Zaczyna się tak: wiedźmin siedzi w domu wójta, związany. Mają mu wymierzyć karę dwudziestu batów i wygnać. Nieoczekiwanie jednak nadchodzi ratunek. Obrotny przedsiębiorca załatwia uwolnienie wiedźmina, bo zamierza zatrudnić go do ochrony przy budowie drogi. Biznes wygrywa z lokalną władzą.
Ledwo jednak zdążą wyjść przed wójtową chatę, gdy na podwórze zajeżdża oddział konnych. Władza centralna interweniuje, żądając natychmiastowego powieszenia wiedźmina.
Stryczek już zarzucony na gałąź i wygląda na to, że tym razem Geralta nic nie uratuje, kiedy nagle robi się dziwnie cicho. „I jakby powiało czymś zimnym. Na majdan, zza stodół, wolniutko wkroczył kary, smoliście czarny koń. Niósł jeźdźca”. W tle pobrzmiewa Ennio Morricone.
Kim jest tajemniczy przybysz, którego zląkł się cały oddział zbrojnych? To wróg czy przyjaciel? I czego chce od Geralta? Bo przecież trudno uwierzyć, by w przeżartym cynizmem świecie ktoś wyświadczył obcemu bezinteresowną przysługę...
A to tylko pierwsze pięć stron „Rozdroża kruków”, wydanej właśnie najnowszej części sagi Andrzeja Sapkowskiego o wiedźminie.
Dziki Wschód
Główny bohater, Geralt z Rivii to rocznik 1986 (pierwsze opowiadanie o wiedźminie ukazało się na łamach „Fantastyki” 38 lat temu). Należy więc do pokolenia milenialsów, co w Polsce oznacza przede wszystkim – pokolenie dzieci transformacji.
Chodziłby do klasy rok niżej ode mnie, najwcześniejsze wspomnienia miałby jeszcze z okresu PRL, w podstawówce śpiewałby rymowanki o Wałęsie, a potem znalazłby się wśród pierwszego rocznika bojem testującego gimnazja (zaiste, wyzwanie godne prawdziwego herosa!). W wieku nastoletnim odkryłby internet na wielkim szarym komputerze. W szkole snułby fantazje o podboju świata, a wchodząc na rynek pracy boleśnie zderzyłby się z realiami światowego kryzysu gospodarczego.
Kluczowe wydarzenia z jego dzieciństwa i młodości przypadłyby więc na czas, który Michał Przeperski opisuje w książce „Dziki Wschód”. Pomysł tego autora polega na tym, by zamiast myśleć oddzielnie o dekadach lat 80. i 90., a w roku 1989 dostrzegać koniec pewnego rozdziału (i początek nowego), spojrzeć na transformację jako na proces, którego pierwsze częściowo wolne wybory były punktem kulminacyjnym. Jeśli te ramy czasowe rozszerzylibyśmy nieco, by obejmowały całe lata 90. (a są do tego niezłe przesłanki!), to dostalibyśmy idealnie okres powstawania wiedźmińskiej sagi. Od debiutu w 1986 r. po tom „Pani Jeziora”, który ukazał się w 1999 r.
Oznacza to, że wiedźmin dorastał i kształtował swoją tożsamość wraz z przebiegiem ustrojowej transformacji. Czyni go to bohaterem okresu przejścia lub – jeśli wolimy myślenie w kategoriach przestrzeni – bohaterem pogranicza.
W typowy dla polskiej fantastyki sposób świat Sapkowskiego zawsze był metaforą Polski. W latach 80. symbolizował nasze niemożliwe do zrealizowania tęsknoty. Należał do nurtu literatury eskapistycznej, przenosząc czytelników w królestwa pełne elfów, niziołków i potworów. Po 1989 r., a zwłaszcza w drugiej połowie lat 90., wiedźmin stał się z kolei ikoną naszej zbiorowej nadziei; częścią fali, którą Przeperski nazywa „rewolucją aspiracji”. Przez tę jedną niezwykłą dekadę po roku ’89 wierzyliśmy, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Że w Łodzi może się narodzić nowy Tolkien, że nad Wisłą możemy mieć Paryż, Oksford, Rivendell, albo nawet i Hollywood.
