Polska oświata w odmętach biurokracji. Dlaczego nawet prace domowe reguluje MEN

Jarosław Pytlak, dyrektor szkoły: Trzydzieści lat temu do prowadzenia placówki potrzebnych było kilka segregatorów, teraz musi ich być kilkadziesiąt. Trzeba zajrzeć do środka i ocenić, które mają sens, a które przeszkadzają nam w pracy.
Czyta się kilka minut
Szkoła Podstawowa nr 3 w Białymstoku. 2 września 2020 r. // Fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Wyborcza.pl
Szkoła Podstawowa nr 3 w Białymstoku. 2 września 2020 r. // Fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Wyborcza.pl

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Będzie Pan „Rafałem Brzoską edukacji”?

JAROSŁAW PYTLAK: Jeśli już, to w najlepszym razie wice-Brzoską: deregulatorem „na odcinku” szkolnictwa (śmiech). Ale i to nie najlepsze określenie: to grupa ekspertów powinna rozstrzygnąć, czy polska edukacja potrzebuje deregulacji.

Z takim hasłem wystąpił Pan na swoim blogu „Wokół szkoły”. 

Najpierw, wykorzystując szum wokół hasła „deregulacja”, dałem faktycznie nieco prowokacyjny blogowy wpis. Później zauważyłem na stronie fundacji pana Brzoski, że zbierane są pomysły na uproszczenie prawa i poszukuje się ludzi do tego zadania. Wśród wymienionych dziedzin znalazłem szkolnictwo. Wysłałem zgłoszenie.

Później wystąpił Pan w podkaście „Rzeczpospolitej”, a Rafał Brzoska zaprosił Pana do współpracy. Na czym ma polegać?

Komisja Brzoski koncentruje się na wyszukiwaniu prostych korekt prawa, ale oświacie bardziej potrzebny jest przegląd przepisów, odnalezienie luk, sprzeczności. Zbieranie sugestii i ich konsultowanie widziałbym jako moją rolę minimum. Jednak rozstrzygnięcie formy i zakresu współpracy jest dopiero przed nami.

Na blogu napisał Pan, że 30 lat temu do prowadzenia szkoły potrzebnych było kilka segregatorów, teraz musi ich być kilkadziesiąt. Jest Pan pewien, że niczemu nie służą?

Absolutnie nie jestem pewien! Często się okazuje, że coś, co jednemu – dyrektorowi czy nauczycielowi – wydaje się absurdalne lub szkodliwe, komuś innemu dobrze służy albo buduje jego poczucie bezpieczeństwa. Przez ostatnie dekady zmieniliśmy się ze społeczeństwa relacji w społeczeństwo usług. Niemal niczego nie da się już załatwić „na gębę”, posiłkując się zaufaniem – do większości spraw potrzebujemy aktów prawnych.

Np. tzw. ustawa Kamilka, wymuszająca na instytucjach zapisy o ochronie dzieci, to efekt masy nadużyć.

Dla mnie ten akt prawny jest porażką społeczeństwa. To smutne, że w taki formalny sposób musimy zabezpieczać dzieci. Ale najwyraźniej perswazja i ludzka przyzwoitość to dzisiaj zbyt mało. Co nie zmienia faktu, że ta ustawa wymagała oczyszczenia z największych absurdów, o których w swoim czasie było głośno w mediach. Przewidywanie skutków nowych regulacji nie jest mocną stroną naszych legislatorów.

A wracając do segregatorów, nie wyciągnie pan ode mnie zręcznego hasła: „wyrzućmy je za okno!”. Prawo oświatowe wpływa na życie ponad 600 tys. nauczycieli, prawie pięciu milionów uczniów i jeszcze więcej rodziców – w sumie to kilkanaście milionów Polaków. Dlatego powtórzę: nie jestem pewien, że deregulacja jest pierwszą rzeczą, którą należy zrobić.

To co należy zrobić?

Należy pilnie zafundować prawu oświatowemu audyt. Wziąć te segregatory i obejrzeć każdy z nich. A potem ocenić, które mają sens, a które przeszkadzają w pracy. Wykryć sprzeczności i luki – bo i takich mamy sporo.

Dajmy jakieś przykłady. 

Niech pan się przyjrzy bazom danych, które zbierają oświatowe statystyki, a także obowiązkom ich gromadzenia przez szkoły. Jest System Informacji Oświatowej, który zbiera – na potrzeby państwa – mnóstwo informacji. Gdy SIO powstał, obiecywano, że jako dyrektor nie będę już musiał wypełniać innych papierów o charakterze statystycznym. A muszę! I nie mogę danych wpisanych do SIO automatycznie przenieść do arkuszy wypełnianych dla GUS-u. Muszę to robić ponownie, bo te dwie bazy nie są zintegrowane.

