20 listopada 2025 r. przypada setna rocznica śmierci Stefana Żeromskiego, więc Sejm RP przyjął specjalną uchwałę ogłaszającą go patronem tego roku. Miałoby to może jakieś znaczenie dawniej, gdy podtrzymywano dobrą i skuteczną praktykę dedykowania jednego roku jednej osobie. Tę jednak zdewastowali kulturalni lobbyści i słuchający ich politycy, rozmnażając oficjalne patronaty do takiej liczby, że większość nie ma znaczenia.
Żeromski znalazł się więc w tłumie ustanowionych przez Sejm i Senat multipatronów i zniknie w nim tak samo jak Hłasko, Wierzyński i Wańkowicz w roku 2024. A już na pewno nikt, może poza garstką „osterwiuszy” i kilkoma historyczkami teatru, nie będzie pamiętał, że 27 lutego 2025 r. przypada też setna rocznica premiery najgłośniejszego dramatu Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka”. Wystawił go w Teatrze Narodowym jego ówczesny dyrektor Juliusz Osterwa, który też zagrał główną rolę – docenta fizyki Edwarda Przełęckiego.
Tymczasem ta właśnie rocznica mogłaby stanowić punkt wyjścia dla naprawdę ważnej i potrzebnej rozmowy o społecznym sensie istnienia grupy, którą w zapomnianym dziś języku nazywano „inteligencją twórczą”, oraz o tym, czy i do czego potrzebna jest tworzona przez nią kultura.
Zastanówmy się nad tym, gdzie dziś jest kultura, ludzie ją tworzący i my razem z nimi. A może osobno?
„Uciekła mi przepióreczka”, czyli aktywizacja kulturowa środowisk zmarginalizowanych
Nie wiem, czy Żeromski pisał „Przepióreczkę” jako ideowy testament, czy raczej odczytano ją tak dopiero po jego śmierci. Jestem natomiast pewien, że pisał ją dzięki i dla Juliusza Osterwy, który też uczynił z niej dramat inteligenckiej i kulturalnej misji, grany z wiarą i uporem w całej Polsce przez ponad dwadzieścia lat. Podobno gdy Osterwa przeczytał tę sztukę, upił się ze szczęścia. Wystawił ją też z najlepszą obsadą, jaką mógł wtedy znaleźć: tłum wiekowych gwiazd w roli profesorów, uwielbiana kiedyś Tekla Trapszo jako księżniczka Sieniawianka, genialny Stefan Jaracz jako Smugoń i on sam, pan Juliusz – w swojej roli życia. Tylko dla Doroty Smugoniowej nie bardzo mógł dobrać odpowiednią wykonawczynię…
Sztuka Żeromskiego to doprawdy karkołomna konstrukcja: manifest etycznej służby innym i dramat postaw społecznych rozegrany jako popis wirtuozerskiej gry utrzymanej w tonie właściwie… komicznym. Jej bohater to ideowy zapaleniec realizujący z powodzeniem program regionalizmu, czyli – jak byśmy dziś powiedzieli – „działania na rzecz wyrównywania szans przez wzmocnienie poziomu edukacji oraz aktywizację kulturową środowisk zmarginalizowanych”. Brzmi bardzo znajomo, prawda?
Przełęcki zorganizował we wsi Porębiany kurs dla nauczycieli szkół ludowych, który prowadzą jego koledzy, wybitni profesorowie uniwersyteccy, i planuje założenie w ruinach miejscowego zamku stacji naukowej. Ma charyzmę i nieodparty urok, który sprawia, że zakochane w nim osoby robią to, co proponuje. Dobrze wie, że idą za nim dla niego, a nie dla idei, ale po mistrzowsku gra na całej gamie utajonych pragnień, fantazji i ambicji, by realizować program, w który wierzy. Jest naprawdę gotów na wszystko. Także na rezygnację z miłości i publiczne samooczernienie. Za cenę utraty dobrego imienia i marzenia o szczęśliwej miłości umacnia zagrożone zniszczeniem przedsięwzięcie, które zainicjował.
