Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Chrześcijański radykalizm i geopolityczna wizja

Chrześcijański radykalizm i geopolityczna wizja

09.11.2015
Czyta się kilka minut
Dr Robert Żurek, historyk: W tej kwestii Władysław Gomułka miał podobny pogląd co Juliusz Mieroszewski z paryskiej „Kultury”: obaj uznali, że „Orędzie” to działanie bardzo antykomunistyczne, bo rozluźnia związki między PRL i Związkiem Sowieckim.
Kościelne – alternatywne wobec władz PRL – obchody Milenium, tj. Tysiąclecia Chrztu Polski. Jasna Góra, Częstochowa, sierpień 1966 r. Fot. Bogdan Łopieński / FORUM
W

WOJCIECH PIĘCIAK: Czy kiedy jesienią 1965 r., podczas kończącego się Soboru Watykańskiego II, biskup Bolesław Kominek pisał tekst „Orędzia do niemieckich biskupów”, był świadomy, jakie mogą być skutki?
ROBERT ŻUREK: Mamy dość przesłanek, aby sądzić, że Kominek pisząc „Orędzie” miał przed oczami długofalowy, dalekosiężny cel. Chodziło mu o przełamanie dominacji Związku Sowieckiego nad Europą Wschodnią i pchnięcie Polski w kierunku cywilizacji zachodniej.

Mamy rok 1965, Polska należy do bloku wschodniego, komunizm się trzyma, trwa zimna wojna... Pisząc list, Kominek naprawdę myślał, aby przywrócić Polskę cywilizacji zachodniej?
Zdaję sobie sprawę, jak to brzmi... Ale nie mam co do tego wątpliwości. Krótko przed powstaniem „Orędzia” Kominek przekazał niemieckiemu księdzu Alfredowi Sabischowi poufną notatkę, przeznaczoną dla niemieckiego Episkopatu. Pisał w niej: „Europa to przyszłość – nacjonalizmy są wczorajsze”. I postulował „pogłębienie dyskusji o organizacji rozwiązania federacyjnego dla wszystkich narodów Europy, m.in. poprzez stopniową rezygnację z narodowej suwerenności w kwestiach bezpieczeństwa, gospodarki i polityki zagranicznej”. A Sabisch we własnej notatce tak relacjonował rozmowę z polskim arcybiskupem: „Abp Kominek (...) uważa przyłączenie się do zachodniej Europy za kwestię egzystencjalną dla jego ojczyzny i dla polskiego Kościoła. Zbliżenie z Francją, z którą łączą stare więzy z dawnych czasów, już nastąpiło, teraz musi ono nastąpić również z Niemcami. W bardzo pojednawczym tonie [Kominek] zabiega o nie u niemieckich katolików. Temu celowi ma służyć (co oznajmił w ścisłej tajemnicy) skierowane do niemieckich biskupów braterskie zaproszenie do udziału w Milenium”.

Są i inne przesłanki. Pierwsza z nich to treść samego „Orędzia”: ono wpisuje się w taką strategię, o czym więcej za chwilę. Druga – to reakcje polskich publicystów emigracyjnych. Szybko zdali sobie sprawę z tego drugiego dna „Orędzia” i dość zgodnie postrzegali je jako krok osłabiający komunizm nie tylko w Polsce, ale w całym bloku wschodnim. No i jeszcze jedna przesłanka: reakcje władz PRL. Władysław Gomułka, I sekretarz partii komunistycznej, krzyczał, że biskupi chcą wbić klin między Polskę i Związek Sowiecki. W atakach na Kościół, które wkrótce po publikacji „Orędzia” zaczęły władze PRL, pojawia się zarzut, że biskupi chcą wyprowadzić Polskę z sowieckiego czy też, jak mawiano, ze „słowiańskiego” kręgu kulturowo-politycznego. Paradoksalnie, Gomułka miał tu podobny pogląd co Juliusz Mieroszewski z paryskiej „Kultury”, który twierdził, że „Orędzie” to w gruncie rzeczy działanie bardzo antykomunistyczne, bo rozluźnia związki między PRL i Sowietami.

