To ptak! Nie, to samolot!… Nie, nie, to nie jest kolejny tekst rozpoczynający się od sugestii, że facet w spandeksie i z podkręconym loczkiem może wyglądać jak ptak albo samolot. Z okazji wchodzącego właśnie na polskie ekrany „Supermana” w reżyserii Jamesa Gunna pytamy, czy Kal-El – syn planety Krypton, który przybył na Ziemię, by wskazać ludzkości światło – wciąż jest tym, kim był przez ostatnie stulecie? Symbolem nadziei w beznadziejnym świecie? Metaforą żydowskiego doświadczenia Holokaustu, emigracji i poszukiwania nowej tożsamości? Amalgamatem Golema, Samsona, Chrystusa i Mojżesza? Każdym po trochu? Czy nikim w całości?
Tarantino rozumie Supermana lepiej niż Kill Bill
W filmie „Kill Bill vol. 2” Quentina Tarantino tytułowy bohater dzieli się własną interpretacją postaci Człowieka ze Stali. Oto Kryptończyk, dziedzic obcej kultury, ucieka na Ziemię po zagładzie swojej planety, a następnie wtapia się w tłum jako skromny dziennikarz Clark Kent. Kostium Obcego chowa pod zgrzebnym garniturem, na nos nasuwa okulary, a niesforny loczek przylizuje na brylantynę.
Lecz w przeciwieństwie do wielu innych superbohaterów, którzy wiodą podwójne życie, to czerwona peleryna i niebieskie rajtuzy pozostają sednem jego tożsamości. Superman jest wszechpotężny, niezniszczalny i niezłomny. Clark Kent – słaby, zakompleksiony i bezradny w konfrontacji z metafizyką. „Właśnie tak Superman postrzega Homo sapiens – przekonuje Bill – Clark Kent to jego krytyka rodzaju ludzkiego”.
Podobnie jak w przypadku wersetu z Księgi Ezechiela z „Pulp Fiction”, ilustrującego psychomachię jednego z bohaterów, słowa Billa bywają mylnie rozumiane. To nie tyle analiza komiksowej postaci, ile sąd nad odbiorcą, który mierzy sacrum świecką miarą. Taką tyradę mógłby wypowiedzieć któryś z arcywrogów Supermana, cynik wątpiący w to, że istota wszechwładna może być jednocześnie wszechdobra.
I tak, z tej perspektywy „Clark Kent” jako mechanizm asymilacji może być wyłącznie okrutnym żartem. Tyle że to właśnie altruizm oraz wiara w immanentną czystość ludzkiej natury, a nie laserowy wzrok czy latanie z prędkością dźwięku są najpotężniejszymi mocami Kal-Ela. Mizantrop, nawet najsprawniejszy retorycznie, nie będzie w stanie pojąć tych motywacji.
Tarantino rozumie Supermana świetnie. Bill – wcale. „S” na piersi herosa przetrwało jako jeden z najważniejszych popkulturowych emblematów właśnie dlatego, że – wbrew obiegowej opinii – nie jest inicjałem; znakiem wyjątkowości, jednostkowości i egoizmu. To raczej zwiastun nadziei, symbol ludzkich aspiracji do wielkości.
Przez dekady popkulturowej kariery Kal-Ela utożsamianej z walką wyzwoleńczą, podbojem kosmosu, poszukiwaniem prawdy, ucieraniem nosa nazistom i skorumpowanym politykom. Superman stoi na straży tych aspiracji. I, paradoksalnie, jako boska istota ulepiona z fundamentalnych mitów chrześcijaństwa i judaizmu, przekonuje, że religia bywa drogą donikąd; że wszystko, czego potrzebujemy do transgresji, nosimy w sobie.
Superman wychował się w Kansas. A gdyby tak w Moskwie?
Słynny rysownik komiksów polsko-żydowskiego pochodzenia Art Spiegelman, autor wybitnej powieści graficznej „Maus” (którą w historii narracji o Holokauście wypadałoby ustawić obok „Shoah” Claude’a Lanzmanna albo „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall), często mówił o Supermanie. Robił to z mieszaniną rezerwy i szacunku. Z jednej strony podkreślał, że poetyka komiksów superbohaterskich to nie jego bajka. Z drugiej – wielokrotnie wskazywał na powiązanie mitu o Supermanie z doświadczeniem żydowskim; z traumą nazistowskiego terroru, emigracją oraz walką o nową tożsamość na obczyźnie. Kal-El pojawił się na kartach komiksów jeszcze przed wojną, w czerwcu 1938 r. Lecz już wtedy jego amerykańską tożsamość budowały żydowskie nadzieje, obsesje i lęki.
