. Chwilę później rozdzwoniły się telefony: „Rosja zaatakowała Ukrainę”. Podbiegliśmy do okna, niebo przecinały smugi. Znajomi z zagranicy zaczęli nas namawiać: „Uciekajcie, wojna”. Ale sam wiesz, jak to jest: dom, praca, wpłacone zadatki, zlecenia. Znów: przeczekamy.

Na Instagramie Kita pisała bardzo ostrożnie, ale zaczęła podawać informacje o tym, co się dzieje w Ukrainie, oraz wypowiadać się przeciw rosyjskiej agresji. To ściągnęło na nią uwagę służb, czyli siłowików.

– Nie spodziewałam się, że aż tak się przyczepią, choć w tym czasie już przychodzili po ludzi, np. po tych, którzy wrzucali zdjęcia dokumentujące ruchy wojsk. Włamywali się im do mieszkań, wyciągali siłą. W końcu przyszli i po mnie.

Zatrzymanie

– Nad ranem obudził mnie dźwięk szlifierki za drzwiami – wspomina dziś. – Dlaczego po prostu nie zapukali?

Dalej było tak: – GUBOP to oddział do walki ze zorganizowaną przestępczością, musieli pokazać więc, jak dzielnie walczą z przestępczością. Zrobili show i wszystko nagrali na wideo. Przyjechał też OMON. Do mieszkania wpadło 10 osób w kamizelkach kuloodpornych, kominiarkach i z bronią maszynową.

Kita mówi, że na wejściu zwyzywali ją i jej męża, skopali oboje i zakuli w kajdanki. W tych kajdankach kazali im się ubierać. W międzyczasie wywrócili mieszkanie do góry nogami.

Na komisariacie kazali jej klęczeć twarzą do ściany, a za jej plecami bili męża. Potem nagrali wideo, w którym kazali jej się pokajać. Gdy coś im nie pasowało w tym, co mówiła, bili ją po twarzy. Nagranie wstawili na jej kanał na TikToku, który niedługo później zniknął z sieci.

Krystsina Charankova // Archiwum prywatne

Na dołku

Przesłuchanie trwało około sześciu godzin. Po początkowo brutalnym zatrzymaniu, teraz śledczy odgrywali dobrych policjantów. Padały niby to standardowe pytania: o stosunek do władz, do służb mundurowych, do „specjalnej operacji wojskowej” w Ukrainie. Ale Kita nie dawała się podejść – odpowiadała wymijająco, nierzadko ironicznie lub nawet z szyderą. Na zakończenie przesłuchania usłyszała, że kawał z niej suki.

Na tzw. dołku Kita spędziła cały dzień i cały wieczór – zarzuty usłyszała przed północą, dopiero wtedy mogła po raz pierwszy od wejścia siłowików do domu iść do łazienki i napić się wody.

Przewieziono ją na tzw. śledczak i tam zapakowano do zatłoczonej celi. Kita wspomina, że kobiety, które z nią siedziały, sprawiały wrażenie osób z marginesu, ale że jak tylko zamknęły się za nią drzwi, zaczęły ją pocieszać.

Następnego ranka widziała się z adwokatem – ściągnęli go jej rodzice, którzy zorientowali się, co się stało. – Przekazał mi, że mój mąż Fiodor dostał karę administracyjną, czyli „doby”, a sprawę karną wytoczono tylko wobec mnie. Przekazał mi także, że rodzice zajęli się naszą kotką, która została sama w mieszkaniu i o którą bardzo się martwiłam.

Kita dostała wyrok: 2,5 roku kolonii karnej

W kolejnej celi spotkała przyjaciółkę Anię, którą oskarżono o przesyłanie tzw. kanałom ekstremistycznym, czyli Nexcie i Bielsatowi, zdjęć i nagrań wideo dokumentujących ruchy wojsk.

Ania dostała ponad trzy lata, powinna wyjść w listopadzie tego roku.