Czy jednak nie jest to przypisywanie Kominkowi pewnych celów ex post?
No ale przypomnijmy, o co w tym wszystkim chodziło! W tamtym czasie główną troską Polaków była obawa, że Republika Federalna może odebrać ziemie zachodnie i północne, w sytuacji, gdy widoki na odzyskanie Kresów były marne. Władze PRL podsycały ten lęk przed powrotem Niemców – przed, jak mówiono, niemieckim rewizjonizmem i rewanżyzmem, który współpracuje z imperializmem amerykańskim. Twierdzono, że jedynym gwarantem bezpieczeństwa Polski jest Związek Sowiecki. Komuniści liczyli, że społeczeństwo będzie myśleć tak: choć komunizm to nie jest nasze marzenie, lepsi komuniści niż powrót Niemców. Stąd w PRL-u tak silna agitacja antyniemiecka. Był to jeden z głównych elementów propagandy, która dążyła do tego, by scementować społeczeństwo wokół władz i odwieść je od idei oporu. A Kominek świetnie o tym wiedział. Jeszcze w 1962 r. stwierdzał: „Kierownicy partii wiedzą dobrze, że Polacy rzeczywiście nienawidzą tylko Rosjan, i dlatego chcą tę nienawiść skierować w inną stronę, w stronę Niemców, trzymając Polaków w strachu przed Niemcami, co związuje ich ze Związkiem Radzieckim i komunistami”.

Jednak czytając dziś treść „Orędzia”, będącego jakby wykładem historycznym o relacjach polsko-niemieckich, można odnieść wrażenie, iż jest ono nie tylko długie – ponad 3000 słów – ale też nużące. I że na koniec wszystko sprowadzało się do tego jednego, najsłynniejszego zdania: „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”.
Nie, zdecydowanie się nie zgadzam. Owszem, dziś ten list, będący w dużej części rodzajem wykładu historiozoficznego, może wydać się nużący i oczywisty. Ale twierdzę, że na ówczesnych odbiorcach – w Polsce roku 1965 – musiał wywierać wrażenie szokujące. Bo właśnie ta historiozofia, którą Kominek zawarł w długich fragmentach listu, stała w zupełnej sprzeczności z obrazem historii, który komuniści usiłowali wpoić społeczeństwu.

W tym starannie przemyślanym tekście, gdzie nie ma przypadkowych myśli, Kominek przedstawił ni mniej ni więcej, tylko alternatywną wizję przeszłości – taką, której nie uczono w szkołach. Była w niej mowa o kluczowej roli Kościoła i chrześcijaństwa w dziejach Polski, a to była kontrnarracja – mówiąc współczesnym językiem – do świeckich obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego, które wtedy organizowały władze, jako konkurencyjne do organizowanych przez Kościół obchodów tysiąclecia chrześcijaństwa. Drugi element, obecny w liście i niezwykle wtedy ważny, to podkreślanie związków Polski z Zachodem, które komuniści negowali bądź dezawuowali. I element trzeci, już zupełnie dywersyjny: pokazanie, że polsko-niemieckie sąsiedztwo przez tysiąc lat wyglądało inaczej, niż twierdzą komuniści, że Niemcy nie były dla Polski ciągłym zagrożeniem, lecz przeciwnie, że dzięki Niemcom Polska wykonała skok cywilizacyjny i korzystała na tym sąsiedztwie, bo wpływy Zachodu docierały do nas głównie przez Niemcy.

To trzy główne elementy „Orędzia”, które szły pod prąd komunistycznej narracji. A są tu też inne wątki, które musiały budzić wściekłość władz.

Jak teza, że z II wojny światowej Polska nie wyszła jako państwo zwycięskie, ale jako naród głęboko zraniony. Jest tu też wizja przejęcia ziem zachodnich i północnych oraz wysiedlenia Niemców: w narracji PRL-u miała to być „sprawiedliwość dziejowa”, tu zaś mowa jest o decyzji podjętej ponad głowami Polaków, o bolesnym procesie przesiedlania, który dotknął i Niemców, i Polaków... W zasadzie cała historyczna warstwa „Orędzia” była w opozycji do narracji władz, była rzuconym im wyzwaniem. I one to dostrzegły.