Film „Wiedźmin” z 2001 r. wyznacza symboliczny moment ostatecznego rozczarowania. Pamiętam, jak wraz z kolegami z klasy łapczywie polowaliśmy na każdą informację o powstającej produkcji. Do ostatniej chwili wierzyliśmy, że to będzie nasz polski „Władca Pierścieni”. W kinowej sali, z zażenowaniem patrząc na przerażająco nieudanego złotego smoka, przeżyliśmy bolesne zderzenie z rzeczywistością. Okazało się, że jednak nie wszystko jest w Polsce możliwe.
Pewne aspekty tego rozczarowania zostały z moim pokoleniem na zawsze. 20 lat później już nie fantazjujemy o polskim filmie na miarę trylogii Petera Jacksona. Pogodziliśmy się z tym, że – przynajmniej na razie – globalna produkcja filmowej popkultury ma jedno centrum i nie leży ono nad Wisłą. Zostają nam małe radości, jak te, gdy naszego wiedźmina odkrył i ożywił Netflix. No i oczywiście nowe media. Bo świat gier komputerowych rządzi się innymi prawami i tu, jak się okazało, możemy rzucić wyzwanie nawet największym. Ale to już materiał na inną sagę.
My zaś wróćmy do wiedźmina i transformacji.
Świat na rozdrożu
Bohater staje na rozstajnych drogach. Jedna z nich prowadzi ku zemście, rozpoczynając niekończący się cykl eskalacji przemocy. Na końcu drugiej leży prawo. Dar bogini dla Ateńczyków cenniejszy nawet niż drzewko oliwne: rezygnacja z zaspokojenia gniewu i oddanie monopolu na przemoc w ręce władzy.
Oto fabuła „Orestei” – cyklu mitologicznego, który zainspirował m.in. Ajschylosa. I fabuła „Rozdroża kruków”. Uniwersalny mit każdego pogranicza i każdej transformacji. Opowieść o przejściu od chaosu do kosmosu.
Z tego punktu widzenia wiedźmin jest bohaterem westernowym. W ten sposób sam Sapkowski opisywał ów model w swoim studium na temat fantasy – „Rękopisie znalezionym w smoczej grocie”: herosi pogranicza są „produktami amerykańskiej kultury masowej, tak wyraźnej choćby w owej kultury egzemplifikacji najbardziej znanej – westernie. (...) Przede wszystkim westernowy superman, zgodnie z nazwą, jest »nad«. Jest nad prawem, nad społeczeństwem, nad wszystkim. Szeryf, waląc kolbą w drzwi, woła w westernach – jakże znamiennie – Open the door, I am the law! Sprawiedliwość, której próżno jednak oczekiwać od czynników oficjalnych, wymierzają za pomocą swych koltów Doc Holliday, Ringo i John Wayne w setkach swych filmowych wcieleń i to przed nimi, przed supermanami, drży Wszechmocne Zło, tylko supermanów Zło się lęka”. Nie przypadkiem ikoną Solidarności, zza oceanu wspieranej przez Ronalda Reagana, stał się szeryf.
„Rozdroże kruków” zabiera nas ponownie w ten westernowy świat sprywatyzowanej przemocy i silnych ludzi, biorących sprawiedliwość we własne ręce. Jak na echo sagi czasów transformacji przystało, ten stary świat przecina się ze światem nowym – światem prawnego porządku i związanej z nim stabilności.
Jak refren powracają więc w nowej powieści Sapkowskiego słowa pewnego mądrego niziołka kowala: „Niechaj każdy swego pilnuje. Jego, kowala, rzecz to kowadło i młot. Wiedźmina rzecz to zabijać potwory. A karanie za przestępstwa to rzecz starosty i sądów”. Esencją tej sentencji jest właśnie mądrość „Orestei” – rezygnacja z prawa do zemsty na rzecz stabilności porządku społecznego. Wątek ten w kunsztowny sposób powtarza się w „Rozdrożu kruków”. Raz jako główny temat książki, drugi raz w najbardziej chyba udanej nowelce wchodzącej w skład nowego tomu przygód Geralta – nowej wersji historii Romea i Julii. Zwaśnione rody uwięzione w spirali zemsty ocalić może miłość dwojga kochanków, a tych, z kolei, ocalić może Geralt.