Na swój proces Kita czekała do listopada. Z aresztu śledczego w Homlu była wożona do Mozyra na „czynności”: – W radiowozie zamykali mnie w tzw. szklance, zawsze ze skutymi rękami. Złodzieje czy bandyci jechali wygodnie na kanapie, nieskrępowani.

W ciągu ośmiu miesięcy postępowania sądowego przeprowadzono szereg analiz językowych i psycholingwistycznych instagramowych wpisów Kity. I choć eksperci orzekli, że posty nie zawierały nawoływania do nienawiści czy agresji, sąd dał wiarę prokuratorowi.

Potem była sprawa apelacyjna. Przypominała teatr absurdu. – Sąd apelacyjny orzekł, że to nieważne, co mówią eksperci, bo eksperci przecież nie wiedzą, z jaką intencją publikowałam posty. A przeprowadzanie nowego postępowania, które miałoby zbadać te intencje, jest bezzasadne, zwłaszcza że liczy się nie tylko opinia ekspertów, ale też subiektywne zdanie prokuratora – wspomina Kita.

Za publikowanie informacji o wojnie oraz za używanie wobec mundurowych pogardliwego określenia „śmieci” (czyli „musory”; ma porównywalny wydźwięk co w języku polskim słowo „psy”), Kita dostała wyrok: 2,5 roku kolonii karnej.

Jak funkcjonują białoruskie więzienia

Kita trafiła do Antoszkiny. Miała to być kolonia bez zaostrzonego rygoru, ale gdy już po odbyciu kary rozmawiała ze skazanymi z innych kolonii, to zorientowała się, że i u niej był de facto zaostrzony rygor.

Jak większość kolonii dla kobiet, Antoszkina była kolonią czerwoną, czyli całkowicie kontrolowaną przez służbę więzienną – w odróżnieniu od kolonii czarnej, gdzie panuje tradycyjny więzienny system kastowy. W koloniach czarnych więźniowie dzielą się na blatnych, czyli złodziei i bandytów zawodowych (polski odpowiednik to git-ludzie, czyli grypsujący), na więźniów regularnych (to ci, co chcą swoje odsiedzieć i w nic się nie mieszać, czyli frajernia), no i strąceni na samo dno, niedotykalni, czyli cwele.

Białoruski opozycjonista i anarchista Mikoła Dziadok w „Kolorach świata równoległego” opisywał zmierzch systemu kastowego w białoruskim systemie więziennictwa, czyli proces „przemalowywania” kolonii z czarnych na czerwone. Było to jeszcze przed rokiem 2020. Potem władze więzienne pozwalały na gnojenie politycznych, oznaczanych żółtą naszywką.

Dziadok odsiadywał wyrok pięciu lat w kolonii przed 2020 r. Obecnie odsiaduje kolejne pięć.

Kita: – To my, polityczne, byłyśmy nietykalne. Nie mogłyśmy dzielić się z innymi więźniarkami jedzeniem, Siadając na stołówce, każda oznaczona żółtą naszywką pilnowała swojego kubka i talerza, aby nie zostać posądzoną o dzielenie się jedzeniem. Mimo to i tak zdarzały się donosy.

Żółte naszywki musiały spać na najwyższych pryczach, gdzie było najzimniej. Musiały trzymać swoje rzeczy na najwyższych półkach w szafkach, aby było jak najmniej wygodnie cokolwiek wyciągać.

Widzenia z bliskimi – ograniczone. Czas na rozmowę przez telefon – ograniczony oraz w obecności klawisza i śledczego, który tylko czeka na fałszywe słówko, by przerwać połączenie. Tak samo korespondencja – o tym, co słychać u rodziny, i o tym, jaka pogoda, pisz śmiało, ale o tym, co w kraju – nie wolno, i to pod groźbą pozbawienia możliwości korespondencji przez miesiąc, a może więcej.