Uważa Pan zatem, że wyjątkowość listu biskupów polegała nie tylko – jak się zwykle sądzi – na tym jednym zdaniu: „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”?
Zdecydowanie nie tylko na tym. Cała wizja historii Polski i sąsiedztwa polsko-niemieckiego była, jak na ten moment dziejowy, wręcz rewolucyjna.
Wspomnieć warto jeszcze choćby o zignorowaniu w „Orędziu” istnienia NRD i konsekwentnym traktowaniu Niemców jako jednego narodu – podczas gdy reżim powtarzał, że istnienie NRD, tego komunistycznego państwa niemieckiego, jest rękojmią bezpieczeństwa Polski.

Kominek musiał więc chyba zdawać sobie sprawę, że „Orędzie” wywoła burzę w relacjach państwo–Kościół?
Sądzę, że się tego spodziewał, przecież nie był osobą naiwną. Ale myślę, że liczył na to, iż zaszachuje władze PRL: że nie będą mogły uderzyć w Kościół, skoro list będzie służyć polskiej racji stanu. Przecież biskupi wykonali ruch, który miał przyczynić się do zbliżenia polsko-niemieckiego, a co za tym idzie, do uznania przez RFN granicy na Odrze. A komuniści powtarzali w kółko, że uznanie granicy to kwestia kluczowa dla narodu i państwa.

Polscy biskupi wierzyli więc, że w odpowiedzi biskupów niemieckich znajdzie się wyraz poparcia dla polskiej granicy zachodniej?
Albo przynajmniej poparcia dla uporządkowania przez Watykan sytuacji formalno-prawnej polskich struktur kościelnych na terenach poniemieckich. Bo choć od wojny minęło 20 lat, to struktury Kościoła były tam nadal tymczasowe. Nie było normalnych diecezji, jedynie administratury apostolskie. Gdyby więc taka odpowiedź ze strony niemieckiej nadeszła, komuniści mieliby związane ręce, bo trudno byłoby karać biskupów polskich za to, że udało im się osiągnąć ważny narodowy cel. Sądzę, że Kominek tak właśnie kalkulował. Dziś wiemy, że w odpowiedzi, którą niemieccy biskupi przesłali w grudniu 1965 r., zabrakło takiej deklaracji. I tak naprawdę dopiero to umożliwiło komunistom rozpoczęcie kampanii antykościelnej. Proszę zauważyć, że oni uderzyli dopiero po niemieckiej odpowiedzi, a nie przed nią.

Zatrzymajmy się przy najsłynniejszym dziś przesłaniu: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Pada ono zaledwie 20 lat po wojnie i w sytuacji, gdy Niemcy Zachodnie to inny kraj niż dziś, jeśli idzie o politykę historyczną – rozliczeń ze zbrodniami III Rzeszy jeszcze prawie nie było. Wiemy, że Kominek nie był germanofilem. Jak to się stało, że napisał to zdanie?
Wtedy w ogóle trudno byłoby znaleźć w Polsce germanofila... Rany, jakie zadali Niemcy, były bardzo głębokie.
I rzeczywiście, to, co działo się w Niemczech Zachodnich, nie nastrajało optymistycznie. Dopiero na początku lat 60. zaczęły się tam jakieś nieśmiałe próby rozliczenia się z historią II wojny, jednocześnie wielu Niemców stylizowało się na ofiary i wysuwało żądania wobec Polski. Na tym tle jeszcze bardziej uderza radykalizm „Orędzia”. Mamy tu bowiem sytuację, w której – upraszczając – wczorajsze ofiary nie tylko wyciągają rękę do katów i są gotowe wybaczyć, lecz uznają też swoje winy i proszą o wybaczenie. Dla ówczesnego pokolenia Polaków już to pierwsze musiało być szokujące, a tym bardziej to drugie... Były to słowa niezwykłe i do dziś trwają spory, czy były adekwatne w tamtym momencie historycznym.

Stanisław Stomma, dziś uważany za jednego z nestorów dialogu polsko-niemieckiego, mówił mi, że wtedy, w 1965 r., uważał te słowa za polityczny błąd...
...i ja również spotkałem się z takimi opiniami. Świadkowie tych wydarzeń często wspominali, że w pierwszym odruchu przyjęli te słowa „Orędzia” z oburzeniem. Nawet Mazowiecki i Bartoszewski opowiadali mi, że postrzegali krytycznie ten fragment, gdyż uważali, że po stronie niemieckiej nie było jeszcze partnerów na tyle dojrzałych, by mogli właściwie odpowiedzieć na tak niezwykły gest. Jest w tym ziarno prawdy. Choć z drugiej strony to właśnie ten radykalizm „Orędzia”, właśnie ta fraza sprawiła, że przeszło ono do historii, że jest znane daleko poza granicami Polski, i że dzisiaj o nim rozmawiamy.

