Maria Skłodowska-Curie może i była kobietą, ale elfy na pewno nie były czarne. Żony krasnoludów nosiły brody do ziemi, homoseksualizm był aberracją, a nie normą, z kolei Mordor nie leżał obok królestwa Gondoru, tylko na północ od Jaworzna-Szczakowej. Tako zza grobu rzecze Tolkien i to w naszej, strażników popkultury, gestii leży ochrona jego godności.
Na horyzoncie kolejna Bitwa o Śródziemie – start drugiego sezonu „Władcy Pierścieni: Pierścieni władzy” już w najbliższy piątek na platformie Prime Video. Ilekroć wchodzę na fora internetowe, by wybadać nastroje przed jakąś „gorącą premierą”, przypomina mi się parafraza słów Dantego z serialu „Ekipa”: „Lepiej zabierz krem do opalania, bo właśnie idziesz do piekła”.
Hollywood kontra fandom
Kropla drąży skałę, partyzantka trwa. Twórców „Gry o tron” atakujemy petycjami, entuzjastów „Małej Syrenki” wzywamy do bojkotu, aktorkom z serialu „The Last of Us” wysyłamy groźby karalne. Jako że filmowcy nie pozostają fanom dłużni, popkultura zamienia się na naszych oczach w pole ideologicznej bitwy. W czerwonym narożniku – „incele” i „noł-lajfy”, którzy produkują w piwnicach internetową toksynę. W niebieskim – „lewactwo”, które zainfekowało kino i seriale wirusem inkluzywności; ze szkodą dla sztuki kłania się środowiskom LGBT, mniejszościom, kobietom.Pomiędzy nimi zaś tzw. zwykły widz, który nie chce być robiony w balona przez jednych i obrażany przez drugich. Sztuka nie znosi demokracji. Popkultura znosi ją aż za dobrze.
Problem toksycznych społeczności fanowskich oraz koniunkturalnego Hollywood może wydawać się nieistotny, ale tak naprawdę dotyczy fundamentalnych kwestii: egalitaryzacji dyskursu kulturalnego oraz braku zaufania do mediów; nowego, skupionego wokół mediów społecznościowych modelu krytyki filmowej; pytania o to, do kogo właściwie należy dziś kultura popularna. Czy w myśl zasady „płacę-wymagam” jest wyłącznie towarem, elementem transakcji pomiędzy twórcą a odbiorcą? A może to oblężona twierdza artystycznej niezależności? Albo – co wpisuje się w bodaj najpopularniejszą dziś narrację – spuścizną geniuszy odziedziczoną przez ignorantów?
Kto ma prawa do Jane Austen
„Boska Jane spoczywa w Winchester. Chwalmy jej imię. Chwalmy Pana za jej narodziny i ją samą za dzieła, które zrodziła” – czytamy w prologu nieco zapomnianej powieści Rudyarda Kiplinga „The Janeites”. To opowieść o żołnierzach z frontu I wojny światowej, którzy najpierw strzelają do wroga z okopów, a potem debatują o twórczości Jane Austen. Tytuł powieści oznaczał członków pionierskiego fandomu, choć już kilkanaście dekad wcześniej określenie było przedmiotem sporu.
Każdy chciał zagarnąć pisarkę dla siebie. Klasy wyższe pragnęły zaakcentować wyjątkowość swojego afektu do Austen i odciąć się od „tłuszczy”. Literaturoznawcy chcieli mieć wyłączność na miano „Janeitów” jako badaczy jej języka oraz wpływu na kulturę. Mężczyźni z kolei uważali, że termin należy wyłącznie do nich, skoro to kobiety były bezpośrednimi adresatkami prozy.
Spięcia wynikały z tego, że podobnej, elitarystycznej optyki nie dało się pogodzić ze stale rosnącą popularnością Austen. Pod koniec XIX wieku to samo spotkało Sherlocka Holmesa, a przez następne kilkanaście dekad innych bohaterów masowej wyobraźni, kolejne marki, uniwersa, wymyślone światy – od „Star Treka” i „Gwiezdnych wojen”, po „Miodowe lata” i Taylor Swift.