Co więcej, SIO się rozrasta – pęcznieje jak w japońskich filmach o potworach! Coraz więcej czasu pochłania obsługa tej bazy. Obliczyliśmy w szkole, że to co najmniej jedna trzecia etatu – a nikt nie dał na to złamanego grosza. U mnie akurat tym wpisywaniem danych zajmuje się zastępca dyrektora, ale w placówkach mniejszych musi to robić dyrektor. I robi, jak się pan domyśla, zawsze kosztem czegoś innego, np. kontaktu z nauczycielami, uczniami itd.

To nie wszystko. My w Warszawie mamy jeszcze coś, co się nazywa ODPN – rejestr uczniów służący wypłacaniu dotacji jednostkom oświaty niepublicznej. Nie ma on łączności z SIO. A jest jeszcze, proszę pana, SIOEO, osobna część SIO, poświęcona egzaminom zewnętrznym...

Zaraz oszaleję od samego słuchania!

Powiem panu, tytułem pointy do tego wątku, że nie uważam wcale tych wszystkich rejestrów za niepotrzebne. Sądzę jedynie, że powinny się nawzajem „widzieć” i że powinno się zacząć szanować czas pracy nauczycieli i dyrektorów, co obecnie mało kogo obchodzi. Ma być zrobione i już! Jak przychodzi nowe rozporządzenie, zawsze są w nim sformułowania typu: „dyrektor zorganizuje”, „dyrektor zapewni”, ale już nikt za bardzo nie myśli, czy będzie w stanie temu podołać.

Przykład z Pana bloga: religia. Nowa władza – moim zdaniem akurat słusznie, z myślą o uczniach niechodzących na tę lekcję – zadekretowała, że katecheza może się odbywać wyłącznie na początku i końcu dnia zajęć. Ale ma to swoje konsekwencje.

Takie mianowicie, że dyrektor musi dokonać niemożliwego: liczba pierwszych i ostatnich lekcji w planie dnia jest przecież skończona, w dodatku wchodzi w życie inny nieobowiązkowy przedmiot – edukacja zdrowotna, który też nie może wypaść w środku dnia. I może nawet dałoby się to wszystko jakoś poukładać, gdyby w roku szkolnym poprzedzającym ten, którego będzie dotyczył nowy plan, dyrektor mógł zapytać rodziców, czy ich dzieci planują chodzić na religię.

Ale nie może, bo?

Bo to by łamało prawo, na czele z konstytucją! W pewnej szkole dyrektorka takie deklaracje zebrała, opisano to w gazecie i rozległy się protesty. Być może słuszne z punktu widzenia praw obywatelskich, tylko nikt nie pomyślał wcześniej, że dyrektorzy będą chcieli zbierać takie deklaracje nie po to, by zaganiać dzieci na religię, ale żeby być w stanie sensownie zaplanować pracę. Koniec końców, w interesie dzieci przecież!

Inne przykłady nadregulacji?

Wystarczy na to prawo spojrzeć, by się zorientować, jak się rozrosło. W ustawach zdarzają się punkty z dwiema literkami i dwiema cyframi, oznaczenia w rodzaju – nie przytaczam wiernie – „artykuł trzydzieści cztery ustęp z punkt dwadzieścia siedem a i b”.

Dziś nawet doświadczeni dyrektorzy często potrzebują wsparcia prawnego. Pół biedy, jak mają do niego dostęp, ale to wcale nie jest reguła. Ja doszedłem do ściany dwa lata temu i od tego czasu korzystam z usług kancelarii prawnej, z którą podpisaliśmy umowę. W szkole niepublicznej udało się znaleźć na to fundusze. Taka możliwość powinna być jednak dostępna dla wszystkich, ale na razie to raczej marzenie ściętej głowy.

Język prawa oświatowego jest trudny?

Na pewno nie odbiega od języka reszty polskich przepisów prawa.

To nie jest komplement.

Oczywiście, że nie!

Nadregulacja zmniejsza autonomię nauczycieli. Dobrym przykładem jest chyba decyzja nowej władzy, by odgórnie ograniczyć zadania domowe

W jednym z wywiadów pani minister – nie pamiętam już, czy była to sama Barbara Nowacka, czy któraś z jej zastępczyń – niemalże na jednym wdechu powiedziała, że zadekretowanie ograniczenia prac domowych było niezbędne i że nie ma mowy o regulacjach dotyczących korzystania w szkole ze smartfonów, ponieważ odgórne ingerencje w funkcjonowanie szkół są bez sensu. Najwyraźniej nie ma reguł, są tylko poglądy aktualnie rządzących.

