Dobrze zakonserwowana – mówiono kiedyś o kobietach, których wygląd zaprzeczał upływowi czasu. Było w tym trochę przekąsu, ale także sporo uznania dla ich wysiłków, bo dzięki takim czy innym konserwantom mogły być dłużej „widzialne”, „używalne”, „przydatne do spożycia”. W dobie wirtualnych mediów i masowej autokreacji wizerunku nie tylko kobiety czują zwiększony przymus, by wyglądać jak najlepiej czy najmłodziej. Jednych zadowolą zwykłe filtry do zdjęć, dla innych działa cały przemysł oferujący rozmaite dobrodziejstwa z zakresu medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej. Pozwala upodobnić się do „zrobionych” już idoli albo spełniać fantazje na swój temat, chociaż czasem trudno odróżnić beneficjentkę/-ta od ofiary biotechnologii.
Coralie Fargeat nakręciła o tym film radykalny i zuchwały, wpuszczając do głównego nurtu kina zagadnienia i obrazy, od których na co dzień raczej to kino ucieka, w najlepszym razie traktuje powierzchownie bądź umownie. A to, że „Substancja” bierze pod mikroskop biologiczne i społeczne ciało kobiety, ma swoje istotne powody i konsekwencje.
Demi Moore, rocznik 1962 i dawna seksbomba, nie przypadkiem wciela się tu w główną bohaterkę i odgrywa swoją życiową rolę w niejednym tego słowa znaczeniu. Zresztą sam termin „wcielenie” od razu nabiera dodatkowych wymiarów: Elizabeth Sparkle jest od wielu lat telewizyjną gwiazdą aerobiku, kimś na kształt podrasowanej Jane Fondy, która w getrach, pełnym makijażu i kostiumie z lycry zachęca kobiecą widownię do bycia lepszą wersją siebie.
Choć super profesjonalna, rozpoznawalna, wyrzeźbiona, to w zbliżeniach, za sprawą bezlitosnych kamer HD, coraz trudniej jej oszukać swoją metrykę i ślady „zrobienia”. Dlatego producenci show o nazwie „Iskra życia” stwierdzają pewnego dnia (a konkretnie w dniu jej pięćdziesiątych urodzin), że pora znaleźć jakieś „świeże mięso”, rzecz jasna dla rozpalenia oglądalności programu. Zdegradowanej, zdesperowanej i osamotnionej celebrytce przychodzi w sukurs tytułowa substancja, sprzedawana na czarnym rynku i oferująca drugą młodość.
Po wstrzyknięciu eliksiru bohaterka „rodzi” dawną, fizycznie udoskonaloną wersję siebie samej o imieniu Sue, wchodząc z nią w niebezpieczną, symbiotyczno-pasożytniczą relację. Jak na ironię, alter ego Elizabeth gra młodsza o połowę Margaret Qualley, prywatnie córka Andie MacDowell, dojrzałej aktorki, która na czerwonych dywanach z dumą obnosi swoją siwiznę.
A to dopiero początek szalonej jazdy, w jaką zabiera nas reżyserka. Tylko chwilami będzie typową podróżą spod znaku społecznej satyry, wymierzonej w konsumpcyjny system i nową religię, promujące czy wręcz uświęcające to, co jędrne i młode. Fargeat wprowadza nas do wnętrza ludzkiego ciała, do jego bebechów i pojedynczych komórek. Bez filtra, sięgając po estetykę szoku, obnaża uśmiechniętą filozofię, w której nie ma miejsca na śmierć ani starość. I nie wystarczą jej oczywiste skojarzenia z Faustem czy Dorianem Greyem – twórczyni „Zemsty” szuka tropów głębiej, w bardziej archetypicznych przekazach, na przykład w baśni o Królewnie Śnieżce, złej macosze i zwierciadełku.
