Jesteśmy łatwopalni

Oto animacja cała zrobiona z miłości, aczkolwiek chwilami bardzo szorstkiej i pozbawionej złudzeń.

08.03.2021

Czyta się kilka minut

Kadr z filmu Mariusza Wilczyńskiego „Zabij to i wyjedź z tego miasta” / KILLIT.FILM
Kadr z filmu Mariusza Wilczyńskiego „Zabij to i wyjedź z tego miasta” / KILLIT.FILM

Przed kilkoma tygodniami umarł Krzysztof Kowalewski. Kiedy dzisiaj słyszy się z ekranu jego tubalny głos, mrówki – oraz muchy – wędrują po plecach. Bo scena, o której mowa, jest w filmie „Zabij to i wyjedź z tego miasta” najbardziej osobista. Dzieje się w szpitalu podczas sekcji zwłok matki reżysera. Mariusz Wilczyński obnaża tu skandal śmierci, jej nieprzyzwoitość i absurd. A także nasz wieczny wobec niej niedoczas.

Co więcej, podczas zszywania ciała kobiety, od łona w górę, bohaterowie gwarzą sobie o różnych gatunkach much i o czasach dzieciństwa, sama zaś animacja i jej styl (chropawy, brudny, odręczny) również staje się rodzajem zszywania – naśladuje kapryśną pracę pamięci albo snu. W ten sposób artysta wpuszcza nas do swojego uniwersum, otwiera przed nami kolejne szkatułki i odsłania kolejne rany, ale zachęca też do używania własnych narzędzi. Własnych igieł i nici.

„Zabij...” to rzecz o buszowaniu w czasie i wywoływaniu duchów: miejsc, rzeczy, konkretnych ludzi. Ci ostatni powracają w zarejestrowanych wcześniej głosach, które dzisiaj brzmią niczym nagrania z zaświatów: Ireny Kwiatkowskiej, Gustawa Holoubka, Tomasza Stańki, Andrzeja Wajdy (bądź naśladującego go wybornie Marka Kondrata). Niektórzy swoimi rolami „zrobili mu dzieciństwo”, inni – jak Tadeusz Nalepa zjawiający się we własnej osobie i utworach – byli najlepszymi przyjaciółmi reżysera. Dołączają do nich Barbara ­Krafftówna, Krystyna Janda, Andrzej Chyra, Maja Ostaszewska, Magdalena Cielecka, Małgorzata Kożuchowska…

Wraz z rodzicami reżysera zmartwychwstają wryte w pamięć postacie sprzedawczyń, sąsiadów, przechodniów, bohaterowie książek czy kreskówek. Umarli spotykają się z żywymi, dalecy znajomi z bliskimi, figury wymyślone mieszają się z realnymi, a prywatne anioły stróże z wewnętrznymi demonami. W jednej ze scen dorosły Mariusz, wielki niczym Guliwer wśród liliputów, zagląda przez okno do swojego mieszkania z czasów dzieciństwa. Widzi odmłodzonych rodziców, rozświetloną choinkę w pokoju, małego Mariuszka w łóżeczku i ze smoczkiem.

Film Wilczyńskiego, który powstawał przez czternaście lat, ma w sobie coś ze spóźnionego pożegnania, lecz także z zaklinania nieuchronnego. W innej scenie filmowy Mariusz głosem ­Holoubka mówi o swojej niewierze w śmierć. I choć to bardziej życzenie niż deklaracja, wyprawa w świat wspomnień jest czymś więcej niż tylko ucieczką w przeszłość czy podróżą do kresu. Dla głównego bohatera okazuje się równocześnie nowym początkiem. Resetem koniecznym dla dalszego funkcjonowania.

„Wilk” rysuje własną regresję w taki sposób, że staje się ona udziałem widza. Łódź pod wpływem jego kreski zamienia się w archetypiczne miasto z czasów Peerelu – istny Mordor spowity dymem z fabrycznych kominów, dzwoniący tramwajami jak na trwogę, znaczony świetlnymi ikonami Peweksu, sklepu Centrali Rybnej, kiosku Ruchu i lokalnego dancingu. W pamięci dziecka zapisała się także agresja rodzinnego miasta: tu doprawdy człowiek człowiekowi wilkiem, tym razem bez aluzji do nazwiska reżysera. Na dodatek zagnieździły się w tym miejscu znajome skądinąd moce piekielne: Woland co i raz miesza w kotle, Behemot sypie groszem, a odcięta głowa Berlioza próbuje coś powiedzieć, tyle że na wspak.