Ale to właśnie ona najbardziej zgorszyła społeczeństwo i dostarczyła komunistom najwięcej amunicji do propagandowego ostrzału. Jak wyglądała tu linia obrony Kościoła?
Biskupi bronili swego gestu, argumentując, że trzeba wybaczyć, bo jesteśmy chrześcijanami. Natomiast po rozczarowaniu, jakim była dla nich niemiecka odpowiedź, zdystansowali się od prośby o przebaczenie. W liście pasterskim na Wielki Post z lutego 1966 r. biskupi pytali, czy naród polski wyrządził narodowi niemieckiemu krzywdę, czy naród polski powinien prosić naród niemiecki o wybaczenie – i odpowiadali, że jednak nie.

Uczynili pół kroku w tył?
Tak. W gruncie rzeczy biskupi wycofali się wtedy z prośby o przebaczenie i więcej do niej nie wracali. Zwróćmy uwagę, że również w słynnym kazaniu, które prymas Wyszyński wygłosił podczas centralnych obchodów milenijnych w maju 1966 r. na Jasnej Górze, mowa jest tylko o przebaczeniu Niemcom. Prymas, stojąc w obliczu setek tysięcy ludzi i broniąc w swym kazaniu idei „Orędzia” – oraz broniąc Kościoła przed atakami władz – zapytał ludzi, czy gotowi są powtórzyć za nim: „wybaczamy!”. I ludzie powtórzyli.

Wróćmy do Kominka: skąd pomysł tego gestu?
Ks. Jan Krucina, wieloletni sekretarz Kominka, wspominał, że po powrocie biskupa z Rzymu zapytał go, dlaczego aż tak, dlaczego do tego stopnia. Kominek miał odpowiedzieć, że jeśli „Orędzie” miało nam wyważyć drzwi do Europy, to musiało być radykalne. „Letni” dokument nikim by nie wstrząsnął.

6 lutego 1966 r., przemawiając we wrocławskiej katedrze, Kominek mówił: „Kto zwalcza pojednanie narodu polskiego z narodem niemieckim – uderza w twarz polską rację stanu”. Krucina twierdził, że biskup powiedział to spontanicznie. I że w katedrze rozległ się aplauz.
To kolejny dowód, że pisząc list, Kominek kierował się także motywami politycznymi i swoją wielką wizją, iż trzeba wykonać radykalny krok, bo tylko radykalizm może przybliżyć Polskę na powrót do Zachodu, do Europy.

Świadkowie wspominali, że dużą rolę odegrał jeszcze jeden element: duch czasu, jak mówiono, czyli duch kończącego się wtedy Soboru Watykańskiego II.
Trudno dziś wyobrazić sobie w pełni ówczesne znaczenie Soboru. Oto biskupi polscy jadą do Rzymu, wyjeżdżają z ciasnego PRL-u, spotykają się z biskupami z całego świata. W Watykanie dochodzi do wielkiego procesu reformatorskiego w Kościele, powstają kolejne dokumenty, bardzo radykalne. Na tej fali ów chrześcijański radykalizm, zawarty w „Orędziu”, jest bardziej zrozumiały. Tym bardziej że zbliża się rok 1966 i Milenium, tysiąclecie chrześcijaństwa w Polsce, w kraju od kilku lat trwa ogłoszona przez prymasa „Wielka Nowenna”, mająca przygotować społeczność katolicką na tę rocznicę. Niby tylko na gruncie religijnym, ale już to jest odbierane przez władze jako konfrontacja... Z jednej strony kluczową rolę odegrała więc wizja polityczna i polityczna odwaga, a z drugiej strony radykalizm chrześcijański i duch dziejów: Sobór i Milenium.