Codzienne szykany i poniżania, przypominanie, że jesteś wrogiem narodu, oraz SZIZO, czyli izolatka. Kita wspomina: – Jedna więźniarka odmawiała chodzenia do pracy, bo władze kolonii nie zezwalały jej na zakup okularów. Miała dużą wadę wzroku, więc obawiała się o swoje bezpieczeństwo w fabryce. W izolatorium spędziła łącznie sto dni. Wyglądała jak żywy trup.

Dla takich jak Kita na Białorusi nie ma miejsca

W kolonii Kita spotkała Marfę Rabkovą, obecnie więźniarkę polityczną o najwyższym wyroku, bo aż 15 lat pozbawienia wolności.

Rabkova była koordynatorką wolontariatu w organizacji Wiasna. Zatrzymano ją 17 września 2020 r. i oskarżono o „przygotowania do masowych zamieszek”, włączając do sprawy Wiasny, w której to skazano także Alesia Bialackiego, laureata Pokojowej Nagrody Nobla.

W lutym 2021 r. Rabkovej dorzucono „udział w organizacji przestępczej” i włączono jej przypadek do sprawy „Akcji Rewolucyjnej”, wymierzonej w środowisko anarchistyczne, w której najwyższy wyrok wyniósł aż 17 lat (o sprawie Rabkovej pisaliśmy w „TP” w sierpniu i wrześniu 2022 r.).

Kita: – Pierwszy raz minęłam się z nią na korytarzu, gdy wyszłam z rozmowy z GUBOP-em. Mówili ze mną o moim mężu, który właśnie robił kolejne „doby”. Usłyszałam, że wiedzą, że sprzedał samochód, i że dobrze, że myśli o wyjeździe z kraju. Powiedzieli mi też, że dobrze będzie, jak wyjadę, gdy tylko wyjdę z kolonii, bo dla takich jak ja w Białorusi nie ma miejsca.

Służby najwyraźniej szukały sposobu, by połączyć Kitę ze sprawą anarchistów, w której skazano właśnie Rabkovą. Po spotkaniu z GUBOP-em Rabkova posłała wiadomość Kicie: „Pytali o ciebie, sugerowali, że coś za mało dostałaś”.

Dziś Kita mieszka w Polsce, ale jej rodzina na Białorusi jest stale zagrożona

Kita: – Dzień wyjścia? Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Przed bramą czekali na mnie mama i przyjaciel rodziny. Podali mi telefon, to Fiedia dzwonił z zagranicy! W domu uroczysty obiad, a po obiedzie poważna rozmowa.

Następnego dnia była w drodze do Mińska po wizę. Chciała zostać na Białorusi chwilę dłużej, ale wszyscy odradzali jej zwłokę. – Nie pojechałam nawet zameldować się na komisariat, bo bałam się, że wbiją mi w paszport pieczątkę z zakazem wyjazdu.

Co teraz? – Często nachodzą moją mamę, co sugeruje, że mogli mi założyć sprawę karną. Na Białorusi jestem poszukiwana listem gończym. Gdybym wróciła, zatrzymaliby mnie od razu na granicy. Zrobili wszystko, abym nigdy nie wróciła.

Mówię Kicie, że śledziłem jej sprawę od początku, więc tym bardziej się cieszę, że jest w Polsce, wolna i bezpieczna, i że możemy się zobaczyć.

– Bezpieczna? Niby tak, ale przecież mam rodzinę w Białorusi, więc wolna nie jestem. Uważam na to, co publikuję na Instagramie, uważam też, z kim rozmawiam – mówi.

Dodaje: – Nie wierzę, że coś się zmieni w Białorusi. Nawet jak umrze Łukaszenko, to przecież jest Putin. I choć Łukaszenko to zło wcielone, Putin jest jeszcze gorszy. Jak Białoruś będzie się chciała wyrwać z jego łap, skończy jak Ukraina. I ludzie się tego boją.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Żółte naszywki z najwyższej pryczy