„Nie jest przypadkiem, że mit superbohatera objawił się w czasie Wielkiego Kryzysu – mówił Spiegelman w rozmowie z Kurtem Snoeksem z magazynu „Bruzz”. – Pod powierzchnią atrakcyjnych historii o superbohaterach krył się ważny mit. To było fundamentalne marzenie, które komiksowe medium przekazywało dalej. Na początku Superman był tworzony przez (Jerry’ego) Siegela i (Joego) Shustera w pewnym kluczu.
To perspektywa liberalnych Żydów zainteresowanych jakąś odpowiedzią na Wielki Kryzys, czyli programem Nowego Ładu. Stworzony przez nich bohater walczył o prawa związkowców, zmagał się z nazistami, brał na celownik skorumpowanych miejskich polityków. To byli jego pierwsi i najważniejsi wrogowie”.
Na przełomie lat 30. i 40. związki zawodowe oraz umoczeni w brudne interesy burmistrzowie Metropolis nie byli jedynymi problemami Supermana. Na okładkach komiksów Kryptończyk prał się z Hitlerem i Mussolinim. Z kolei scenarzyści audycji radiowych i kreskówek, zamiast przydzielać mu rolę żywej artylerii, ustawiali go w roli moralnej opoki dla walczących na froncie żołnierzy.
Później, w latach 50., działał w biurze propagandy na wojnie z komunizmem i dość powiedzieć, że ciekawie jest skonfrontować jego ówczesną karierę z wydanym już w XXI wieku komiksem „Czerwony Syn” Marka Millara, Dave'a Johnsona, Kiliana Plunketta i Andrew Robinsona. Co by było, gdyby zamiast w Kansas malutki Kal-El wylądował na przedmieściach Moskwy? Mogłoby się dla przykładu okazać, że nawet nadczłowiek z gwiezdnego pyłu, po odpowiedniej propagandowej obróbce, stanie się nosicielem konkretnej ideologii.
Wiele mówiło się o jego pracy dla CIA. Jeszcze więcej – o wsparciu dla dziennikarza Stetsona Kennedy’ego w jego krucjacie przeciw Ku Klux Klanowi. Wojnę w Wietnamie przesiedział w oślej ławce – społeczeństwo dostrzegało w nim przecież symbol zgniłego establishmentu. W latach 70. i 80., w trakcie wielkiej fali reinterpretacji klasycznych superbohaterskich opowieści, dumał nad rasizmem, ekonomicznymi dysproporcjami i kryzysem mediów. W nowym milenium zaś pomagał imigrantom nad Rio Grande i przestrzegał amerykański rząd przed inwigilacją obywateli.
W filmie „Człowiek ze stali” Zacka Snydera z 2013 r. Superman spytany o gwarancję wierności ideałom Wuja Sama odparł: „Wychowałem się w Kansas. Nie da się być bardziej amerykańskim”. Podoba mi się, że grający go Henry Cavill wypowiada te słowa delikatnie poirytowany, jakby narodowość oraz polityczna afiliacja herosa były wiedzą powszechną. A jednak – dzięki całemu multiwersum opowieści, alternatywnych ścieżek oraz wariantywnych narracji – w 2011 r. i 900. numerze „Action Comics” zrzekł się amerykańskiego paszportu. Uniwersalność mitu została symbolicznie potwierdzona.
Superman jako głos Boga
Religijno-filozoficzne korzenie Supermana to jeszcze ciekawszy przypadek. Już samo imię Kal-El jest przedmiotem wielu analiz. Najpopularniejsza stawia znak równości pomiędzy „El” a hebrajskim „Bogiem”. „Kal” tłumaczy natomiast jako „głos” lub „wszystko”. Ergo, Superman jest „głosem Boga” lub „wszystkim w Bogu”. Droga do nowego świata w kosmicznej kapsule przypominającej koszyk również niesie oczywiste skojarzenia. Ale ten bohater nie wraca do siebie. Superman znajduje na Ziemi swój drugi – i ostatni – dom.