Czy Kominek w ogóle napisałby to najsłynniejsze zdanie, czy posunąłby się daleko, gdyby przed 1965 rokiem nie znajdował w Niemczech partnerów do rozmowy?
Odpowiem wskazując na pewien szczegół: roboczą wersję listu, napisanego od razu po niemiecku, Kominek konsultował z Walterem Dirksem, działaczem katolickiej lewicy z RFN. Okazało się, że biskupi polscy – ludzie nie będący przecież zbyt „postępowi” – najszybciej znajdowali w Niemczech partnerów wśród, mówiąc brzydko, tamtejszej „katolewicy”.

Dlaczego tam?
Bo te środowiska w RFN były gotowe nie tylko nawiązać dialog, ale dialog na takich warunkach, które były do zaakceptowania przez Polaków. Wprawdzie od pewnego momentu również środowiska konserwatywne zaczęły dążyć do poprawy relacji z Polską, ale ich warunki były trudne do przyjęcia. Oni cały czas w sposób niedostateczny byli gotowi zmierzyć się z dziedzictwem III Rzeszy i równocześnie dość jednostronnie postrzegali winy Polaków – oczekując, że Polacy pierwsi posypią głowy popiołem, za np. powojenne wysiedlenie Niemców.

Badał Pan, jako historyk, właśnie kontakty między polskimi i niemieckimi katolikami przed 1965 r. Jak liczne one były?
Nie były liczne, ale za to bardzo intensywne, bo podejmowali je ludzie bardzo zdeterminowani, odważni, prawdziwi „boży szaleńcy”.

Takim „szaleńcem” był np. Günter Särchen, później współtwórca Akcji Znaki Pokuty w NRD, albo ks. Kurt Reuter, także z NRD, którego postać odkrył Pan i opisał kilka lat temu w „Tygodniku”...
...ale prócz „samotników” były też działania zorganizowane. Np. w 1964 r. była pielgrzymka członków ruchu Pax Christi z RFN do Auschwitz. Po stronie polskiej te inicjatywy robiły duże wrażenie i wywoływały dyskusje nad tym, czy Niemcy się zmieniają. Bo oto okazywało się, że ujawniają się tam potencjalni partnerzy. Oczywiście, nieliczni i dość jeszcze marginalni. Ale byli. A na Polakach wrażenie robił ich radykalizm.

Wiemy z relacji, że w latach 60. Kominek co chwila gościł kogoś z Niemiec w słynnym gabinecie na wrocławskiej Starówce. Był on dla Niemców jednym z głównych „adresów”.
I właśnie dzięki temu wiemy dziś, że idee, które zawarł w liście z 1965 r., nie pojawiły się nagle i spontanicznie, lecz dojrzewały od lat. Jest na to konkretny dowód. W 1960 r. grupa z ruchu Pax Christi postanowiła zorganizować pielgrzymkę pokutną do Polski. W planach mieli spotkanie z Kominkiem. Ale do pielgrzymki nie doszło, władze PRL odmówiły im wiz. Wtedy Kominek przesłał im pocztą tekst wystąpienia, które miał im wygłosić, by mogli się z nim zapoznać. Rzecz jasna, po niemiecku. Wysłał je do biura Pax Christi, a kopia trafiła do archiwum ruchu, dzięki czemu po latach z kolei ja mogłem się z nią zapoznać. To 10 stron maszynopisu. Porównałem go z „Orędziem”, powstałym 5 lat później. Okazało się, że w obu dokumentach jest dużo zbieżności. Kominek wykorzystał spore fragmenty tekstu z 1960 r., gdy pisał list do biskupów niemieckich. Widzimy więc, że pierwszą inspiracją, by podjąć głębszą refleksję i spisać ją, była niedoszła wizyta niemieckich chrześcijan z Pax Christi. To dowód, jak ważne były oddolne inicjatywy, choć dziś mogą wydawać się mało spektakularne.

A co z kontaktami między polskimi i niemieckimi biskupami? Dochodziło do nich przed Soborem?
Tak, biskupi kontaktowali się już wcześniej. Do spotkań, głównie w Rzymie, dochodziło od późnych lat 50. Z polskiej strony ich uczestnikami byli początkowo Wyszyński i Kominek. Oczywiście nie były częste i dopiero Sobór otworzył nieznane wcześniej możliwości, z których biskupi chętnie korzystali. W efekcie w 1963 r. mamy wspólną prośbę biskupów polskich i niemieckich do papieża o beatyfikację ojca Maksymiliana Kolbego, męczennika z Auschwitz. Była to pierwsza wspólna inicjatywa Kościoła polskiego i niemieckiego w czasach nowożytnych. A nie wiem, czy nie w ogóle... Pokazywała, że pewne stadium relacji zostało osiągnięte.