Pokolenie milenialsów, które najgłośniej manifestuje w sieci swoje niezadowolenie z kształtu współczesnego kina, budowało swoją wrażliwość w czasach wielkiego piwotu branży filmowej. Z jednej strony – zwycięstwo Kina Nowej Przygody spod znaku Spielberga, Lucasa i Zemeckisa nad tzw. Nowym Hollywood, reprezentowanym przez odchodzących do lamusa mistrzów formatu Cassavetesa, Coppoli czy Altmana. Z drugiej – rozkwit kina wysokiego konceptu lat 80., którego cały sens zawierał się w słynnej maksymie producenta Jerry’ego Bruckheimera: „Jeśli nie jesteś w stanie streścić filmu w dwudziestu słowach, scenariusz powinien wylądować w koszu”. Nadprodukcja nowych mitów oraz atrakcyjnych bohaterów szła w parze z gwałtowną korporyzacją branży filmowej, obsadzanej coraz szybciej przez finansistów i bankierów.
Za sprawą tych procesów jesteśmy dziś – to również część mojego doświadczenia – generacją podstarzałych dzieciaków. Trwamy w pogoni za pierwotną „niewinnością” tamtego kina, jego mitotwórczą siłą. I nawet jeśli faktycznie nie ma już takiej musztardy i takiego mleka (z czym, jakżeby inaczej, się zgadzam), to w dobie pokoleniowej zmiany po obydwu stronach ekranu ów pościg jest skazany na porażkę.
Królewna Śnieżka i korpoludki
Sprowadzanie całej kultury fanowskiej do bandy rozwrzeszczanych frustratów jest oczywiście naiwne. Współczesne fandomy są ekstremalną manifestacją kinofilii, czyli tradycji niemal tak starej jak kino. W latach 20. ubiegłego wieku reprezentowały ją Dyskusyjne Kluby Filmowe. Później na sztandary wzięli ją nowofalowcy. Dziś – w czasach YouTube’a, mediów społecznościowych i generalnej dostępności kultury – myśli się o niej jako o symbolu poziomej struktury społecznej w internecie (w przeciwieństwie do pionowej – z tłumaczącymi świat autorytetami na szczycie).
Niektórzy z twórców pozostają wsłuchani w głos społeczności, inni próbują wybadać trendy w salce konferencyjnej. Lecz co do zasady – dialog jest możliwy. Transparentność cyklu produkcyjnego i promocji sprawia, że film „żyje” teraz znacznie dłużej, a każde z kultowych dzieł obudowane jest twórczością fanowską, w opinii wielu – przewyższającą jakością oryginalne produkcje. Wbrew obiegowej opinii fandom nie jest szałasem w środku lasu, w którym mieszkają odludki. Choć stanowi mniejszość odbiorców, jego wpływ na popkulturę jest zauważalny. Dzięki wysokozasięgowym mediom społecznościowym oraz niedoszacowanej sile marketingu szeptanego kształtuje mody, gusta i narracje. A gdy wchodzi na kurs kolizyjny z filmowcami, następstwem zderzenia są niebezpieczne kompromisy.
Trudno traktować inaczej „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” J.J. Abramsa. To przepisany na życzenie fanów scenariopisarski i reżyserski koszmarek. Podszyte strachem i cynizmem przeprosiny za „Ostatniego Jedi”, czyli znacznie lepszy film, który spotkał się z tak gwałtowną i nieprzychylną reakcją fandomu, że producentom nie pozostało nic innego, jak tylko posypać głowę popiołem.
W tej samej szufladce znajdziemy również niedawny hit „Deadpool & Wolverine”, czyli najbardziej dochodowy film z kategorią wiekową R w historii (pierwszeństwo odebrał „Jokerowi” Todda Philipsa). Rozciągnięty do pełnego metrażu zbiór gagów, scenek rodzajowych oraz tzw. fan serwisu (czyli nawiązań do bogatej tradycji ekranizacji komiksów z ostatnich kilku dekad) ogląda się bez bólu zębów. Jednak naplecionymi na cieniutką nitkę fabularną łakociami dla fanów żółtodziób raczej się nie naje.