Przewodni motyw „Przepióreczki” to dobrze znane z twórczości Żeromskiego przekonanie o konieczności poświęcenia szczęścia osobistego na rzecz całkowitego oddania się służbie ludziom wykluczonym i pozbawionym podstawowych praw i dóbr. Sztandarowym uosobieniem tego modelu jest oczywiście doktor Tomasz Judym. Ponowne wykorzystanie tego motywu w dramacie z roku 1925 już na premierze nie wywołało powszechnego entuzjazmu (choć przedstawienie odniosło ogromny sukces). Przełęckiego oskarżano, że jest pięknoduchem, który postępuje według wydumanego i oderwanego od rzeczywistości aksjomatu absolutnej czystości etycznej, podczas gdy realne działanie zawsze pociąga za sobą konieczność zawierania mniejszych lub większych kompromisów.
Mimo tych ataków i odczuwanej już w roku 1925 anachroniczności sztuki Osterwa grał „Przepióreczkę” niemal nieustannie, objeżdżając z nią do wybuchu drugiej wojny światowej ziemie II RP. Wrócił też do niej natychmiast po zakończeniu wojny, wystawiając ją i występując jako Przełęcki w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie już 19 lutego 1945 r. Po tym właśnie przedstawieniu sztukę zaatakował ostro młody orędownik nowego systemu, Jan Kott.
W duchu nadchodzącej kultury i polityki społecznej Kott oskarżył Żeromskiego, że sam projekt społeczny jest mu obojętny, bo tak naprawdę „najważniejszą sprawą jest wewnętrzna czystość jednostki”. A współczesnym (czytaj: nastającej władzy) nie o jakieś wydumane wartości wewnętrzne i duchowe chodzi, lecz o skuteczną realizację konkretnych zadań. Kott wołał: „gardzimy wewnętrznym samouwielbieniem. Dostatecznie drogo płaciliśmy za czyny fałszywych bohaterów, którzy gotowi są zawsze poświęcić wszystko i wszystkich, aby ratować wyimaginowaną czystość wewnętrzną”. I kończył swój atak zdecydowanym stwierdzeniem: „Uciekła nam »Przepióreczka« na zawsze”.

Widowisko, któremu daliśmy się omotać
Osterwa niezłomnie bronił Żeromskiego i jego dramatu. W prywatnych zapiskach polemizował z Kottem, odrzucając tezę, że w „Przepióreczce” chodzi o ofiarnictwo. Widział w niej natomiast zdramatyzowany wzorcowy model działania, które wymaga wyrzeczenia się doraźnych i osobistych korzyści jako koniecznego warunku realizacji zamierzeń przekraczających horyzont jednostkowego istnienia.
Dwadzieścia lat temu napisałem niewielki esej dotyczący polemiki między Kottem a Osterwą, w którym stawałem po stronie tego ostatniego, dostrzegając w jego interpretacji projekt kultury zaangażowanej społecznie. Stawiałem też tezę, że największą bolączką polskiego życia społecznego jest zamknięcie się obywateli w kręgu troski o sprawy osobiste: „Życie publiczne (…) zdominowane jest przez ludzi nie cieszących się ani szacunkiem, ani sympatią. Nie widać żadnych oznak zmiany, żadnych nowych, prawdziwie ideowych partii czy stronnictw. Narzekamy na marny teatr polityki i na jego coraz gorszych aktorów, ale zarazem nie robimy nic, by ich zmienić (czytaj: zastąpić). Dlaczego? Ano dlatego, że zajmujemy się swoim życiem, a »swoje życie« nie ma w naszym przekonaniu nic wspólnego z życiem społecznym. Nielogiczność takiego rozumowania jest tak oczywista, że milkną wobec niej wszystkie zarzuty kierowane pod adresem nieszczęsnego docenta Przełęckiego. Bohater »Przepióreczki« wydaje się o wiele mądrzejszy od swoich współczesnych odpowiedników, gotowych uciec przy pierwszej lepszej okazji tam, gdzie lepiej płacą. I jeśli dziś nie gra się dramatu Żeromskiego, to dzieje się tak nie dlatego, że »Przepióreczka« nam uciekła, ale raczej dlatego, że my uciekamy przed nią, że usilnie staramy się nie zadawać sobie pytań o naszą osobistą odpowiedzialność za życie zbiorowości”.