Shuster i Siegel, dzieci żydowskich emigrantów, widzieli w Supermanie rzecznika ich własnej religijnej sprawy. Od początku jednak wątki judaistyczne sąsiadowały w historiach o Człowieku ze Stali z motywami chrześcijańskimi. Obrazy ukrzyżowanego Kal-Ela pojawiały się na przestrzeni lat równie często, co opowieści o jego pasterskich powinnościach, odpowiedzialności za moralną edukację ludzkości, a także o śmierci oraz zmartwychwstaniu.
Powracają także w jego dziejach obrazy Trójcy Świętej. W jej skład, obok Syna Bożego Kal-Ela, wchodzą Bóg Ojciec Jor-El (w mojej wyobraźni na zawsze zaklęty w obliczu znudzonego i czekającego na wypłatę Marlona Brando), a także Duch Święty. Ten ostatni objawiał się wielorako. Raz był sztuczną inteligencją przybierającą holograficzną postać Jor-Ela. Kiedy indziej Fortecą Samotności – kwaterą główną Supermana i zarazem miejscem epifanii, pasażem do świata przodków. A może Duch Święty to sama ludzkość? W końcu to my prowadzimy Supermana, dajemy mu natchnienie i budujemy wokół niego Kościół.
Wielkie dylematy, którymi oddychają opowieści o Kryptończyku – pokora czy buta, ciało czy duch, egoizm czy altruizm – można sprowadzić do tych dwóch wykładni: judaistycznej i chrześcijańskiej. To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Supermanowi było też po drodze z Nietzschem i Dostojewskim (choć koncepcja „nadczłowieka” wydaje się zazwyczaj źle interpretowana; w pierwotnym znaczeniu to jednostka występująca przeciw „stadu” i stojąca w opozycji do tzw. człowieka społecznego), a także z Mirceą Eliadem.
Dla rumuńskiego historyka religii Superman był sakralnym pierwiastkiem w sekularnym świecie. Stanowił reinterpretację mitu Zbawiciela, tyle że częściowo odciętą od chrześcijańskich korzeni. Pojawienie się faceta w pelerynie nad Metropolis to w tej optyce współczesna hierofania – choć z racji skali sekularyzacji w społeczeństwie trudno porównywać ten obrazek z gorejącym krzewem.
Superman i wciąż ta sama lekcja: uwierz w ludzi
Błękit kontra czerń, Bóg kontra człowiek, najjaśniejszy dzień kontra najciemniejsza noc. Syn Kryptonu kontra Batman, Nietoperz z Gotham. Na przestrzeni lat Superman stawał w szranki z wieloma komiksowymi superbohaterami. Żaden jednak nie stanowił dla niego tak intuicyjnej przeciwwagi jak Batman – facet, którego motywacją do działania nie jest nadzieja, lecz strach. Jeśli Superman się wahał, wątpił lub błądził, to zawsze na drodze ku oświeceniu i odkupieniu win. I nic nie mówi o naturze rozmaitych trendów dekonstrukcyjnych więcej niż fakt, że tzw. Zły Superman, czyli postać stworzona przez jednego z arcyłotrów za pomocą czerwonego kryptonitu, był zazwyczaj oddzielnym bytem.
Rozcinając niebo nad zmieniającym się krajobrazem popkultury, Superman zachowywał swoją tożsamość. Uczył wiary w ludzkość w postmodernizmie, w okresie „cynicznym” czy „postironicznym”. Bez względu na zmieniającą się w komiksie i kinie modę, pozostawał moralnym punktem odniesienia. Jasne, bywało różnie, bo przecież historia obydwu mediów jest niejednorodna. Piszą ją autorzy o odmiennych wrażliwościach oraz światopoglądach.
Przez kolejne dekady ocalono jednak jakąś pierwotną „czystość” konceptu Supermana i to właśnie ona odróżnia Kal-Ela od jego mrocznych wariacji – apodyktycznego Omni-Mana z fantastycznego komiksu „Niezwyciężony” Roberta Kirkmana i Cory’ego Walkera; sadystycznego i zakompleksionego Ojczyznosława z komiksu i serialu „Chłopaki” Gartha Ennisa i Daricka Robertsona; kosmicznego chłopca z filmu „Brightburn” Davida Yarovesky’ego, który przybywa do Kansas w koszyku, ale wyrasta na psychopatę.
