Dwieście dolarów za godzinę. Tyle ponoć możesz zarobić w stanie Utah, jeśli tylko wyglądasz jak Jezus. Potrzebne jest jedynie silne podobieństwo, które wyraża się w posiadaniu brody i długich włosów oraz ogólnym byciu ładnym. Trend trwa już od paru lat. Długowłosi trzydziestoletni mężczyźni, a nawet pięćdziesięciolatkowie (sic!) pozują do świątecznych fotek, ślubnych zaproszeń, rodzinnych portretów czy scen błogosławienia dzieci.
I tu przeszedł mnie dreszcz, bo jednak to jest całkiem żywy facet, tyle że z długimi włosami i obsadzony chwilowo w Jezusowej roli, utrwalony na zdjęciu ślubnym lub rodzinnym jako błogosławiący Zbawiciel. A przecież życie uczy, że możesz go potem spotkać w barze albo, co gorsza, w jakiejś niechlubnej sytuacji. Albo twoje dzieci za kilkanaście lat spotkają Jezusa ze swojego rodzinnego obrazka. Chyba bym nie ryzykowała.
Jeden z modeli Jezusa miał jednak sytuację przeciwną, gdy został zaczepiony przez kobietę, która właśnie prosiła Boga o znak, a zobaczyła jego. Nie zrobiły na niej wrażenia tłumaczenia, że nie jest prawdziwy. Aż strach się fotografować, ale jeśli „Wall Street Journal” nie kłamie, to biznes Jezusowych modeli w Utah ma się dobrze.
Bardziej może niż to, że natkniesz się potem na swojego foto-Jezusa w kompromitujących okolicznościach, niepokoi mnie jednak inny problem wizerunkowy. Te niebieskie oczy, długie włosy, uroda – kto powiedział, że Jezus tak wyglądał? Tak, ten Żyd, Galilejczyk z początków I wieku naszej ery. Czy wcielenie koniecznie oznacza, że musiał być z niego przystojny chłopak, czy mógł być zupełnie zwykły? Oraz, czy wreszcie mógłby na obrazach i w grafikach przestać być Europejczykiem i blondynem? Czy to tak wiele oczekiwać w XXI wieku, że Jezus z domu Dawida, zrodzony z matki Żydówki z Nazaretu, nie będzie dejudaizowany?
Z dejudaizacją to wcale nie żarty. W XIX i na początku XX wieku antysemiccy chrześcijanie szukali sposobu, żeby Jezusa od jego żydowskich korzeni uwolnić. Inna rzecz, że jak się zdejudaizuje Jezusa i potem jeszcze Biblię, to niewiele z chrześcijaństwa zostaje. Ćwiczenie to przerabiali już marcjonici w II w. n.e., gdy pozbyli się Starego Testamentu i wszystkiego, co odnosi się do Stwórcy, aż zostali z samą Ewangelią Łukasza i paroma listami Pawła. Paradoksalnie, w czasach nowożytnych w tę samą pułapkę wpadli nie tyle konserwatywni protestanci, co liberałowie, którzy używając metod historycznych chcieli oddzielić Jezusa od współczesnego mu judaizmu. Tych wszystkich faryzeuszy, krwawych ofiar świątynnych, rzekomego legalizmu…
Ile razy słyszycie, że kaznodzieja maluje judaizm z czasów Jezusa jako niegodne go tło, niech się wam zapali czerwona lampka! A że to będzie przy co drugim kazaniu, to już inny problem. W XIX wieku uczeni bibliści z Tybingi uważali, że choć chrześcijaństwo wyrosło z judaizmu, to porzuciło jego nacjonalistyczne i konserwatywne skłonności. Potem uczony Albrecht Ritschl widział rozwój chrześcijaństwa w porzucaniu judaizmu, co wpłynęło na jego uczniów, wśród których byli znani Adolf Harnack, Wilhelm Herrmann czy Rudolf Bultman, a potem ich uczniowie Karl Barth i Ernst Käsemann, autor popularnych prac o Nowym Testamencie, zajmujący się po wojnie historycznością Jezusa.
W Polsce ten nurt reprezentował wykształcony w Rosji i Niemczech prof. Tadeusz Zieliński, ojciec warszawskiej filologii klasycznej, którego, gdy obejmował w 1922 roku profesurę na Uniwersytecie Warszawskim, witano słowami Habemus papam! Zieliński uważał, że to hellenizm, a nie judaizm, był gotowy na przyjęcie chrześcijaństwa, pisząc zaś o Jezusie spekulował o wielonarodowym regionie Galilei pełnym helleńskich wpływów i tym, że Jezus tam wybrał uczniów. Twierdził, że Jezus był durch und durch Antijude, do cna anty-Żydem. Trzeba jednak przyznać, że w latach 30. polemizujący z nim na łamach „Ateneum Kapłańskiego” księża nie zostawiali na jego dejudaizacyjnych zabiegach suchej nitki.
A dziś jakiego Jezusa słyszycie w kazaniach? Blond i zdejudaizowanego czy osadzonego dobrze w swoich czasach, swoim narodzie, jego oczekiwaniach, Pismach, sporach i troskach? Spierającego się z faryzeuszami, bo byli tak bliscy, czy faryzeuszami pokazanymi, jakby byli karykaturalnie od niego różni? Interpretującego Prawo, porzucającego je jako skamielinę, niepotrzebną i ani nie ludzką, ani nie boską? Zdejudaizowany blond Jezus może się okazać równie fałszywy jak ten z sesji zdjęciowej w Utah.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