Jakie skutki miało „Orędzie” dla relacji PRL–RFN? Czy jest związek między nim a zawartym w 1970 r. traktatem, w którym rząd kanclerza Brandta akceptował granicę na Odrze?
Zdecydowanie był taki związek. Podkreślają to zresztą sami architekci nowej polityki wschodniej RFN, jak Egon Bahr. Ten bliski współpracownik Brandta często podkreślał, że bez inicjatyw kościelnych nie byłoby nowej „Ostpolitik”. Kolejny dowód to sondaże, obrazujące nastawienie zachodnioniemieckiej opinii publicznej w kwestii granicy na Odrze. Widać, że cezurą jest rok 1966: wtedy po raz pierwszy pojawia się w RFN więcej zwolenników niż przeciwników uznania granicy. A rosnąca społeczna akceptacja była przecież punktem wyjścia do tego, by nowa koalicja rządowa w Bonn, socjaldemokratów i liberałów, podjęła w ogóle temat zmiany polityki wschodniej.

Traf chciał, że na kilka tygodni przed „Orędziem” w RFN ukazało się tzw. Memorandum Wschodnie, wydane przez Radę Kościołów Ewangelickich (EKD), najważniejsze gremium ewangelików.
Powiedziałbym, że w Republice Federalnej to właśnie Memorandum Wschodnie – postulujące potrzebę nowej polityki wobec Europy Wschodniej – było tym kamieniem, który wywołał lawinę: gwałtowną debatę publiczną, także o granicy z Polską. Memorandum Wschodnie było tu ważniejsze niż wymiana listów między katolickimi Episkopatami, tym bardziej że odpowiedź niemieckich biskupów na „Orędzie” była w najtrudniejszych sprawach wymijająca.

Podobno Kominek był nią bardzo rozczarowany.
Oceniając niemiecką odpowiedź przez pryzmat wielkości gestu, jakim był polski list, można zrozumieć jego ogromne rozczarowanie. Zresztą rozczarowanie to miało miejsce nie tylko wtedy, w 1965 r., ale również później, gdy po podpisaniu traktatu RFN–PRL w Niemczech trwała ostra debata, ciągnąca się przez dwa lata, aż do ratyfikacji traktatu przez parlament RFN w 1972 r. W tym czasie polscy biskupi ciągle naciskali na biskupów niemieckich, aby ci aktywniej włączyli się w tę dyskusję i poparli granicę na Odrze. Ale biskupi niemieccy nabrali wody w usta.

Jak przyjmował to prymas Wyszyński, który w 1965 r. zaufał Kominkowi?
Także on był niezwykle rozczarowany postawą niemieckich biskupów. Znany jest jego poufny wtedy list z 1970 r. do kardynała Juliusa Döpfnera, przewodniczącego niemieckiego Episkopatu. Prymas pisze, że teraz, po 5 latach, musi otwarcie stwierdzić, iż niemiecka odpowiedź go rozczarowała, i krytykuje Episkopat Niemiec, że nie poparł granicy na Odrze. Prymas apeluje do Döpfnera, błagalnie, niemal natarczywie, by Kościół niemiecki zmienił linię. Döpfner odpowiedział mu, także listownie, że niemieccy biskupi nie chcą się włączać w „polityczną polemikę”.

Jakie przyczyny zaważyły na tak daleko idącej powściągliwości niemieckich biskupów? Nie zależało im na pojednaniu z Polską?
Myślę, że im zależało, tyle że byli oni zwolennikami innej strategii niż ta, którą zaproponowali polscy biskupi. Zderzyły się tu dwa pomysły na pojednanie: romantyczny z pozytywistycznym. Polscy biskupi sięgnęli po wielki, niezwykły gest, nie zadając sobie trudu, by przygotować na to społeczeństwo. To była słaba strona ich pomysłu. I późniejsze kłopoty polskiego Kościoła nie wynikały tylko z powściągliwej niemieckiej odpowiedzi i agresywnej komunistycznej propagandy, ale też z tego prostego faktu, że „Orędzie” spadło na polskich katolików, poddanych od lat działaniu komunistycznej propagandy i przepełnionych resentymentami, jak grom z jasnego nieba. Stąd tak wielkie oburzenie, nawet wśród ludzi bardzo wiernych Kościołowi.