Macierzyste medium komiksu przyniosło oczywiście najodważniejsze i najpełniejsze portrety Człowieka ze Stali. Kino i telewizja próbowały nadążyć, ale wciąż dostawały zadyszki. Na małym i dużym ekranie, w animacjach, serialach oraz filmach fabularnych, Supermana grało niemal trzydziestu aktorów. Opowieści o nim snuło dwa razy więcej scenarzystów i reżyserów. Większość z nich miała sensowny pomysł na postać. Niektórzy byli zakochani w materiale źródłowym do szaleństwa (jak Bryan Singer, który paradował po ulicach Los Angeles z wielkim transparentem: „Kocham Supermana”). I przekładało się do pewnego stopnia na różnorodność wizji – od slapstickowych filmów akcji (sequele filmu Richarda Donnera z 1978 r.), przez mroczne dramaty (wersje Zacka Snydera), po kino inicjacyjne (serial „Tajemnice Smallville”).
Przegląd wątków był zazwyczaj dość bezpieczny: związek Clarka Kenta z dziarską reporterką Lois Lane; przeciąganie liny z arcyłotrem Lexem Luthorem; kurs na czołowe zderzenie ze złowrogim Generałem Zodem; traktat o odpowiedzialności za ludzkość wygłoszony przez rodziców zastępczych – Marthę i Jonathana Kentów; spotkania i rozstania z innymi Kryptończykami: Supergirl, Superboyem oraz rezolutnym psem Krypto. Wszystko to fajne motywy, lecz z perspektywy blisko dziewięćdziesięcioletniej historii nieco nudnawe.
Wymieniwszy te wszystkie wcielenia, trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że Kal-El wciąż jest niedopieszczoną przez kino postacią. Jakimś cudem jej „duch” wciąż pozostaje nieuchwytny. Richard Donner był krytykowany za kicz, Zack Snyder dostał bęcki za mroczny nastrój i ciężką reżyserską rękę, a Bryan Singer za brak autorskiej sygnatury.
Wszystkie te zarzuty mówią jednak więcej o nas niż o samym Supermanie. Jako widzowie wstydzimy się wzniosłości, patosu, prostych emocji i oczywistych symboli – i to nawet pomimo faktu, że równie gwałtownie reagujemy na ironię, humor oraz zmiękczające patos nawiasy.
Superman tymczasem przekonuje, że nie ma się czego wstydzić. To właśnie patos nadaje wielkość temu, co zwyczajne. To dzięki niemu proste historie o ludzkiej solidarności zamieniają się w wielki mit.
Sztafeta Supermanów

GEORGE REEVES: Superman czasów pre-historycznych. Gdyby nie istniał, Ben Affleck nie dostałby za zagranie go w filmie „Hollywoodland” nagrody na festiwalu w Wenecji. I – kto to wie – może później nie zagrałby Batmana.

CHRISTOPHER REEVE: Z dzisiejszej perspektywy lepszy od „Supermanów” z Christopherem Reeve’em jest dokument „Super/Man” o Christopherze Reevie. Nie będę jednak narzekać – film Richarda Donnera z 1978 roku dał nam legendę o facecie, który udowodnił, że w prawdziwym świecie superbohaterowie nie noszą peleryn.

HENRY CAVILL: Choć Cavill pożegnał się już z rolą Człowieka ze Stali i ruszył dalej z życiem, prędko o nim nie zapomnimy. Charyzma, prezencja, fizyczność oraz zaskakująco szeroka aktorska skala. Brytyjczyk miał wszystko, czego trzeba do tej roli. Szkoda że w zalewie marnych produkcji doczekał się tylko jednego dobrego filmu.

TYLER HOECHLIN: Niedoceniony facet i w mojej skromnej opinii najlepszy serialowy Superman (z produkcji „Superman i Lois”). To Kal-El w wiecznym klinczu pomiędzy rodziną a powinnościami. Fantastycznie zagrany i przez to – najbardziej ludzki.

DAVID CORENSWET: Na razie wielka niewiadoma. W zwiastunie filmu Jamesa Gunna sporo krzyczy i narzeka. Jako pierwszy wielkoekranowy Superman jest jednak psiarzem. A wszyscy kochamy pieski. Bo każdy piesek to superpiesek.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