Prorocy apokalipsy
A teraz zwrot akcji. „Rozdroże kruków” jest zaskakująco aktualne, bo pytanie o relację prywatnej walki do państwowego monopolu na przemoc znów staje się ważne, tak jak w dekadzie przełomu. Tyle tylko, że odwrotnie.
Między 1986 a 1999 rokiem mieliśmy do czynienia ze światem chaosu, na którym stopniowo wyrosnąć miał jakiś porządek. Był to więc mit westernu opowiedziany „we właściwym kierunku”. Od samowoli i pozaprawnej aktywności w „państwie upadłym”, przez krystalizujące się instytucje pogranicza, aż po stabilne „normalne państwo”. Szeryf był tu bohaterem odchodzącym do przeszłości i świadomym swego przemijania (bardzo typowy dla fantasy motyw!).
W 2024 r. nastroje społeczne są zupełnie inne. Ledwo część z nas uwierzyła, że żyjemy w zwyczajnym państwie, ledwośmy poczuli stabilność i porządek – a tu nagle zaczyna się rozpad. Wojna u granic, widmo katastrofy klimatycznej, kryzys migracyjny...
Rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastują klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Nie dziwne więc, że do władzy dochodzą prorocy chaosu w rodzaju Donalda Trumpa, snujący fantazje o reprywatyzacji przemocy. „Państwo nas nie obroni, pora znów przekuć lemiesze na miecze”. Oto mit, który ożywia literaturę postapokaliptyczną – bardzo, skądinąd, do westernu podobną, lecz czasy „normalności” opisującą nie jako pożądane, lecz jako utracone.
Choć zatem wiedźmin pozostał ten sam, my dziś jesteśmy inni, inaczej go czytamy. Milenialsów opisuje się często w badaniach socjologicznych jako „pokolenie rozczarowanych”. Wielkie nadzieje zderzyły się najpierw z kryzysem ekonomicznym z pierwszej dekady nowego wieku, a potem z serią kolejnych katastrof. Może i Geralta, naszego równolatka, należałoby przez ten pryzmat postrzegać?

Baśnie bez baśni
„Życie to nie bajka” – motto naszego pokolenia w przedziwny, perwersyjny wręcz sposób pasuje do prozy Sapkowskiego. Z jednej strony, jak już była mowa, oferowała ona od połowy lat 80. odrobinę baśniowości wnikającą do szarej codzienności późnego PRL. Z drugiej – już od pierwszych opowiadań były to baśnie bardzo odbaśniowione. Ich siłę stanowiła, paradoksalnie, właśnie zamiana elementów fantastycznych na realistyczne. Kluczową rolę odgrywały pożądanie, polityka i ekonomia. Magia była tylko środkiem do uzyskania celu, a najgorszymi potworami okazywali się zwykle ludzie.
Sapkowski w „Rękopisie znalezionym w smoczej grocie” opisywał to zjawisko jako retelling. „Retelling w fantasy zawiera dwa elementy – jednym jest owo użyte w tytule »jak to było naprawdę«, albowiem ambicją autora jest, aby czytelnik – w ramach zaakceptowanej konwencji – daną wersję mitu czy baśni przyjął jako prawdziwą, a przynajmniej literacko prawdziwą. Drugim elementem jest euhemeryzacja, zabieg polegający na eliminowaniu elementów bajkowości. W przypadku fantasy euhemeryzacja przybiera szczególną postać – eliminuje bajkowość, pozostawiając magię. Tylko pozornie jest to sprzeczność. Nie należy zapominać, że w fantasy (dobrej) magia jest prawem natury (często naukowo zdefiniowanym), a nie jakimś bajecznym deus ex machina”.
