Fotografowanie śniadań” – tak lekceważąco wyrażali się niektórzy, gdy rozpowszechniły się kieszonkowe aparaty cyfrowe, a potem fotografia mobilna.
Szybko przyczyniło się to do wyrobienia nowego, powszechnego nawyku spontanicznego rejestrowania życia, a czasem budowania sobie drugiego, równoległego w obrazach: tego „dla wspomnień”. Godne zachowania stawały się dzięki temu nie tylko chwile w utartym mniemaniu wyjątkowe, ale wszystko dookoła.
„Nic mnie nie obchodzą cudze śniadania!”, powtarzali ludzie, którym nie podobał się ten zwyczaj i których zdaniem nie wszystko było zdjęcia godne. Narzekali na nadprodukcję i zalew obrazów. A może nawet, to grzech najgorszy, ktoś się chciał swoim śniadaniem pochwalić.
Bardzo lubię te zdjęcia. I śniadania, i połowę czyjegoś czoła w kadrze, i rozmazane światło latarni nocą, nieudane makro – chybione próby zrobienia portretu trzmielowi – i widok na morze z pochyłym horyzontem.
Co mówią zdjęcia tostów, bułek i kawy
Lubię starą, „niewyjątkową” fotografię, z czasów, gdy kliszę starano się oszczędzać na specjalne okazje, na jubileusz czy wakacje – a mimo to ktoś zrobił zdjęcie zwyczajnego podwórka, jabłek na ceracie. Podczas wycieczki do Krakowa – obok obowiązkowych kadrów z Wawelu i Rynku, jakiś niepozorny, może niewyraźny widok złapany po drodze, może kawałek graffiti na murze, może czyjaś kurtka.
Ale z przekonania o zalewie obrazów po pewnym czasie zostaje niewiele, zaledwie jakiś osad. Urządzenia, którymi je wykonano, mają krótkie życie, podobnie strony internetowe i serwisy hostingowe, którym powierza się swoje pliki. Dane cyfrowe ulatniają się jak kamfora.
W czasach kliszy, gdy fotografowanie i wywoływanie zdjęć wymagało więcej wysiłku i pieniędzy, Amerykanin Stephen Shore wpadł na pomysł, by utrwalać krajobraz przemysłowy, zmieniany ręką człowieka, i fotografować go jak pejzaż górski. Ponieważ trudno na takie wyprawy wybierać się bez śniadań, rejestrował także to, co zjadał w różnych barach po drodze.
Efekt to niezmiernie wciągająca kolekcja zdjęć tostów, bułek, kaw; mówią bowiem o czymś więcej niż tylko o tym, co zjadł Shore. Którędy i dlaczego prowadziły trasy, których być może już nie ma; co uchodziło za smaczne i pożywne, ile kosztował posiłek na kieszeń przeciętnego podróżnika, od jakiej kawy zaczynano dzień.
Takie pozornie błahe rzeczy, które wydają się mniej godne uwiecznienia niż powiedzmy widok słynnej góry o świcie – ale później, gdy chcemy dowiedzieć się po latach, jak żyli i jacy byli ludzie, to właśnie takie banalne obrazy mówią nam najwięcej – bo tosty Shore’a to śniadania jadane w świecie, który już nie istnieje.
Zdjęcia z przeszłości: zetknięcie z codziennością
Czasami takie małe obrazy to jedyna pamiątka i dowód jakiegoś „się”: tego, jak się żyło, jak się jadało, jak wyglądał przeciętny dzień, biurko ucznia, kolacja rodziny, czekanie na przystanku.
Owo „się” to wata, która wypełnia przestrzeń między Wydarzeniami, i to, co robimy w oczekiwaniu na Wydarzenia, które przecież nadchodzą raczej z rzadka. Choć i o nich można opowiedzieć przez to, co wpada gdzieś w kąt oka: walizka, którą zabieramy do szpitala, rozkład jazdy pociągów w nowym mieście po przeprowadzce, mycie naczyń po pierwszym samodzielnym posiłku dziecka.
Większość ludzkiego życia, a można wręcz buńczucznie powiedzieć, że większość dziejów cywilizacji to właśnie „się”. Dwudziestowieczni historycy starają się rekonstruować jego zawartość poprzez księgi sądowe. Archeolodzy niejednokrotnie muszą rozkopywać zawartość prastarej toalety (bo tam przedmioty codziennego użytku zachowują się w szczególnie dobrym stanie). Te nadmiarowe, niby niepotrzebne zdjęcia pozwalają zetknąć się z czyjąś codziennością w sposób przystępniejszy i może nieco bardziej higieniczny.
Teraz najpopularniejszym formatem są krótkie filmy, niestety często jeszcze mocniej skazane na żywot jętek jednodniówek niż fotografie. Dawniej były domeną domowych pasjonatów, którzy podążali za bliskimi z ciężką kamerą przy oku (ich wysiłek upamiętnia teraz doroczny Home Movie Day, gdzie domowe archiwa pokazuje się w kinach). Teraz przemykają pospiesznie przez ekrany smartfonów i na razie denerwują swoją hałaśliwą wszechobecnością, ale już staram się myśleć o nich inaczej, żeby nie zostać tym marudą antyśniadaniowym. Kiedyś będą cenne, bo zdjęcie nie rejestruje urywka rozmowy nad talerzem kanapek.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















