Noe jest właścicielem tego statku – tłumaczę dwuletniemu synowi koleżanki, nie wdając się w biblijne szczegóły. Kto by przewidział, że na naszym sekularyzującym się kontynencie Arka Noego będzie wszechobecnym motywem zabawek dla dzieci? Nasza arka wydaje odgłosy zwierząt i mówi wierszyki, ale jest zupełnie bezcelowa, bo wszystkiego jest po jednym egzemplarzu. Jeden Noe, koń, krowa, żyrafa, słoń i lew. Projekt skazany na zagładę.
Świnia w błocie i piosenka o pająku
Pluszowa arka, którą widzieliśmy u znajomych, jest już bardziej zgodna z oryginałem, zawiera pary maleńkich pluszaków. Tylko Noego brak. Rozumiem jednak urok tej konwencji, pozwala połączyć zwierzęta egzotyczne i domowe w jednej zabawce, jak nic innego. I tak biblijny mit wylądował w każdym niemal sklepie z zabawkami jako milusi zwierzyniec. Właściwie czemu nie? I tak już był z recyklingu, gdy trafił do naszej świętej księgi.
Oprócz arki, w produktach dla dzieci natrętnie występuje świnka taplająca się w błotku. Tego już nie rozumiem i o ile sobie przypominam, sama nigdy nie widziałam świnki radośnie tarzającej się w błotnistej kałuży. Tymczasem w książeczkach dla dzieci nie można się od nich opędzić. Bardziej realistyczne byłoby, gdyby nasze miejskie dzieci poznały kota, psa, gołębie i szczury oraz ewentualnie kaczki i łabędzie, bo są w parku. Rozumiem jednak, że gdzieś zostało postanowione, iż na tym etapie życia trzeba poznać katalog zwierząt bliskich naszym przodkom i zgłębić odgłosy całego atlasu zwierząt.
Gdy zdarzy mi się zająć czymś innym niż dziecko i gdy nie muszę od szóstej rano wielokrotnie śpiewać tej samej piosenki o pająku, którego deszcz wypłukał z rynny, w wieściach z matczyzny dociera do mnie, że dzieci i zwierzęta są na kolizyjnym kursie. Według uczestników Marszu Niepodległości i prawicowych publicystów, posiadanie przez kobiety psa lub kota zagraża demografii. Albo masz psiecko, albo dziecko – zdają się uważać.
Polacy chcą mieć dzieci. Trudniej jest im łączyć się w pary
Winne są oczywiście bezdzietne kobiety, nie mężczyźni. Nawet na okładce „Polityki” umieszczono kobietę z pustym becikiem. I macie odpowiedź, w czym problem: jeśli kobieta sama ma się tym dzieckiem zajmować, to może go wcale nie chcieć mieć. Jeśli miałaby mieć je sama, to by się na to przygotowała. Gorzej mieć dziecko z pozorem obecności ojca, który potem albo znika i nie wywiązuje się z alimentów, albo okopuje się w pracy lub męskiej roli, która nie pozwala mu zająć się dzieckiem, domem czy kuchnią.
Demografowie zresztą mówią, że Polacy chcą mieć dzieci i mają je, gdy stworzą parę. Tylko trudno im stworzyć pary, bo kobiety i mężczyźni mieszkają gdzie indziej i myślą inaczej. A gdy już mają dziecko, to kobiety po jednym mają dość, inaczej niż mężczyźni. I to właśnie zapewne wskazuje, czyim kosztem ma się dzieci.
Tak, to ostatecznie kobiety angażują w posiadanie dzieci swoje ciało, zdrowie i kawał życia. Moje życie dziecko też zmieniło nieproporcjonalnie bardziej, mimo sytuacji dość luksusowej: świetnie gotującego ojca dziecka, który może wrócić z pracy, żeby zrobić i zjeść ze mną obiad. Nie bywam sama z niemowlęciem bez przerwy przez 10 godzin. Ale i tak, gdy zdarzyło mi się jedno trudniejsze popołudnie, zastanawiałam się na serio, jak to się stało, że gniew młodych matek zostawionych samych w domach z niemowlętami nie podpalił jeszcze świata.
Opieka nad psem i kotem uczy odpowiedzialności za życie
Gdzie tu zatem wina psów i kotów? Wina wyobrażona przez ludzi, którzy nie mają chyba pojęcia o tym, jak wygląda życie ze zwierzakiem i opieka nad nim. O tym, że opieka nad zależnym od ciebie życiem, które trwa kilkanaście do dwudziestu lat, ćwiczy ten sam mięsień troski, czułości i rezygnacji ze swoich planów, który przydaje się przy dzieciach. A przebywanie z psem czy kotem wyrabia umiejętność komunikacji z niewerbalnym ssakiem, bardzo przydatną przy niemowlaku. Ba, dzieci szybciej się usamodzielniają.
Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo to prawdziwe, kiedy do rozmów koleżanek o dzieciach wtrącałam się komentarzem: „To zupełnie jak Bluma”. Co poradzić, podobieństwa się narzucały, nawet jeśli było im to nie w smak. Bo Bluma była kotką. Zgarniętą z jerozolimskiego ulicznego śmietnika, charakterną towarzyszką trzynastu panieńskich lat mojego życia. Neurotyczna, agresywna wobec obcych i z czasem coraz ciężej chora, co pochłaniało w kryzysowych momentach spore sumy. Życie z nią obnażało wiele moich wad i zalet, gdy chodzi o odpowiedzialność za drugie życie.
Gdy zostałam matką, któraś z koleżanek spytała, czy nie wstrząsnęło mną to, że trzymam w ramionach życie, za które jestem odpowiedzialna. Długo myślałam o tym, dlaczego nie. Chyba właśnie dlatego, że rozmaite psie i kocie życia, porzucone przez innych, przyjęte u nas i ukochane, trzymałam w ramionach od dziecka. Czasem musząc podjąć też trudne decyzje w obliczu cierpienia i chorób. Czuję w sobie mięsień czułości i troski, który wtedy wyćwiczyłam, gdy dziś pielęgnuję innego bezradnego, niewerbalnego ssaka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















