Niepewność jutra” – takie wyrażenie często dawało się słyszeć w pierwszych latach XXI wieku. Używali go wszyscy: związkowcy, reporterzy, hiphopowcy, ludzie zapytani na ulicy. I jeszcze drugie: „brak perspektyw”. Stały się wówczas trochę terminami wytrychami, być może zostały podchwycone z publicystyki albo i nawet mowy trawy, ale nieco poetycka zwięzłość, a zarazem pojemność sprawiały, że pobrzmiewało w nich dotknięcie życia i realny problem. Bo też dotyczyły uczuć, które sklejały się w szarą, nieprzejrzystą, zniechęcającą mętność, przypominającą błoto pośniegowe, w coś, przez co trzeba było nie iść, a brnąć.
Uczucia te jednak wyrastały na samym konkrecie, na powszechnej niemal pewności, że po szkole nie będzie pracy, a jeśli praca będzie, to za marne pieniądze, i że całe życie będzie polegało na nieustannym łataniu coraz to nowych dziur. Była to smutna odpowiedź serca na wizję trwania, które nie wiadomo, jak długo, ale wiadomo, że będzie rozczarowujące, pełne głosów: nie ma, nie da się, nie będzie, nie można.
Czy apatia może być postawą pragmatyczną
Może jest to jednak diagnoza wędrująca, i różne czasy, różne dekady mają swoje odmiany takiego intuicyjnego odczucia powszechnego zniechęcenia, trzeba jedynie zaktualizować swoją wizję. Różni ludzie pytają: dlaczego i młodzi, i dorośli niby mają wszystko (to znaczy: więcej niż w 2005 r.), dlaczego statystyki takie pozytywne, a są tacy obojętni, wycofani we własne sprawy, dlaczego są niezadowoleni, depresyjni, nie chcą budować, walczyć, wspinać się i entuzjastycznie starać? Przecież kiedyś człowiek nic nie miał, a chciał (podobno).
Tam, gdzie odpowiedzi nie dają liczby, może pomóc poeta, choćby i amator – grunt, by był spostrzegawczy; bywa, że to taką drogą da się ująć trafnie coś tak niewymiernego jak ducha swojego czasu. Może zatem czas odkopać „niepewność jutra” i „brak perspektyw”, by przymierzyć je do nowej rzeczywistości. Pomogą nam one zrozumieć odruchowe przekonanie, że nic nie warto, i to, że apatia może być postawą pragmatyczną, niestety.
Początek wieku to poczucie długiego trwania biedy i marazmu, stagnacji bez końca. Teraz funkcjonujemy dla odmiany w świecie mignięć, krótkich trwań, samych początków – i od razu końców. Oba warianty mogą poskutkować odruchową reakcją: „nie warto”, i, jak mawiano w staropolszczyźnie, dojutrkowością, czyli życiem z dnia na dzień.
Zróbmy małą symulację: uczyłam się na kierunku „z gwarancją sukcesu” – i co z tego, wiatr powiał z innej strony; zostałem programistą – i co z tego, skoro mnie zautomatyzują; wyprowadziłem się na wieś, by pracować zdalnie i mieć więcej czasu dla rodziny – zażyczyli sobie pracy z biura, więc to z rodziną, a nie z szefem rozmawiam na wideo. Ostatnie lata przyniosły nam do tego spektakularne zmarnowanie społecznej energii. Jakieś inicjatywy, wnioski, protesty, petycje – czy ktokolwiek je uszanował? Wszystko, co miało być stałe, zaczęło się ekspresowo kruszyć, wszystko, co próbowano schwytać, rozsypywało się w rękach.
Rzeczywistość kasuje nasze plany, zanim zdążymy się nad nimi zastanowić
Przez pewien czas ludzie z większą skłonnością do ryzyka starali się ograć ten mechanizm, wyprzedzając jego zasady: zgromadzić szybko maksymalnie dużo pieniędzy (zostać influencerem, inwestować w ryzykowne narzędzia finansowe), wziąć forsę i w nogi – a potem cieszyć się bukietem nabytych nieruchomości. Ale i ich chyba dopadło, bo nie wszystko przecież można kupić. Po co mam urządzać mieszkanie, skoro nie wiem, czy będę w nim mieszkać – to mówią nam fotografie nowych lokali, wyposażonych tak, by nie marnować energii na nadmierne cieszenie się własnym miejscem na ziemi i móc jak najszybciej się z nich wyprowadzić…
Rozmowa zaś o tym, czy, jakie i dlaczego w Polsce ludzie chcą zakładać rodziny, zmieniła się w pusty festiwal radosnej pogardy pod pozorem dbałości o sprawy ważne – fasadowe embargo na pogardę, o której tak dużo mówiono w czasie ostatnich wyborów, najwyraźniej się zakończyło i teraz już można. Wielu nie mogło się doczekać.
Nie jest to obraz radosny. Nie jest też oczywiście nowy ani jedyny i nie pierwszy raz w historii Ziemi, gdy rzeczywistość kasuje nasze plany, zanim zdążymy się nad nimi zastanowić. Albert Camus proponował, by wyobrazić sobie Syzyfa szczęśliwym, John Keats cenił „zdolność negatywną”, czyli ćwiczenie w sobie tolerancji na niepewność i brak odpowiedzi.
Niewątpliwie zawsze warto posłuchać filozofa i poety. Ale pamiętam też doskonale, kiedy dawno, dawno temu ktoś, w chwili, kiedy miałam nad i przed sobą zbyt wiele przerastających mnie spraw, stanął przy moim stole i doradził mi, bym wyobraziła sobie, jak małe są moje kłopoty z perspektywy kosmosu. Kto wie, pewnie miał trochę racji. Ale w tamtym momencie mogłam być na niego jedynie bardzo, bardzo zła.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