Dostrzega w niej opowieść o odwiecznej kobiecej rywalizacji na rynku ciał i przekłada ją na język skrajnie przerysowany, do bólu organiczny, czasem bliski popularnonaukowym animacjom, to znów monstrualnie rozbuchany efektami specjalnymi. Niczym owe zmutowane ciała, które na skutek chemicznej ingerencji zaczynają ewoluować w zupełnie nieprzewidzianych kierunkach.
Wizualna strona filmu to zresztą osobny bonus. Zanim jeszcze nastąpi przemiana Elizabeth w Sue, tudzież kolejne mutacje, kamera Benjamina Kracuna (operatora między innymi „Obiecującej. Młodej. Kobiety.”) ukazuje rzeczywistość przeskalowaną, zniekształconą, filmowaną jakby z wnętrza rzeczy. Czasami, niczym w nachalnej reklamie, fetyszyzuje wybrany z otoczenia szczegół i w podobny sposób rozczłonkowuje ludzkie ciało.
Eksponuje poszczególne jego fragmenty, widziane zarówno w swoim zestandaryzowanym, napompowanym pięknie, jak i w postępującym nieuchronnie zgrzybieniu. Sprawia to, że „Substancja” od początku odrzuca i jednocześnie fascynuje, przestrasza i śmieszy, rozsadza fikcyjny, aseptyczny mikrokosmos swoją jadowitą żółcią i organoleptycznym konkretem, a zarazem znajduje w nim bardzo specyficzną urodę. Dlatego ten film zostaje na długo, jeśli nie w trzewiach, wystawianych tu przecież na ciężką próbę, to na pewno pod powiekami.
W taki sposób Fargeat hakuje sprzężone uniwersum Instagrama, Hollywoodu, kobiecych magazynów i wielkiego biznesu sprzedających fałszywą obietnicę młodości. Krąży wokół pojęcia matrycy, matriksu, matrioszki, ażeby pokazać, jak współczesna kultura monetyzuje swój największy horror i skandal, jakim jest starzenie się, zwłaszcza kobiece.
A film robi to tak sprawnie i lekko, że ktoś mógłby powiedzieć, iż mamy do czynienia jedynie z zabawą – gatunkiem, cytatem, wynaturzeniami naszych czasów. Wszak doprowadzając do ekstremum konwencje body horroru Fargeat równocześnie wpuszcza do swojego świata obleśną muchę z filmu Davida Cronenberga, zalewa ekran kubłami krwi niczym Brian De Palma w „Carrie”, rozwija przed nami psychodeliczne wykładziny z upiornego hotelu Stanleya Kubricka i nocne kalifornijskie autostrady Davida Lyncha. Listę mniej lub bardziej czytelnych odniesień mogłabym wydłużyć, odwołując się również do ścieżki dźwiękowej, ale pozostawię widzom tę kinofilską frajdę.
Bo nie o samą żonglerkę motywami chodzi w „Substancji”. Historia kina, jej ikoniczne obrazy i postacie, wprzęgnięte zostały do wehikułu z turbodoładowaniem, miażdżącego na swojej drodze wiele iluzji i pięknych oszustw, na których ufundowano kulturę popularną. A która dziś, w dobie mediów społecznościowych, przykrywa rzeczywistość i bardziej niż kiedykolwiek ją transformuje.
Dobierając się do żywego, pulsującego mięsa owych przemian, francuska reżyserka nie bierze jeńców. Stara się maksymalnie przeczołgać swego widza, po raz kolejny rozcina go, wybebesza i zszywa na nowo, coraz grubiej i koślawiej, by poczuł na sobie, czym jest dzisiejszy obłęd nazywany ongiś łagodnie pogonią za młodością. Serwuje nam tę pozornie toksyczną substancję niczym szczepionkę – bolesną, wstrzykiwaną gwałtownymi ruchami i w końskich dawkach, lecz jakże przy tym skuteczną.
SUBSTANCJA (The Substance) – reż. Coralie Fargeat. Prod. Francja/Wielka Brytania/USA 2024. Dystryb. Monolith. W kinach od 20 września.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