„Rozdroże kruków” i pod tym względem nie zawodzi. Sapkowski zabiera nas w świat baśni niezwykle realistycznej, przy czym trudno się oprzeć wrażeniu, że jest to realizm nie współczesny, a historyczny – mocno osadzony w folklorze epoki transformacji. Wiedźmin ma być zatrudniony przy budowie autostrady. O, przepraszam, nie autostrady, tylko „Wielkiej Drogi”, czyli „traktu suchego, równego, balami i faszczyną moszczonnego, żeby wozy i zaprzęgi mogły iść”. Taka droga to ważna rzecz, więc ponoć sam król przykazał, żeby się spieszyć. A nie jest z tym łatwo, bo po pierwsze, wiadomo, po lasach pełno potworów, ale po drugie – „materiał na lewo sprzedany”, „kosztorysy zawyżone” i tak dalej.
W kolejnej scenie przenosimy się do biednego, pogórniczego miasteczka, gdzie ludność stara się wyżyć dzięki biedaszybom. Jako żywo Wałbrzych późnych lat 90., tyle że oprócz potransformacyjnej zapaści życie mieszkańcom uprzykrzają jeszcze krwiożercze zatrawce.
Później kluczowymi wątkami stają się: eskalacja religijnego fanatyzmu, sprytnie podsycana przez możnych polityka niechęci wobec obcych, a nawet spór o aborcję. Wraz z Geraltem obserwujemy pikiety wzburzonego tłumu, lewe interesy kupców oraz kapłanów rozpaczliwie walczących z postępującą ateizacją społeczeństwa. Sam wiedźmin zaś, pracując „jako per procura” dla starszego kolegi po fachu, wchodzi w świat skomplikowanych umów, prowizji agentów i nieustannych sporów o jurysdykcję.
Jak się starzeje wiedźmin?
Będzie jeszcze raz o pokoleniach. Bo wiedźmin to ciekawy przypadek. Metrykalnie jest, jak już wiemy, milenialsem. Urodził się w 1986 r. i dla mojego pokolenia był lekturą kanoniczną. Pierwsze spotkanie z Geraltem przypadło dla większości z nas na ów magiczny okres kształtowania się gustu. Jeśli wierzyć socjologom, byliśmy pierwszym pokoleniem w tak egalitarny sposób konsumującym kulturę. Fantastyka była dla nas pełnoprawną domeną literatury i nikt nas nie musiał przekonywać, że to nie wstyd ją lubić i czytać – jak to ze swoimi rówieśnikami musiał czynić Sapkowski.
A więc z jednej strony – dziecko transformacji. Z drugiej jednak, jako postać literacka, Geralt jest przecież rzecznikiem Andrzeja Sapkowskiego – rocznik 1948, a więc boomera. Z ikonicznym wąsem i charakterystyczną wędkarską stylówką obejmującą kurtki i kamizelki w kolorze khaki, z tendencją do dobitnego formułowania opinii oraz słabo maskowaną pogardą dla nowych mediów – Sapkowskiego można by wręcz określić boomerem nad boomery.
Oczywiście za tą powierzchowną charakterystyką kryje się dużo głębsza, fascynująca tożsamość pokolenia naszych rodziców. Widać to choćby w języku Sapkowskiego. Z lekkością i swadą przetwarza teksty bardzo różne. Oczywiście doskonale zna kanon fantasy, ale też legendy arturiańskie, baśnie tysiąca i jednej nocy oraz mitologie z całego świata. Jego mową ojczystą zawsze pozostaje jednak polszczyzna sienkiewiczowska. Było tak już od pierwszych opowiadań, lecz w nowym tomie rzuca się to w oczy jeszcze bardziej niż dotychczas. Znajdziemy tu nie tylko mnóstwo latynizmów, ale i całe sienkiewiczowskie w brzmieniu kadencje i frazy oraz słowa znane każdemu czytelnikowi „Trylogii”. W tym to jedno, w moim osobistym rankingu najbardziej sienkiewiczowskie ze wszystkich: „poniechaj”.