Niemieccy biskupi wiedzieli, że i ich „owczarnia” nie jest przygotowana na radykalną rewizję kursu wobec Polski. Zdawali sobie sprawę, że jeśli poprą granicę na Odrze, wywoła to gwałtowne protesty ze strony sporej części katolików. Widzieli, jakie emocje wywołało Memorandum Wschodnie, w Kościele ewangelickim doszło wtedy do wielkich tarć i napięć, do fali wystąpień z Kościoła. Uważali, że nie ma sensu prowadzić Kościoła katolickiego tą samą drogą. Wybrali strategię małych kroków, powolnej przemiany postaw niemieckich katolików.

Wróćmy do roku 1965 i reakcji społecznych w Polsce na „Orędzie”. Na początku był powszechny szok i oburzenie na biskupów. Potem dopiero, w ciągu kilku miesięcy, narastała akceptacja. Co było przyczyną tej zmiany? Czy ludzie przyjęli przesłanie „Orędzia”, czy też był to odruch: skoro władze atakują Kościół, trzeba go bronić?
Jedno i drugie. Na pewno ostre ataki na Kościół spowodowały reakcję obronną. Ale do tego dochodzi inna kwestia: strategia obronna, jaką Kościół zaczął realizować gdzieś od początku 1966 r. W tym czasie wielu polskich biskupów wypowiadało się na temat „Orędzia” wobec wiernych. Do tego doszedł wspomniany list na Wielki Post, w którym biskupi zdystansowali się od prośby o przebaczenie, co najbardziej oburzało ludzi. Być może jakąś rolę w zmianie nastrojów odegrało też stanowisko polskich rozgłośni nadających z Zachodu. Bo skoro w środowiskach emigracyjnych prowadzono żywą debatę o „Orędziu” i generalnie popierano biskupów, to taki pozytywny komunikat mógł iść do Polski także przez Radio Wolna Europa, BBC czy Głos Ameryki. Ale to tylko hipoteza, bo chyba nikt tego problemu jeszcze nie badał.

Tak czy inaczej, komuniści przesadzili z atakami na Kościół?
Z ich perspektywy zadziałali właściwie, bo biskupi pierwszy raz od 1945 r. ewidentnie się „podłożyli”. Komuniści po 1945 r. zwalczali Kościół, ale nigdy nie udało im się znaleźć tematu, którym mogliby „pogrążyć” polską hierarchię w oczach społeczeństwa. A tu nagle biskupi przebaczają i proszą o przebaczenie – w sytuacji, kiedy miliony Polaków pamiętają jeszcze, co stało się przed 20 laty, i odczuwają silną traumę. Grzechem byłoby nie skorzystać... Ale biskupi przystąpili do mądrej obrony, zaczęły się obchody Milenium, górę nad wzburzeniem wzięło przywiązanie do wiary i Kościoła. Naród, mówiąc językiem Wyszyńskiego, koniec końców opowiedział się po stronie swoich pasterzy.

Czy mamy natomiast jakieś przesłanki, aby ocenić, na ile to opowiedzenie się wynikało także z przekonania, że idea listu jest słuszna?
Trudno to ustalić, nie mamy po temu narzędzi. Można jedynie spekulować, że jeśli ludzie byli przywiązani do wartości chrześcijańskich, do Kościoła, a realia PRL-u potęgowały to przywiązanie, to chyba zdawali sobie sprawę, że nie można codziennie odmawiać „Ojcze nasz”, ze słowami „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, a równocześnie negować tego kroku biskupów.

Pytam o to, bo patrząc na historię XX wieku, list ten był, być może, jedynym momentem, gdy gest dokonany przez ludzi religii odegrał taką rolę polityczną.
Chyba rzeczywiście nie ma drugiego takiego dokumentu, patrząc na całą Europę. To nie przypadek, że dziś odwołuje się do niego tak wielu, również spoza Polski i Niemiec. Wielu historyków twierdzi, że był to może najistotniejszy dokument w powojennej historii relacji polsko-niemieckich.