CZYTAJ TAKŻE

ROZMOWA Z MARIUSZEM WILCZYŃSKIM: Na wakacje wyjechałem jako grzeczny, pulchny chłopiec. Wróciłem z włosami do ramion, w podartych spodniach. Bo zakochałem się w Breakoutach. A potem Nalepa nauczył mnie życia >>>


Wiecznie opóźniony pociąg pośpieszny, siermiężne wczasy nad Bałtykiem, które dla dziecka i tak miały posmak raju, rozmowa telefoniczna z arogancką zawiadowczynią stacji czy fantazja o rejsie „Batorym” – to obrazy z pamięci kolektywnej przepuszczone przez indywidualny filtr. Co charakterystyczne, bywa on zarazem brutalny i czuły. Wytwarza to jedyną w swoim rodzaju emocję, objawiającą się równocześnie ściśniętym gardłem i oczarowaniem. Melancholijna „magiczna godzina” wyraża się u Wilczyńskiego nie tylko w sposobie oświetlenia kadru.

Przed nami jeden z tych filmów, w których twórca i tworzywo stają się organiczną wręcz jednością. Stąd zmysłowa faktura obrazu: widać, że papier, na którym artysta rysuje kolejne warstwy siebie, jest wymięty, posklejany, czasem wyrwany z zeszytu, a w rysunku czuje się drżenie jego ręki. Pojedyncze krwistoczerwone detale parzą wzrok niczym ognik z papierosa otwierający film. A może to światło jakiegoś wewnętrznego projektora, który pracuje wedle własnych praw? Dlatego w „Zabij...” kształty ludzkie i zwierzęce przenikają się płynnie, sytuacje powtarzają się i zapętlają, czas płynie w różnych kierunkach. Współtwórcom filmu udało się zanurzyć ten prywatno-zbiorowy mikrokosmos w wyjątkowo intymnej fonosferze. Z ekranu słychać każdy niemal oddech, mlaśnięcie, skrzypienie podłogi, a sceny, w których jedna matka (Janda) wykrzykuje przez telefon swoją rozpacz, a inna (Cielecka) znęca się w tramwaju nad swoim dzieckiem, zadają niemal fizyczne rany.

Podczas jazdy na mityczne wybrzeże Mariusz spotyka w przedziale parę staruszków (Kwiatkowska i Wajda), odbywających swoją ostatnią zapewne podróż. Kiedyś walczyli w powstaniu warszawskim, dziś wyglądają niczym zasuszona Myszka Miki i wyliniały Kaczor Donald w harcerskim mundurku. Z ich wzajemnej relacji wyłania się esencja tego, czym jest „Zabij to i wyjedź z tego miasta” – ów kolczasty splot okrucieństwa, serdeczności i humoru. Krzepki dziadunio mówi w pewnym momencie o nietrwałości kondycji ludzkiej – wszak zrobieni jesteśmy z „łatwopalnego materiału”. Nie wiem, czy mamy do czynienia z filmem zmieniającym życie, ale na pewno potrafi on wyzwalać, choćby na chwilę tylko, te lepsze, bardziej ludzkie odruchy. W tym sensie wykrzywiony groteską świat, w którym nawet anioł nad szpitalnym łóżkiem smutno zwiesza głowę, na jednych zadziała wyłącznie jak uderzenie obuchem, dla innych może być niczym gorzkie, acz skuteczne lekarstwo.

Puentująca film „Modlitwa” Tadeusza Nalepy przechodzi od błagania o jeszcze jedną szansę do wołania o miłość. „Zabij...” wydaje się cały zrobiony z miłości, aczkolwiek chwilami bardzo szorstkiej i pozbawionej złudzeń. Wbrew swemu tytułowi niczego się tu nie zabija i nie opuszcza, wręcz przeciwnie – ożywia się i obsesyjnie powraca. I choć panującej w filmie epidemii samotności i żałoby nic zażegnać nie może, a koło ratunkowe wcześniej czy później zamieni się w pogrzebowy wieniec, Wilczyński do końca odprawia swój prywatny rytuał dziadów. Robi to za pośrednictwem ruchomych obrazków, rysowanych jak kura pazurem, podpisanych szkolnym pismem. I potrafi przy tym wyzwolić imaginarium tak bogate, tak głęboko wnikające w podświadomość, że można zanurzyć się w nim bez reszty, razem ze swoimi umarłymi i żywymi. ©

ZABIJ TO I WYJEDŹ Z TEGO MIASTA – reż. Mariusz Wilczyński. Prod. Polska 2020. Dystryb. Gutek Film

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2021