Oczywiście w książce nie brakuje też czystej sapkowszczyzny. Znajdziemy tu zarówno charakterystyczne powiedzonka w rodzaju „blady jak dupa zimową porą”, jak i wielopoziomowe trawestacje najważniejszych scen z poprzednich tomów, w tym słodko-gorzki akapit o tym, jak głupim i bezcelowym przedsięwzięciem jest atakowanie wiedźmina bronią tak nieporęczną jak widły. Sapkowski się powtarza, ale robi to w sposób uroczy. Zupełnie jak jeden z trzecioplanowych bohaterów „Rozdroża kruków”, który w kółko powtarzał, że nie lubi się powtarzać, a „mimo to powtarzał się co i rusz. Widocznie lubił, choć nie zwykł”.
Kwestia pokoleniowej tożsamości Geralta jest jednak jeszcze ciekawsza i wychodzi poza jego językowe nawyki i kanon lektur autora. Otóż skoro wiedźmin wraz ze swymi równolatkami dorósł i nie jest już – jak w roku 1999 – nastoletnim gołowąsem, lecz mężczyzną niemal czterdziestoletnim, to Andrzej Sapkowski, jak wszyscy rodzice z pokolenia boomerów, musi się zmierzyć z faktem, że jego dziecko wyfrunęło z gniazda, usamodzielniło się, że ojciec nie ma już nad nim kontroli, a niepokorny syn będzie podejmować decyzje niezgodne z jego systemem wartości. W ten sposób postrzegać można całą historię przejścia wiedźmina od sagi jednego autora do multimedialnej franczyzy, przez większość odbiorców kojarzonej dziś raczej z grą komputerową i serialem Netfliksa (obie produkcje są momentami dość dalekie od literackiego pierwowzoru). Sapkowski stracił kontrolę nad Geraltem. Niezależnie od tego, co powiedzą uczeni specjaliści od prawa autorskiego, wiedźmin nie należy już do niego.
Psychoanalitycznie „Rozdroże kruków” można by więc odczytać jako próbę odczynienia symbolicznego ojcobójstwa i odzyskania przez rodzica władzy nad dzieckiem. Sapkowski robi to, używając najprostszego z możliwych środków. Nowa książka to prequel. W rzeczywistości czas poszedł naprzód i my, rówieśnicy Geralta, mamy dziś niemal 40 lat. W powieści czas się jednak cofnął i Geralt z czterdziestolatka stał się na powrót młokosem świeżo po treningu. Sapkowski, ustami starszych bohaterów, wyśmiewa jego językowe manieryzmy (młody wiedźmin, idąc pod prąd sienkiewiczowskiej składni ojca, powtarza „no weź” i „obczaić”), brak doświadczenia i pochopność w działaniu. Sprytne!
„Rozdroże kruków” to przyjemna lektura. Czuć tu wyraźnie ducha pierwszych opowiadań. Choć jest to opowieść ze spójną fabułą, jej logiką rządzi nie kompozycja typowo powieściowa, lecz raczej typowe dla romansów z gościńca nanizywanie koralików kolejnych przypadkowych spotkań na linię podróży głównego bohatera. Ma to sens, bo jest to logika typowa dla westernów i wszelkich opowieści pogranicza i transformacji.
Niespodzianek po drodze nie brakuje, bo przecież sam wiedźmin to dziecko-niespodzianka. Nie tylko w sensie stworzonego przez Sapkowskiego mitu („oddasz mi to, co znajdziesz w domu po swoim powrocie, a czego się nie spodziewasz”), ale także w szerszym znaczeniu, w jakim niespodziankami są biografie nas wszystkich – pokolenia dzieci transformacji.
MARCIN NAPIÓRKOWSKI jest p.o. dyrektora Muzeum Historii Polski. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

Andrzej Sapkowski ROZDROŻE KRUKÓW, superNOWA 2024 (okładka edycji kolekcjonerskiej)
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