I czy to nie kampania władz PRL wyostrzyła jego przesłanie?
Nie wiadomo, na ile list do biskupów niemieckich zaistniałby w powszechnej świadomości Polaków, gdyby nie nagonka ze strony władz na Kościół. Wtedy dopiero wszyscy zaczęli mówić o liście. W efekcie, jak wiemy z różnych źródeł, dla wielu Polaków był to moment, gdy poczuli się zmuszeni, by zmierzyć się z tą tematyką, również z własnymi doświadczeniami biograficznymi. Tak więc rzeczywiście, paradoksalnie, to komuniści swoimi atakami przymusili społeczeństwo i Kościół do refleksji na temat relacji polsko-niemieckich. I zapewne wielu Polaków uświadomiło sobie wtedy, że nie można pielęgnować w sobie nienawiści – nawet jeśli nie brała się znikąd.

A czy po stronie władz nie było refleksji, że „Orędzie” może im pomóc, choćby przybliżając uznanie przez Bonn granicy na Odrze?
Niewątpliwie władze PRL miały tu dylemat. Z jednej strony poprawa relacji z Niemcami Zachodnimi, w tym uznanie granicy, była ich celem. Z drugiej ich celem było też zniszczenie Kościoła, a wszystko, co wspierało jego autorytet, działało na ich niekorzyść. Zatem gest, który Kościół wykonał na arenie międzynarodowej wobec Niemców, reprezentując tu poniekąd naród, komuniści musieli odebrać jako cios – w ich autorytet i w aspirację, że tylko oni mają prawo reprezentować Polskę za granicą. Musieli więc zareagować.

Inna sprawa, że ich kampania stała się możliwa w takim natężeniu tylko dlatego, że odpowiedź niemieckich biskupów była tak zachowawcza. Gdyby poparli oni granicę na Odrze, mielibyśmy inną sytuację. Ale o tym już mówiliśmy.

W wydanej dziesięć lat temu książce o „Orędziu”, której był Pan współautorem, znalazł się też wywiad z kard. Alfonsem Nossolem. Mówił on, że gdyby nie „Orędzie”, 13 lat później nie byłoby papieża Polaka. Czy to nie zbyt daleka interpretacja?
Ująłbym to nieco inaczej: Karol Wojtyła zapewne nie zostałby papieżem, gdyby wcześniej, w latach 60. i 70., nie było różnych gestów pojednania polsko-niemieckiego, w tym „Orędzia”. Mamy relacje potwierdzające, że podczas konklawe w 1978 r. o wyborze Wojtyły zdecydowały w dużym stopniu głosy niemieckich kardynałów. A przecież gdyby między biskupami polskimi i niemieckimi panowała wtedy nadal taka „epoka lodowcowa” jak w latach 50., to trudno sądzić, aby niemieccy kardynałowie poparli kardynała z PRL-u.

Warto dodać, że w latach 70., po tym, jak zniknął problem granicy, nastąpiła wielka intensyfikacja w relacjach polsko-niemieckich, także między Kościołami. Wtedy też zaczyna się mocne wsparcie materialne Kościoła niemieckiego dla Kościoła polskiego. Kardynał Wojtyła, który uczestniczył aktywnie w tych kontaktach z Niemcami, szedł tu drogą przetartą przez Kominka, wtedy już nieżyjącego – arcybiskup Wrocławia zmarł w 1974 r.

Gdy więc we wrześniu 1978 r. Wojtyła i Wyszyński pojechali do Niemiec Zachodnich, na zaproszenie niemieckiego Episkopatu, szlak był już wytyczony. Obaj byli wtedy witani w RFN wręcz owacyjnie, przez tłumy niemieckich katolików. Także ta wizyta, podczas której Wojtyła i Wyszyński mówili nie tylko o przeszłości, ale też o przyszłości Europy, nie była bez znaczenia. Wiemy, że zrobiła wrażenie na gospodarzach. A wkrótce potem zmarł papież Jan Paweł I – i zaczęło się konklawe... ©℗

Dr ROBERT ŻUREK jest historykiem i teologiem, zajmuje się głównie stosunkami polsko-niemieckimi i historią Kościoła w epoce totalitaryzmów. Od 2013 r. kieruje wrocławskim Oddziałem Instytutu Pamięci Narodowej.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]