Nowe trendy żywieniowe, czyli błonnik, babka i jelita

W ramach cyklicznych zmian na piedestale jedzeniowego bożka, teraz będzie dużo gadania o jelitach. Spróbujmy im dogodzić.
Czyta się kilka minut
// Fot. Letterberry / Shutterstock
// Fot. Letterberry / Shutterstock

Dziewięćdziesiąt pięć procent serotoniny, jaką dysponuje nasz organizm, powstaje w jelitach. Ale, niestety, nie jest w stanie przepłynąć do mózgu, gdzie, uzupełniwszy tę wytworzoną w zbyt nędznej ilości przez neurony, mogłaby zapewnić nam dobry nastrój, wolę życia i atrybuty produktywnego członka społeczeństwa ze śpiewem na ustach pchającego kierat codzienności. Każdy kolejny rok, mam wrażenie, sypie w jego łożyska kolejną szuflę piachu.

Ale niestety to nie takie proste. Począwszy od tego, że o tym tzw. hormonie szczęścia pisze się już tylko w najniższych kręgach pop-psychologii, w domenie poradniczych stron serwujących zdezaktualizowaną wiedzę, uproszczoną do poziomu komunikatu reklamowego. Masz depresję? To tylko brak serotoniny. Weź proszek. Najlepiej dwa. 

Hipotezy o osi mózg-jelita

Wiemy już od jakiegoś czasu, że tak naprawdę mało co wiemy i że przy wszystkich znacznych korzyściach dla dobrostanu pacjentów, zafiksowanie się na poziomie serotoniny nijak nie tłumaczy złożonego zjawiska depresji. Podobnie jak nie wiemy dokładnie, w jaki sposób dokładnie przebiega komunikacja brzucha z głową. Mówi się w literaturze fachowej o osi jelita-mózg, ale jej działanie to nadal obszar raczej wstępnych hipotez struganych ostrożnie skalpelem.

Ale że takowa jest, to pewne, rzekłbym wręcz, że to nasza podstawowa pionowa oś egzystencjalna (do poziomych należą np. linie kreślone przez bezradnie rozłożone ramiona). 

Przecież nawet jeśli ani kropla z brzusznej serotoniny nie przepływa w górę do głowy, to związek tego, co się zje (albo zjeść pragnie) z nastrojem i nastawieniem do świata oraz odwrotnie, wpływ myśli oraz nastrojów na bóle w dołku i zanik apetytu są faktem niezaprzeczalnym i podstawą działania comfort foods

Gdyby jedzenie dla pociechy było wysoko punktowaną dziedziną nauki, byłbym już profesorem honoris causa licznych uczelni. (Przy okazji – z dziesięć lat temu już postulowałem, żeby polszczyzna znalazła wreszcie swój odpowiednik tego terminu i co? Gdzie jest Rada Języka Polskiego, ja się pytam!).

Określeń góra/dół używam tylko przestrzennie, a nie prestiżowo – wszak jelita już doczekały się nobilitacji i bywają zwane drugim mózgiem. Może więc byśmy skupili się na szczęściu osiąganym w kiszkach, skoro szara materia pod czaszką pozostaje trudna do pojęcia.

Zmienne mody jedzeniowe: błonnik i babka płesznik

W ramach cyklicznych zmian na piedestale jedzeniowego bożka, teraz będzie dużo gadania o jelitach. Dopiero co zwracałem wam uwagę na ubóstwienie białka, ale było to, jak się zdaje, tylko skwitowanie trendu w jego fazie zejściowej, kiedy jest, owszem, wszechobecny i wyłazi z każdej lodówki, ale wytraca impet i zmierza na śmietnik, gdzie spocznie obok takich bywszych gwiazd jak margaryna. 

Uważne i życzliwe czytelniczki uświadomiły mi, że teraz na topie będzie fibermaxxing. Koniecznie z dwoma iksami, może nawet trzema, bo rzecz sprowadza się do tego, by napakować biedny brzuszek błonnikiem w każdej możliwej postaci. Mówię biedny, bo trudno potem nie mieć wzdęcia – ale to też jest częścią obrzędu, na TikToku ponoć, gdzie teraz dzieje się wszystko, co aktualne, istnieje osobny rodzaj kontentu zwany gut-tokiem (od gut – jelito). Pod tym hasztagiem influencerzy dokładnie opisują swoje, by tak rzec, wiatropędne podrygi.

