Tramwaj nr 16, jazda na Dolny Mokotów. Obok dwie starsze: „Dziś dzień papieski”. „Rocznica”. „Śnił mi się Jan Paweł”. „O! to znak!”. „Napisał wiersze i prosił o opinię”. „Panią? Z jakiej racji?”. „Też się zdziwiłam. Pytam: »Ojcze, czemu ja?«”. „Właśnie”. „Powiedziałam, że się do niego modlę. A ten: »Ty się za mnie módl, żebym to wydał«”. „Pani Olu! To już bluźnierstwo”. „Nie zmyślam”. „Ja bym poszła do spowiedzi”. „Ze snów mam się spowiadać?!”. „Naturalnie. Papież wiersze pisze? I odwiedza taką parafiankę?”. „O, przepraszam! Z panią by miał lepiej?”. „Miałby”. „Bo?”. „Ja bym mu wybiła z głowy literaturę. Po kanonizacji?!”. „Ech, prawda”. „Zgrzeszyła pani z papieżem, pani Olu. Święci nie piszą wierszy”.
Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. Wskakuję do metra i jadę na konferencję w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego, cała w stresie. Dosiadam się do matki z dzieckiem w wieku późnoprzedszkolnym. Po chwili wyczuwam napięcie, znajome bardzo. Chłopiec zaczyna buczeć i trzepotać rękoma, jakby chciał mnie odegnać. Wstaję i przesiadam się na ławę po drugiej stronie. Matka patrzy przepraszająco, dziecko cichnie i wraca do zabawy samochodzikami. Jeśli można to nazwać zabawą.
Trzyma je kurczowo w dłoniach i prowadza po udach w tył, w przód, w tył, w przód. Gdyby miał krótkie spodenki, zobaczylibyśmy pręgi na skórze, ślady kół. Starszy po mojej prawej: „Po co się pani przesiada? Dzieciak ma humory – matka powinna nad tym panować”. Starsza po mojej lewej: „E, proszę pana, nie wiemy, różne są schorzenia”. Matka śledzi z bólem samochodzikową torturę dziecka. Wyciąga z torby notes, ostrożnie, jakby miała zaraz zdetonować bombę w przedziale. Pisze, popatrując to na nas, to na dziecko. Kreśli nerwowo kilka zdań. Na przystanku Ratusz Arsenał zrywa się i rzuca mi złożoną kartkę na kolana: więc to był list wyszarpnięty z notesu.
Czytam. Wyciągam z torby książkę na podpórkę i odpisuję szybko na odwrocie kartki. I nie udaje się, bo na kolejnym wybiega z pociągu z dzieckiem, nie oglądając się na nas. Widzę ich na peronie. Mały siada na posadzce i rozjeżdża sobie nogi samochodzikami. Widać nie domknął czynności. Ona rzuca mi jeszcze spojrzenie ciężkie jak piłka lekarska. Ruszamy. W ręku trzymam dialog, którego już jej nie oddam. Ona: „Przepraszam, to autyzm. Syn musi mieć wolne siedzenie obok, denerwuje się. Ja nie chciałam. To za trudne”. Ja: „Tak, za trudne. Przesiadłam się, bo już wiedziałam. Nikt nie zrozumie tego uwięzienia w lęku, kto nie…”. Nie zdążyłam.
Przychodnia lokalna przy Chełmskiej, czekam pod budynkiem. Otwierają się o 7:30, zamykają rejestrację chwilkę później. Przesmyk dziesięciominutowy, a ludzi już dużo. Koczujemy na chodniku i trawnikach. „Wczoraj się nie załapałem – staruszek z opatrunkiem na oku – chociaż pokazałem oko. O tak, w szybkę tej pani okazywałem, a ona, że jutro, jutro”. Starsza z laską: „Mam sto lat za chwilę”. Winszujemy. Młoda, co się załapała na okupację schodków pod drzwiami: „Liczy się numerek, pani nie manipuluje”. „Ale co też!”. „Dobradobra, każdy tu ma stówkę, umówmy się”. Staruszka podchodzi do mnie: „Pani wygląda na bez pretensji. Ruszy mi pani suwak? Coś się wcięło”. Walczę z zamkiem, udało się. „Uff, aż mi gorąco od tego czekania”.
Przyszedł gość z małym dzieckiem: „Kto ostatni?”. Babka ze wściekłą miną, w ortalionach, z wysokości schodka: „Może pan sobie darować”. „Jestem z dzieckiem”. Przyśmietnikowy z papierosem: „Też mogłem wziąć jakieś dziecko, pan nie bajeruje”. Stulatka: „Ja tu mogę umrzeć”. Gość z reklamówką: „Pani tu co tydzień doktórkę nachodzi, nic pani nie jest”. „Pan też!”. „No mówię, widzimy się”. „To i panu nic nie jest!”. Do mnie: „Szpicel”. 7:32, a tam dopiero ruch za drzwiami. Reklamówkowy: „A potem powiedzą, że pięć minut zostało”. Kobieta o kulach, warująca tuż przy mnie: „Puści mnie pani przodem? Mam większe problemy”. Papierosowy: „Nie daje się pani, nie przeżyje pani w tym kraju”. Drzwi otwierają się, wchodzimy.
Przychodnia, już pod gabinetem. Obok stulatka: „Udało się, jestem po pani”. „Ano”. „Pani tu nie ma doświadczenia, to powiem: niech się pani nie da od razu spławić”. „Aha”. „Wie pani, czego chce?”. „Z grubsza”. „Niech pani pamięta: tu się nie leczy, tu się wypisuje”. „Z życia?”. „Też. Ale jak zrozumieją, że pani nie ma interesu, to zaraz kończą. Niech pani coś z tego ma”. „Skierowania potrzebuję”. „I świetnie. Ja ich zamęczam”. Gość po przeciwnej, zza donicy z obumarłym fikusem: „Potwierdzam. Pani nas tu szkoli”. Stuletnia: „Szkolę. Polski się nie da przeżyć ot tak”. Potwierdzam skinieniem. „Moją skuteczność potwierdza mój wiek”. Śmiejemy się. Spoważniała: „Wstyd zabił wiele kobiet”. „Prawda”. „Od lat im się narzucam – wskazuje brodą na gabinet – gdybym się nie uparła, byłoby po mnie”. „Uhm”. „I żyję na złość, bo już nie mam dla kogo”. Gość zza kwiata: „Pani tak nie mówi”. „Mówię, bo to dobry sposób. Na złość. Przecież nikt nas tu nie chce”.
Park Promenada, przysiadam z książką. Eskalacja robót drogowych, tak łomoczą, że płoszą się ptaki, głupieją psy. Wysadzają Warszawę w powietrze, a ja do wtóru otwieram sobie felietony Ewy Szumańskiej. A ta cytuje panią w bardzo podeszłym wieku, która wspomina miasto dzieciństwa pełne konnych tramwajów, dorożek, furmanek. I że ich zniknięcie „musiało być straszne dla wróbli”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















