Kiedy ostatnio wysłaliście albo otrzymaliście pocztówkę? (Ja niedawno – dziękuję, Mario). Bo są ludzie, którzy bardzo by chcieli. Założona przez pewnego Portugalczyka strona Postcrossing.com ma łączyć ludzi z różnych miejsc na Ziemi właśnie poprzez wysyłanie sobie nawzajem pocztówek. To proste jak drut: za każdą wysłaną kartkę otrzymuje się inną od losowego użytkownika.
Takie inicjatywy zawsze są wzruszające w swojej bezinteresowności, trochę jak ta zabawa w pozostawianie w różnych miejscach pomalowanych kamyków. Ale moją uwagę przyciągnęło coś innego. W statystykach najszybciej przybywających użytkowników według kraju, na zdecydowanym prowadzeniu znalazła się Rosja.
No oczywiście – czemu się dziwić, przecież tam władza idzie już na całego w budowaniu wymarzonego świata na opak i zamiast internetu wprowadza rządonet, który ma produkować jeszcze bardziej doskonale biernych konformistów. Pewnie widzieliście tę propagandową piosenkę: karne pionierzęta z Wołgogradu podskakują wesoło, śpiewając, że „nie potrzebują waszego głupiego internetu” i że teraz, bez trujących miazmatów z Zachodu, dopiero będą krzepkie jak rzepki.
Wszystko można oczywiście próbować sprzedać jako tzw. kwaśne winogrona, można także wywijać liczne akrobacje wokół słowa „suwerenność” i także na treści tępe i uwłaczające godności zawsze, niestety, znajdzie się jakiś chętny. Nie ma się więc co dziwić, że ktoś woli przyjemną ekscytację oczekiwania na kilka neutralnych słów z pocztówki od nieznajomego.
Oczywiście, ostatnie lata życia w rzeczywistości wielopiętrowych fikcji, kłamstw i podstępów naturalnie wzmagają podejrzliwość i bywa, że najchłodniejsze głowy zaczynają doszukiwać się wszędzie czegoś szemranego. „Oho, znowu ten stary numer ze złym carem niedźwiedziem i poczciwymi zwykłymi misiami”, przemknęło mi przez myśl, bo też sztuczka ta cieszy się nieustającą popularnością. A może to te zamroczone dzieci z Wołgogradu wysyłają w świat pocztówki w ramach praktykowania życia bez prądu?
Ale też rzeczywistość życia na podsłuchu, chyba w każdym miejscu na świecie, w którym się to dzieje, niejako odruchowo uczy ludzi życia równoległego. Środowiskiem swobodnego bytowania stają się krecie korytarze, drugą naturą – udawanie. Na głowie wtem wyrasta druga twarz – jedna na okazje prywatne, druga na oficjalne. Każdy staje się biegły w nowym języku obcym – języku władzy. Jest to też męcząca gra, w której udział biorą w jakimś stopniu wszyscy, w tym strażnicy szczelności systemu. Być może w Polsce wyszliśmy już z wprawy (jaka to radość nie musieć), ale były to przecież i nasze zwyczaje, i kto wie, czy nie trzeba będzie znów kiedyś poczytać sobie „Życia na niby” Kazimierza Wyki.
Spróbujmy zatem w dobrej wierze przyjąć, że to nie wesoło indoktrynowane dzieci wysyłają te kartki, a że raczej mamy do czynienia z czymś podobnym do „sztuki poczty”. To powojenny fenomen niskobudżetowej, kieszonkowej i osobistej sztuki, w której równie ważne, co kompozycja i pomysł, są droga, jaką przebywa wiadomość, i łączność między nadawcą i odbiorcą.
W Polsce lat 70. praktykowali mail art artyści awangardowi i konceptualni, jak Zygmunt Rytka czy Ewa Partum, a potem punkowcy ze sceny zinowej i niezrzeszeni załoganci, jak wspaniały niepokorny wiolonczelista Bolesław Błaszczyk. W czasach ograniczonej swobody podróżowania i pracy umożliwiało to udział w globalnej łączności ze światem sztuki, „sieci artystów bez wiz i paszportów”. Niekoniecznie oznaczało to (i tak może być też tutaj) zaangażowanie w jakąś opozycję, raczej wykopywanie małych, prywatnych norek wolności.
Przede wszystkim jednak pocztówka lot ma swobodny. Pozostawia nikły ślad. Pocztówkę może odczytać osoba postronna w sortowni (choć nie musi zrozumieć jej zawartości, gdy będziemy odpowiednio tajemniczy), może ją nawet wyrzucić – ale fizyczne przeglądanie jest, na szczęście dla korespondujących, zniechęcająco nieefektywne.
Pocztówka nie donosi też na bieżąco, gdzie jest nadawca. Może dotrzeć na adres, pod którym ktoś bywa z rzadka, i można ją wysłać z dalekiej gminy. To jeden z przykładów, gdy prostsza, pozornie prymitywniejsza technika zwycięża – tak jak przenoszenie danych na pendrive’ach podczas blokady internetu, maszyna do pisania, albo kartka i ołówek. Nie jest to najchlubniejszy przykład do naśladowania, ale podobno Osamę bin Ladena tak trudno było odnaleźć, ponieważ wydawał wszystkie dyspozycje na ręcznie pisanych notatkach. A najlepiej jeszcze do tego pisać niewyraźnie.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