Nie ukrywam, że zdumiała mnie aktualność, jaką zachowały te diagnozy mimo upływu dwudziestu lat. Co jednak naprawdę zdumiewające, byłem wtedy optymistą! Wydawało mi się, że słyszę kroki tłumu osób ruszających w pościg za „przepióreczką”, czyli za sztuką i kulturą skutecznie zwalczającymi „totalne uprywatnienie” i wzmacniającymi osoby podejmujące wielkie projekty społeczne i ideowe. Nie pamiętam już dokładnie, ale chyba wydawało mi się nawet, że na wznoszącej się od końca XX wieku fali „nowego teatru” możliwe będzie rzeczywiste wymyślenie i zainicjowanie alternatywnych wobec neoliberalizmu wzorców życia zbiorowego i indywidualnego. W końcu gdzie miałoby to nastąpić, jeśli nie w kraju Solidarności?
Tekst zatytułowany „A ja za nią nieboraczek boso…” ukazał się w „Dialogu” z września 2004 r. Trzy miesiące wcześniej umarł Jacek Kuroń. Równo rok potem odbyły się wybory parlamentarne, po których doszło do spektakularnego rozpadu oczekiwanej koalicji o znamiennej nazwie POPiS. I zaczął się trwający do dziś dramat, przy którego efektach życie zbiorowe i polityczne roku 2004 wydaje się kwitnące.
Wtedy wszak jeszcze dyskutowaliśmy serio o kształcie państwa oraz wartościach przez nie i przez nas realizowanych. Dziś ekscytujemy się miejscem pobytu byłego wiceministra i sprawą zatrudnienia żony rektora, a za chwilę znów damy się wkręcić w trzepakowe bójki o to, kto więcej obieca, by dostać się do wnętrza pałacu, w którym żadnej z tych obietnic nie da się zrealizować.
Nie ma co owijać w bawełnę: daliśmy się ogłupić i omotać odgrywanemu od dwudziestu lat widowisku rzekomej różnicy, które nie przedstawia żadnej realnej alternatywy dotyczącej pytań naprawdę ważnych – o sposób i sens życia. Daliśmy się i dajemy omotać, bo przecież dobrze wiemy, że to widowisko nie ma związku z tym, czym naprawdę żyjemy i jak odpowiadamy na wyzwania, także te związane z pytaniami o sens.
Totalna prywatyzacja życia ma bowiem tę zaletę, że osobiste ze zbiorowym przecina się tylko wyjątkowo. Zmiana ustrojowa roku 1989 w istocie nie zmieniła tego, czegośmy się wszyscy nauczyli przez lata PRL-u – zasad względnie bezkolizyjnej koegzystencji osobistego i zbiorowego, dzięki którym prawie cała Polska żyje w swoje chacie, która od wieków jest tu na właściwym sobie miejscu – z kraja.
Walka z romantyzmem
Docent Edward i jego twórcy chcieli oczywiście czegoś innego. Chcieli społeczeństwa żyjącego etycznie, to znaczy – prawdziwie wartościowo, w którym celem nadrzędnym nie będzie interes i zysk indywidualny, ale dobra, o jakich najchętniej dziś milczymy, nie tylko dlatego, że słów je oznaczających za często używano do ograniczenia naszej wolności, narzucania dogmatów i wymuszania niechcianej ortodoksji.
Juliusz Osterwa bez żadnego zażenowania używał w swoim codziennym pisaniu słów „prawda” i „piękno”, a nawet „duch” (on oczywiście pisał je bez cudzysłowu i wielkimi literami). Nie miał też chyba żadnych wątpliwości, że celem twórczości artystycznej i wszelkiej działalności kulturowej nie jest kariera (tę zrobił i kopnął z pogardą przy pierwszej okazji), ale – uwaga, użyję słów doprawdy niedzisiejszych – życie duchowe i zbawienie. Niektórzy wciąż jeszcze pamiętają: „teatr stworzył Bóg dla tych, którym nie wystarcza kościół”. Jednak nawet ci, którzy te słynne niegdyś słowa powtarzają, niekoniecznie biorą je na serio. A Osterwa nie tylko na serio je zapisywał, ale też na serio według nich działał, będąc nieodrodnym, choć żyjącym już w zupełnie innym świecie, dziedzicem romantyzmu z jego nastawieniem na wartości duchowe i pytania największe.