Porozmawiajmy o reformie edukacji. Można ją czytać jako plan deregulacji podstaw programowych. Zostały już nieco okrojone, a od 2026 r. mają być do spodu zmienione. 

Okrojenie treści szczegółowych w podstawach programowych było dobrym ruchem i odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczne. Jednak reforma programowa planowana na rok 2026 ma wprowadzić nową jakość. Znając ogłoszone już projekty dwóch podstaw programowych nowych przedmiotów: edukacji zdrowotnej oraz edukacji obywatelskiej, mam obawy, że nie będzie to deregulacja, ale zwiększenie ingerencji w autonomię nauczyciela.

Projekt podstawy programowej edukacji obywatelskiej zawiera m.in. ponad pięćdziesiąt obszernych wymagań szczegółowych, w większości łączących wiedzę i zastosowanie w praktyce. Gdy zaczynałem w 2000 r. uczyć przyrody, pierwsza podstawa programowa tego przedmiotu mieściła się na jednej stronie – projekt podstawy edukacji obywatelskiej zajmuje tych stronic ponad dwadzieścia. Jeśli to jest nowy wzorzec, kolejne podstawy mogą pobić rekord objętości ustanowiony przez PiS-owską ministrę edukacji Annę Zalewską. To nie będzie żadna deregulacja, tylko działanie w duchu maksymalnej regulacji!

Dlaczego każda kolejna oświatowa władza obiecuje zmniejszenie biurokracji, zwiększenie autonomii, a kończy się tak jak zwykle?

Bo te hasła się dobrze sprzedają, a bardzo trudno je wprowadzić w życie. I druga odpowiedź: każda władza robi to samo, bo może robić. Nauczyciele są już tak zmęczeni, że większość zastosuje się do nowych regulacji bez względu na to, jaka będzie ich sensowność.

Proszę powiedzieć w kilku zdaniach – dlaczego nowa reforma jest według Pana niekorzystna?

Po pierwsze, nie rozwiązuje żadnego ważnego problemu polskiej oświaty – akurat podstawy programowe takim problemem nie są, bo cały czas nasi uczniowie wypadają dobrze w międzynarodowych badaniach porównawczych. Po drugie, jest oparta na wątpliwym fundamencie, jaki stanowi profil absolwenta [chodzi o dokument będący swego rodzaju preambułą do mających wchodzić w życie od 2026 r. nowych podstaw programowych – red.]. Po trzecie, jest robiona zbyt szybko. MEN powołuje się na różne kraje, które wprowadzały podobne zmiany. Tyle że tam albo szykowano je przez dziesięciolecia, albo były wdrażane dawno temu i od tej pory zdążono je już kilka razy poprawić. Wreszcie po czwarte: nauczyciele nie są podmiotem tej reformy – mają być wyłącznie wykonawcami.

Tak jest z każdą reformą.

Tylko że ta wyróżnia się całkowitym brakiem zaufania do nauczycieli. Zamiast uwierzyć, że wystarczą krótkie, syntetyczne podstawy programowe, do których światlejsze jednostki dopiszą podręczniki i programy nauczania, kreuje się podstawy, które de facto już są gotowymi i szczegółowymi programami. Owszem, w podstawie programowej edukacji obywatelskiej są wymagania szczegółowe do wyboru przez nauczyciela. Ale nawet w tym przypadku jest kilkadziesiąt gotowych propozycji, żeby broń Boże sam nie musiał niczego wymyślić. Widać w tym przekonanie, że sami nauczyciele tak naprawdę chcą biurokratycznych „gotowców”.

A nie chcą?

Na pewno nie wszyscy. Część chce, bo są zmęczeni, przeciążeni. Zresztą, mechanizm sam się napędza: skoro im nie ufamy, to oni – przynajmniej część – będą tacy, jacy myślimy, że są. Reforma nie bierze pod uwagę tego, że główną przyczyną krachu polskiej szkoły jest nie kryzys podstaw programowych, tylko kryzys zawodu nauczyciela. Trzeba najpierw wzmocnić nauczycieli, a potem im zaufać. Biurokratyczne ramy dają tylko złudzenie skuteczności.

Planowana reforma opiera się na założeniu przyjętym przez grupę decydentów, że wystarczy dać nauczycielom wytyczne „zgodne z ustaleniami nauki” i już będzie dobrze. Nie będzie.

 

Jarosław Pytlak // Archiwum Prywatne

Jarosław Pytlak jest od ponad trzydziestu lat dyrektorem Zespołu Szkół STO na warszawskim Bemowie. Z wykształcenia biolog, uczył chemii, biologii i przyrody. Ekspert edukacyjny, autor podręczników, twórca bloga „Wokół szkoły”. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zróbmy oświacie audyt!