Aktorka Rachel Zegler, gwiazda „Królewny Śnieżki”, czyli nowej wersji disnejowskiego klasyka, poczuła gniew fanów na własnej skórze. Gdy rok temu udzielała wywiadu na czerwonym dywanie, mówiła o oryginalnej animacji jak o skamielinie. Krytykowała ją za mizoginię i za obyczajowe wstecznictwo. Pomijając fakt, że sprowadzanie jednego z najważniejszych filmów animowanych w historii wyłącznie do tego aspektu nie jest zbyt mądre, najciekawsze miało dopiero nadejść. Gdy na aktorkę spadła fala krytyki, a słupki z projektowanymi zyskami przestały się zgadzać, Zegler wróciła odmieniona – pełna pokory, podkreślająca wagę disnejowskiego dziedzictwa, po ewidentnej korporacyjnej reedukacji.

Woke culture i superbohatorowie
Kością niezgody między fandomami a Hollywood jest reakcja branży filmowej na zmieniającą się obyczajowość. Największy grzech to poświęcanie kanonu (który zazwyczaj jest czymś w rodzaju mojżeszowych tablic) na ołtarzu woke culture. Kultowi bohaterowie zmieniają płeć, role białych przejmują czarni, a ikony popkultury w rodzaju wiedźmina, Luke’a Skywalkera czy Thora zaczynają statystować we własnych filmach – ich miejsce zajmują „uprzywilejowane z definicji” dziewczyny w pelerynach i kolczugach.
Konserwatywny zwrot w odbiorze popkultury jest reakcją na systemowe zmiany w liberalnym Hollywood: implementowane tu i ówdzie parytety, nowe zawody w rodzaju koordynatorów intymności oraz generalny odwrót od filozofii, wedle której dobry plan filmowy to taki, z którego wychodzi się posiniaczonym.
Hollywood naprawdę znajduje się w głębokim scenariopisarskim kryzysie. I jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest właśnie koniunkturalizm, który prowadzi do absurdalnych decyzji artystycznych: zatrudniania firm specjalizujących się w badaniu standardów inkluzywności do korekty tekstów; zastępowania postaci, które z powodzeniem zagraliby niskorośli aktorzy cyfrowymi odpowiednikami; relegowania mężczyzn do ról nieistotnych pionków; wreszcie – wzmacniania postaci kobiecych nie poprzez działanie, ale przez ekspozycję.
Termin „Mary Sue” (oraz jego męska odmiana: „Gary Sue”) pochodzi ze słowniczka Trekkies, czyli zagorzałych fanów uniwersum „Star Treka” . W 1973 r. Paula Smith i Sharon Ferraro użyły go w parodystycznym opowiadaniu o liderce gwiezdnej floty, która uczyła moresu znanych i kochanych bohaterów: dzielnego Kapitana Kirka, sceptycznego Spocka i cynicznego doktora McCoya. Dziś Mary Sue powraca jako niezbyt wyrafinowany, scenariuszowy konstrukt: to uprzywilejowana kobieta, która niczego się nie boi, nikomu się nie kłania, zawsze ma rację, a wszelkie przeciwności losu pokonuje bez większego trudu.
Problem w tym, że w kinie kibicujemy raczej tym bohaterkom, które są nieustannie testowane, przypierane do muru, sprawdzane w krytycznych sytuacjach; które znają smak straty i poświęcenia, potykają się, by powstać silniejszymi. Czy taka jest Mulan z aktorskiego remake’u wspaniałej animacji Disneya? Ze sprytnej, zdeterminowanej, odważnej i rezolutnej śmiertelniczki zmieniła się w przemądrzałą dziewczynkę z magicznymi mocami? No nie.
Fandomy zarzucają filmowcom asekuranctwo, lenistwo oraz cyniczne podłączanie się pod obyczajowe „trendy”. Tymczasem niezadowoleni z obrotu spraw twórcy biją pałką na oślep. Wchodzą w utarczki słowne na Twitterze, żalą się w wywiadach. Przedstawiają życzeniową wizję świata, w której kobiety są tak samo zainteresowane kinem superbohaterskim jak mężczyźni i zostawiają w kinowych kasach tyle samo pieniędzy (czemu, niestety, przeczą liczby). Niektórzy – jak scenarzystki „She-Hulk” – próbują wyprzedzić atak i w ramach autotematycznej konwencji serialu oskarżają fanów o zaściankowość. „Po co tracić czas na obrażanie ludzi, dzięki którym zarabiacie na chleb. Nie łatwiej poświęcić go na napisanie dobrego scenariusza? ” – słyszą w odpowiedzi.
