Jak dziwnym zjawiskiem była internetowa „era influencera”

Są obszary uzgodnionego społecznie kitu: np. reklama, programy typu reality show albo kampania wyborcza. Ale kanał popularyzujący architekturę?
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Są obszary, w których istnieje pewna milcząca, obustronna zgoda co do pewnej zawartości ściemy i kitu. Nadawca wciska kit albo tak ostentacyjnie, że wiadomo, z czym mamy do czynienia, albo przeciwnie – stąpa po cienkiej, lecz wyraźnej linii, świadomy, że odbiorca mu do końca nie wierzy. 

Społeczna zgoda na wciskanie kitu

Ten zaś wysłuchuje i może nawet z uprzejmości przytakiwać, chociaż od początku i tak wie swoje (wyobraźmy sobie tu w ramach efektu dźwiękowego pobłażliwe „tak, tak” albo piękne i zwięzłe śląskie „ja, mhm”). Ale czasami decyduje się dla jakichś własnych korzyści – na przykład poprawy samopoczucia i przyjemności zapatrzenia się w czarodziejskiego ptaka ułudy – do jakiegoś stopnia ten kit kupić. 

Wiem, że to nieprawda, mówi sobie, ale co mi szkodzi. Obnażanie faktów może być ekscytujące, ale z jakiejś przyczyny ludzie wciąż urozmaicają sobie życie wymyślaniem plotek.

Takie obszary uzgodnionego społecznie kitu to na przykład reklama, programy typu reality show albo kampania wyborcza. Odbiorcy wiedzą, że to nie jest na serio, że żel pod prysznic nie przenosi na rajską wyspę, że „spontaniczne” sceny w programie zostały wyreżyserowane i że zwycięska partia jak zwykle rozczaruje, ale w jakimś stopniu zgadzają się na to, by im pięknie kłamano.

To taka niepisana umowa o obecności pewnej dawki (limitowanej, na przykład przez Komisję Etyki Reklamy) ściemy w życiu codziennym. 

Ściema z ery influensera

Ale – mimo wszystko – chyba możemy się zgodzić, że do takich obszarów raczej nie należy edukacyjne konto internetowe o architekturze. Gdy ktoś twierdzi, że „popularyzuje wiedzę”, to chciałabym ufać, że jest to ktoś biorący odpowiedzialność za swoje słowa. Ale, widać, czynię nieroztropnie.

Przypadkiem trafiłam na taki kanał internetowy, gdzie w jednym z filmów „popularyzator wiedzy o architekturze” coś bardzo przeinaczał, myląc ze sobą dość znane zjawiska. Ktoś z widzów w dobrej wierze chciał to sprostować i coś dopowiedzieć. Niebaczny! Popularyzator odpisał mu z pełnym samozachwytem: „to moja ściema sprawiła, że się odezwałeś i zwiększyłeś widoczność mojego filmu!”. 

Nigdy tak bardzo nie marzyłam o tym, żeby siłą odebrać komuś telefon i wrzucić do najbliższej rzeki. Nie chodziło jedynie o tę bałwańską arogancję. Najbardziej chyba o to, że był tak łapczywy i przez to swój kit wciskał topornie i bez wdzięku. Każdy sprzedawca magicznych garnków wysłałby go do przedszkola. Oczywiście, było w tym coś z przestrogi: zobaczcie, czego to człowiek nie zrobi dla zysku. Ale też przypomnienie, jak dziwnym zjawiskiem była internetowa „era influencera”.

Wielka ulga: odpoczynek od ściemy

Gdy dopiero rozpowszechniał się dostęp do internetu, kampanie i memy mówiły jednym głosem, że sieć daje nieskończone możliwości udawania i kłamania. Satyryczny rysunek z „New Yorkera” (już z 1993 roku!) głosił: „w internecie nikt nie wie, że jesteś psem”. Mało kto posługiwał się prawdziwym imieniem. Na plakacie znanej ostrzegawczej kampanii społecznej obleśny dorosły podszywał się pod 13-letnią Anię.

Ale później coś się zmieniło: na krótką chwilę internet dawał szansę, by zostać sławnym i żyć z tego, że jest się po prostu sobą. Popularny profil w internecie mógł założyć każdy, człowiek z ulicy jak ja i ty, wystarczyło, że miał jakiś pomysł i odrobinę determinacji. Niektórzy skorzystali z tego okienka szczęścia i zarobili sobie już pewnie na emeryturę. 

Tym, co im służyło, była aura autentyczności, która sprzyjała zaufaniu w to, że ktoś zachowuje się naturalnie i raczej mówi to, co faktycznie myśli. Influencerzy świadczyli przecież swoją twarzą i nazwiskiem, a kto chciałby stracić twarz? Przecież czasem nawet pokazywał ją bez makijażu! Z punktu widzenia publiczności była to wielka ulga: móc odpocząć od ściemy.

Oczywiście, nie da się być sobą bez końca, zwłaszcza na wizji. Influencerzy musieli w końcu stać się aktorami zawodowo grającymi jedną rolę – siebie. 

Trudno się pożegnać z obietnicą

Publiczność przez jakiś czas „aktualizowała system”: ludziom zdarzało się wierzyć w to, że gdy ktoś płacze, to koniecznie musi włączyć kamerę, albo w to, że filmiki z idealnego życia rodzinnego to spontaniczne sceny z codzienności, a nie produkcje realizowane w wynajętych pomieszczeniach, które sprząta zawodowa ekipa. Koniec końców „naturalni i normalni” ludzie z internetu stali się tak samo odlegli i niewiarygodni jak zawodowi celebryci.

Publiczność nabrała dystansu, choć trudno było pożegnać się z obietnicą autentyczności. Teraz ta dziwna anomalia najwyraźniej dobiegła końca. Standardem jest ponownie świat magicznych garnków. Na szczęście człowiek się na to dość szybko uodparnia i zaczyna udawać, że słucha, a w rzeczywistości ma ochotę pokazać, że jedzie mu tu czołg. 

Bez kitu! // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

// grafika na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Życie w kicie