Nie tak często się zdarza, by niełatwa literatura w przekładzie była czytana na wyścigi, a jednak od czasu do czasu któraś zdobywa, przynajmniej na chwilę, oddolną, tzw. wiralową popularność. Tak było w ubiegłym roku z „Mleczarzem” Anny Burns, powieścią w formie galopującego, niekończącego się monologu (co może nie brzmi zachęcająco, ale ma w sobie wciągającą moc). W największym skrócie: głównej bohaterce przyszło żyć w czasie i miejscu, w którym łatwo było zginąć, a do tego wiele zależało od subtelnych deklaracji wierności i przynależności.
Sama „Mleczarza” czytałam przede wszystkim jako książkę o potędze pogłoski. Niezależnie od tego, co robiła bohaterka i jaka była prawda, wszyscy inni wiedzieli lepiej. „Prawda” plotki opiera się na dążeniu do masy krytycznej: im więcej ludzi ją powtarza, tym bardziej wydaje się wiarygodna, choćby była kompletnie odklejona od rzeczywistości. Rzeczywistość jednak nie ma specjalnego znaczenia, dlatego tak trudno przebić się przez mgłę pogłosek. Zbyt wielu woli „wiedzieć lepiej”.
Jak na ironię tym, co przyczyniło się do powodzenia polskiego wydania „Mleczarza”, był nie tylko popisowy przekład Agi Zano, ale także przekaz z ust do ust – książka poradziła sobie bez intensywnych działań marketingowych, natomiast chętnie o niej mówiono, w internecie i poza nim. Niekoniecznie były to wypowiedzi pisane, co oznacza, że trudno znaleźć cyfrowy ślad tej sławy.
Katherine Dee, specjalistka od cyfrowej etnografii, często powtarza, że za sprawą internetu wchodzimy w fazę wtórnej kultury mówionej. Polega ona na tym, że choć porozumiewamy się częściowo na piśmie, to przypomina ono mowę (jest prostsze i nieuporządkowane), że bardzo szybko tracimy z oczu kontekst wypowiedzi, bo wymiana informacji ma tempo i natężenie ulicznego gwaru, że łatwiej kogoś zapytać, niż samodzielnie coś wyszukać. Nawet jeśli wszystko, co wykonujemy w sieci, stanowi zapisywalne dane, to nie znaczy, że jesteśmy w stanie do nich dotrzeć. Tak, wszystko „zapisujemy na później”, ale do tego nie zaglądamy. Dysponując narzędziem, które jeszcze niedawno opisywane było jako największe na świecie archiwum ludzkiej wiedzy, doszliśmy do momentu, w którym najlepiej polegać na najprostszych narzędziach, jak własna pamięć oraz ewentualnie ołówek i kartka.
„W internecie nic nie ginie”? Wolne żarty. Platformy społecznościowe dysponują legendarnie kiepskimi wyszukiwarkami. Same wyszukiwarki na skutek integracji ze sztuczną inteligencją stają się zaś coraz mniej przydatne, to znaczy coraz trudniej w nich faktycznie wyszukiwać (teraz mają podpowiadać skondensowane „bryki” skompilowane z uśrednionych informacji).
Im bardziej internet opiera się na nawiązujących do siebie nawzajem łańcuchach wypowiedzi wideo, tym bardziej dosłownie staje się obiegiem kultury mówionej. Nagrania na TikToku błyskawicznie znikają i bez samodzielnego zanotowania trudno odtworzyć, co kto właściwie mówił, nawet jeśli zrobiło to na nas wrażenie. I tak, jak w raz zasłyszanej pogłosce, ryzyko, że coś przeinaczymy – przypadkowo lub wręcz celowo, jak to się teraz mówi, „dla fabuły” – pozostaje duże. Bo też rozrywka towarzyska czy ubarwianie sobie i innym życia jest jedną z podstawowych funkcji plotki, być może powszechniejszą niż kopanie pod kimś dołków czy intryganctwo.
Wspomniana diagnoza nieprzypadkowo wyszła od badaczki współczesnego folkloru (ta dziedzina bowiem od lat specjalizuje się w analizie przejawów kultury mówionej, w tym plotek i pogłosek). Katherine Dee odnotowuje bowiem konsekwencje zwrotu w stronę kultury ustnej dla tego, co uznajemy za prawdę. Jej zdaniem współczesny świat, przynajmniej w swoim internetowym wymiarze, będzie coraz bardziej przypominał realia z „Mleczarza”: za prawdziwe będzie uchodziło nie to, co da się sprawdzić, ani to, na co mamy dowody, lecz to, co do czego obowiązuje konsensus, co się częściej powtarza. Etnografowie i folkloryści znają ten temat dobrze, w końcu czasami badają plotki czy legendy miejskie, które, choć nikt ich przez stulecia nie zapisał, w ludzkiej świadomości zachowały się jak ślady dinozaurów. To, co inni „wiedzieli lepiej”, potrafi przetrwać o wiele dłużej niż prawda.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