No właśnie – romantyzm to być może sedno problemu, który próbuję tu osaczyć. Niby pogrzebany już pod koniec ubiegłego stulecia przez Marię Janion (i nie tylko), ale powracający na Krakowskim Przedmieściu w każdą smoleńską miesięcznicę – stanowi przedmiot egzorcyzmów podejmowanych nieustannie w głównych nurtach polskiego życia kulturalnego i intelektualnego. Są to przy tym najczęściej egzorcyzmy milczenia, a nie – jak w latach 60. i 70. – szyderstwa lub bluźnierczej profanacji. Wiele bardzo wybitnych osób uznało, że najlepiej walczyć z romantyzmem, omijając go szerokim łukiem. Romantyzm uznany został za niebezpiecznie anachroniczny, a wszelkie jego praktykowanie – za zupełnie niepraktyczne.
Wartości i cele przekraczające doraźność
I właśnie tu, jak sądzę, powrót po stu latach Przełęckiego, Osterwy i Żeromskiego nie byłby tylko jubileuszowym pretekstem dla sprytnie wymyślonego grantu.
Wszyscy oni – przy wielu rozmaitych błędach, ograniczeniach i uwikłaniu w historyczne, a dziś zupełnie nieaktualne schematy (najbardziej oczywiste wiążą się z pozycją i rolą kobiet) – podejmowali wszak w zupełnie nieromantycznym świecie trud podtrzymania fundamentu postawy romantycznej – generalnego nastawienia nie na doczesne korzyści, zyski i przyjemności (jakkolwiek byłyby im one miłe), ale na wartości i cele przekraczające horyzont „mojego życia” i „moich spraw”. Jak je określano, to już inna rzecz – sposoby te są historycznie zmienne i by nie ulec groźnym nieporozumieniom, nie należy zbytnio przywiązywać się do słów.
Sprawą naprawdę ważną jest owo podstawowe nastawienie. Nie ma go w polityce, dla której nawet horyzont kadencji okazuje się już za krótki. Nie ma go oczywiście w ekonomii – sferze rzeczywistej władzy, która z zasady nie zadaje zabójczego dla kapitalizmu pytania: po co? Nie ma w masowym przemyśle kulturowym, który żyje z recyklingu produktów o krótkim terminie przydatności do spożycia. Jest oczywiście w religii, która wielu osobom, także niewierzącym, wydaje się bezcenna właśnie z tego względu, że potrafi mobilizować ludzi do wysiłków przekraczających logikę doraźności.
Ale religia jest też przestrzenią systemowej władzy, w której – co w Polsce widać wyraźnie – nie tak ważne jest nastawienie, ale jego skanalizowanie w dogmat podany do wierzenia i błyskawicznie sprowadzany do katechizmowego banału przekładanego na policyjne zarządzanie ludzkimi sprawami.
Osterwa wiedział, co pisze, formułując swój paradoks o teatrze i dodając dwa zdania dalej, że to w nim „podaje się obiektywną, subtelną Prawdę o Bogu” i tu „ukazują się drogi ku kresom Tęsknoty”. Wielkie słowa pisane dużą literą, ale potrzeba konkretna: pozadogmatyczne poznanie tego, co nas – indywidualnych, nieuchronnie żyjących ku śmierci – przewyższa i przekracza, a zarazem odpowiada na niewypowiadalną słowami tęsknotę za życiem, które zawsze jest gdzie indziej. To jest potrzeba, której zaspokojenie stanowiło właściwe i szczególne zadanie kultury i sztuki, jak sobie je wyobrażała i stwarzała polska tradycja romantyczna, która przez dwieście lat tworzyła podstawy indywidualnego i zbiorowego życia rodzimego.
Żeromski jak może nikt widział jej ciemne strony, ograniczenia, przemoc, z jaką wyciskała swoje piętno na życiu poszczególnych osób. Ale też widział i w „Przepióreczce” jeszcze raz rozegrał niezbywalną według niego konieczność wierności wobec jej istoty – nastawienia na wartości i cele przekraczające doraźność.
Pytanie, które w stulecie premiery jego dramatu trzeba sobie zacząć na serio zadawać, brzmi: czy bez tego nastawienia jest możliwe stworzenie czegoś więcej niż udany projekt, frapujący koncept, „interesujące wydarzenie”? Czy to nie owo nastawienie decyduje o istotnej, a nie tylko przygodnej potrzebie kultury, która lubi otulać się przymiotnikami, zastępującymi wstydliwe dziś „wyższa”? I jeszcze: czy na pewno bez niego owa kultura jest Polakom tak bezwzględnie potrzebna, jak lubi o sobie mówić?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