Zamiast ulec pokusie skojarzeń fizjologicznych, tyleż łatwych, co wyższościowych, przyjrzyjmy się życzliwie nowej modzie. Jej znakiem rozpoznawczym będzie dla nas babka płesznik, bo pięknie brzmi. Dotąd byłem świadom jedynie istnienia babki zwyczajnej, to była druga po pokrzywie roślina, jaką poznałem w podwórkowym mikrokosmosie, przydawała się do okładania licznych ran, zanim jakiś dorosły pospieszył z gencjaną.

Uwielbiam patrzeć, jak dzielnie pcha ku słońcu swoje liście przez szpary w trotuarze, choć ciasno ułożona kostka bauma daje jej znacznie mniej szans. Płesznik nie wiem, jak rośnie, bowiem występuje u nas tylko pod postacią preparatów z nasion, które w połączeniu z wodą dają kleik, coś jak poczciwe siemię lniane, tylko turbodoładowane błonnikiem. Dobroczynne dla jelit, bo to teraz im staramy się każdym posiłkiem dogodzić. 

Jak błonnik zmienia dietetyczne trendy

W przeciwieństwie do proteinizmu, błonnikowa wiara nie jest dynamiczna, raczej medytacyjna. Bierze rozbrat z wydajnością, kładzie nacisk na równowagę. W swoim – na pewno pożytecznym – uwielbieniu otrębów, grubego ziarna i wszelkiego razowca odwraca zbożową hierarchię. 

Mimo całego gadania, że ciemny chleb jest zdrowy, do niedawna nie miałem wątpliwości, że to ten biały był symbolem nowoczesności, awansu społecznego w obyczajach. Odseparowanie otrębów we młynie wyzwalało mąkę ze śladów tego, co wsiowe, zapaskudzone, niskie i biedne. Biała mąka była symbolem postępu, higieny i cywilizacji. Dzisiaj miękki, puszysty chleb wydaje nam się pusty. 

Biel zaczęła być oznaką winy, nie cnoty. To, co usuwano jako szorstki odpad, zabrudzenie, nagle stało się częścią szlachetną. Karmi florę jelitową, zapewnia szybką sytość. Podobnie jak fermentowane produkty – jako szczęśliwi odwieczni zjadacze kapusty kiszonej i kefiru nie zauważamy, że staliśmy się niechcący także i w tym bardzo awangardowi. A któżby śmiał narazić się mikrobiomowi! Niech kiszki grają triumfalnego marsza, już teraz wypada.

Ciastka owsiano-daktylowe // Fot. Sunny Forest / Adobe Stock

Ciastka owsiano-daktylowe

175 g stopionego masła

200 g brązowego cukru

80 g białego cukru

1 jajko plus 1 żółtko

kropla ekstraktu waniliowego

250 g białej mąki

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

130 g płatków owsianych górskich

100 g drobno posiekanych daktyli

Może byłem zbyt złośliwy. Każdy dzień zaczynam od szorstkiej owsianki z kawałkiem jabłka i bywam ciągle zmuszony do luzowania paska z racji ogromnej ilości zjadanej fasoli, powinienem więc chyba nosić odznakę fibermaxxera. Płatków owsianych zresztą używam też do wielu „zdrowych” ciastek i deserów, chociaż w przypadku słodyczy nadal uważam biel czystej mąki i pochodnych za oznakę postępu i wyższej cywilizacji. Te ciastka tutaj są kompromisem – zawierają jedno i drugie.

Ucieramy masło z cukrami, aż stanie się gładkie. Dodajemy jajko i żółtko, dalej ucieramy, dodajemy ekstrakt, potem stopniowo mąkę z proszkiem, dalej płatki i na sam koniec daktyle. Lepimy z masy kulki wielkości orzecha włoskiego, układamy na blasze wyłożonej papierem w dużych odstępach, pieczemy w 170 stopniach przez 15 do 17 minut, aż brzegi będą dobrze zrumienione, ale środek pozostanie jeszcze trochę wilgotny.  

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Szczęście w kiszkach