Łączy się to wszystko z nowym, rozpowszechnionym głównie w mediach społecznościowych oraz na platformie YouTube modelem krytyki filmowej. Ma ona imponujący zasięg, oddolny charakter i opiera się na, słusznym skądinąd, założeniu, że o sporcie, polityce i kinie warto rozmawiać z każdym. Media głównego nurtu są w tej optyce skompromitowane, dziennikarze chodzą na pasku reklamodawców, zaś agregaty ocen w rodzaju Rotten Tomatoes, Metacritic, IMDb czy Filmwebu to jedynie przedłużenie korporacyjnego marketingu (choć w rzeczywistości to relacje twórców internetowych z ich sponsorami stają się coraz mniej transparentne). Krótkie formy i skondensowany przekaz sprzyjają wojennej retoryce. Z kolei ci z największymi zasięgami cementują internetową solidarność. „Widz nie jest tak głupi, jak się hollywoodzkim decydentom wydaje” – krzyczą.
Ukochany serial z dzieciństwa
W intelektualnie stymulującym, choć nudnym jak flaki z olejem filmie „W blasku ekranu” Jane Schoenbrun wyalienowany nastolatek wchodzi w dorosłość na wikcie z popkultury. Ukochany serial z dzieciństwa wypełnia pustkę w jego sercu, zastępuje mu wszelkie duchowe potrzeby, jest również substytutem rodzicielskiej miłości. Gdy w końcu bohater staje na granicy bezbrzeżnej samotności, jest już za późno, by zrobić krok wstecz. Stary, apatyczny i zmęczony rozdziera skórę na brzuchu, odsłaniając czeluść wypełnioną telewizyjnym szumem.
To fantastyczna scena. Uświadamia, że nostalgia, która nakazuje nam funkcjonować wyłącznie w przeszłości, może być uczuciem destrukcyjnym, prowadzić do erozji więzi społecznych. Myślę sobie o niej, ilekroć widzę te podjazdowe wojenki o Tolkiena, „Gwiezdne wojny”, Kubusia Puchatka i Pana Samochodzika. Spokojna głowa, nasze wspomnienia są bezpieczne. Idole naszego dzieciństwa, syci i wypoczęci, odpoczywają w pawlaczu. A na nowych zawsze możemy zagłosować portfelami. Niech jakimś pocieszeniem dla wszystkich wojowników popkultury będzie fakt, że nie da się cofnąć czasu i retroaktywnie zniszczyć tego dziedzictwa.
INTERNETOWE FANDOMY, Z KTÓRYMI LEPIEJ NIE ZADZIERAĆ
TREKKIES
Choć słynny serial o dzielnych pionierach kosmicznych podróży jest wezwaniem do tolerancji i międzygalaktycznej miłości, biada temu, kto nadepnie na odcisk ultrasom tej frakcji. Zwłaszcza jeśli w swojej głupocie będzie udowadniał wyższość „Gwiezdnych wojen” nad „Star Trekiem”.

SWIFTIES
Taylor Swift jest większa niż religia, muzyka oraz internet. Potrafi przejść „Mario” w lewo, dzielić przez zero i podnieść kamień, na którym siedzi. A jeśli macie wątpliwości, jej zagorzali fani błyskawicznie wyprowadzą was z błędu. A teraz śpiewamy razem: „Cause the players gonna play, play, play…”.

OTAKU
Na pierwszy rzut oka fani japońskiej popkultury wydają się niegroźni. Alergia na obiegowe opinie o mandze i anime jako poślednich komiksach oraz animacjach dla dzieci zamienia ich jednak w płonące gniewem demony. To znaczy – w Yokai.

ZNACHORZY
Proszę państwa, Wysoki Sądzie, to jest profesor Rafał Wilczur! Jeśli do tej pory nie zdawaliście sobie sprawy ze znaczenia „Znachora” przy wielkanocnym stole, czas zrewidować wiedzę o kinie. I o Polsce. Nie ma drugiego takiego filmu w historii rodzimego kina i drugiego takiego fandomu. Nie powtarzajcie im, że ubiegłoroczny remake od Netfliksa też był całkiem niezły.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















