Woda przyciąga jak magnes w nocy i w dzień. Setki milionów hinduskich pielgrzymów przez ostatnie sześć tygodni przybywało do Prajagradź, w stanie Uttar Pradeś, nad sangam, czyli połączenie trzech rzek: Gangesu, Jamuny i mitycznej Saraswati. Wierzą, że udział w obchodach Wielkiego Święta Dzbana – Maha Kumbh Mela, czyli zanurzenie w zimnych wodach, oczyści ich z brzemienia złych uczynków.
Maha Kumbh Mela – największe zgromadzenie religijne na świecie
– Mam wielkie szczęście – mówi Arsalan, którego wraz z żoną i dziećmi spotykam w pociągu z Lalrgah, w stanie Radźastan, do Prajagradź. Czteroosobowa rodzina podróżuje w ścisku przez ponad 24 godziny, na wąskiej kuszetce trzeciej klasy. Mężczyzna tłumaczy, z jakim trudem udało mu się kupić bilety, które rozeszły się dwa miesiące temu w zaledwie kilka sekund, choć indyjskie koleje uruchomiły ponad 90 specjalnych pociągów, które podczas święta wykonały blisko 3300 dodatkowych kursów. – Każdy chce zanurzyć się w wodzie. Ale największym szczęściem jest to, że żyjemy w tym właśnie życiu – podkreśla dobitnie.
To ostatnie zdanie mówi mi każdy napotkany pielgrzym – tegoroczne obchody Kumbha Meli są bardzo pomyślne, gdyż przebiegają w czasie wyjątkowego układu Ziemi, Słońca, Księżyca i Jowisza występującego raz na 144 lata.
W rozmowę na korytarzu pociągu wtrąca się inny podróżny, który z dumą wspomina, że nie jest to jego pierwszy udział w tym święcie. Brał on rytualną kąpiel w 2019 r. Kreśli na kartce papieru mapę, wyjaśniając zawiłość religijnego cyklu. Pojawiają się cztery kropki: Haridwar u podnóża Himalajów, gdzie Ganges wypływa na równiny, Prajagradź na nizinie Gangesu oraz miasta Udźdźajn nad rzeką Sipra i Nasik nad rzeką Godawari. Co trzy lata święto obchodzone jest kolejno w tych miejscowościach, powracając do każdej z nich co 12 lat. Nic nie jest tu przypadkowe. To w tych bowiem miejscach spadły krople amryty, nektaru dającego pijącemu nieśmiertelność. Dzban z niebiańskim napojem z rąk demonów wyrwał bóg Wisznu, jeden z hinduistycznej trójcy, obok Śiwy i Brahmy. Niechcący strącił on krople amryty na ziemię, niosąc naczynie do nieba. Wszyscy podróżni kiwają głowami na potwierdzenie tej opowieści.
Do celu docieramy przed czwartą rano. Tłum wysypuje się na peron. Zaspane niemowlęta zwisają na ramionach matek, mężczyźni dźwigają walizki, plecaki, tobołki. Ludzie wsiadają do tuk-tuków, tłoczą się w autobusach. Jak lunatycy kierują się w stronę centrum miasta, by móc jeszcze przed świtem dotrzeć nad wodę.
Jadąc szeroką, nową, oświetloną estakadą co i rusz widzimy olbrzymie bilbordy z podobizną premiera Indii Narendry Modiego, który z delikatnym uśmiechem na twarzy wita każdego przybysza do Prajagradź. Wstępne szacunki mówią, że od 13 stycznia, kiedy rozpoczęło się święto, do jego zakończenia 26 lutego, do miasta mogło przyjechać ponad 500 mln wiernych. Dla porównania, w pielgrzymce do Mekki w Arabii Saudyjskiej w 2024 r. wzięły udział 2 mln muzułmanów. Oznacza to, że Maha Kumbh Mela była największym zgromadzeniem religijnym na świecie.
Prawie wszyscy Indusi wierzą w bóstwa
Schodząc ulicami prowadzącymi do rzek, w szarości mijającej nocy, widzimy migoczące maleńkie ogniska. Palą się szczapki drewna i śmieci. Mają ogrzać śpiących na ziemi pielgrzymów. To dla nich zabrakło miejsca w ponad 150 tysiącach namiotów postawionych przez rząd. Wybudowane z okazji święta tymczasowe miasteczko z toaletami, punktami medycznymi i policyjnymi zajmuje powierzchnię 4 tys. hektarów.
Mimo wczesnej pory rozstawili się już pierwsi sprzedawcy. Kobiety i dziewczynki układają w rzędach papierowe stateczki, w których umieszczają pomarańczowe nagietki i dzikie róże. Można kupić też kadzidełka, masło ghee lub kokosowy olej do maleńkich, unoszących się na wodzie lampek. Kilka osób rozgrzewa się masalą ćaji pitą w kubkach wielkości naparstka. Sprzedawca z wózkiem postawionym na drodze mówi, że jest tu codziennie i jedyne, co widzi, to niekończącą się rzekę ludzi. Zapytany, skąd są pielgrzymi, mówi, że z całego kraju, i wymienia najdalej wysunięte krańce Indii: Keralę na południu i Kaszmir na północy, ale jednocześnie zaznacza, że pojawiają się też przyjezdni z USA i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. – Udział w tegorocznej Maha Kumbh Mela to najważniejsze wydarzenie w życiu – dodaje.
Z tym ostatnim stwierdzeniem polemizuje Weronika Rokicka, indolożka z Uniwersytetu Warszawskiego, autorka książki „Indie. Kraj miliarda marzeń”. Zauważa ona, że w tekstach religijnych pielgrzymka jest tylko jedną z praktyk, które pobożny hindus może podejmować. – Pielgrzymka nie jest niezbędna do tego, aby duch ludzki uzyskał wyzwolenie z kręgu żywotów, co jest ostatecznym celem życia człowieka według hinduizmu. Ważne jest, aby przez całe życie wypełniać swoją dharmę, czyli obowiązki wobec świata, społeczeństwa i rodziny – wyjaśnia. Jednocześnie przytacza wyniki badań Pew Research Center „Religion in India” z 2021 r., według których 97 proc. Indusów deklarowało, że wierzy w bóstwa, a ponad 80 proc. na co dzień praktykuje religię.
W powietrzu unoszą się tumany piasku, wzbijane stopami pielgrzymów. Tłum ciągnie się po horyzont, krocząc po mostach pontonowych, wybudowanych specjalnie na tę okazję. Twarze oświetla olbrzymie, pomarańczowe, wschodzące słońce. Tego samego koloru jest też kożuch z nagietków unoszący się na wodzie. Nad rzeką nikt nie jest sam. W grupkach gromadzą się rodziny i przyjaciele. Ludzie wznoszą złożone ręce, zapalają kadzidła i lampki. Szept modlitw gubi się w śpiewie emitowanym przez głośniki. Kobiety, mężczyźni i dzieci ostrożnie wchodzą do rzek – jedni zanurzają się kilkakrotnie, drudzy metodycznie myją kończyny i tułów. Niektórzy proszą bliskich, by zrobili im zdjęcie na pamiątkę lub nakręcili relację filmową. Na wielu twarzach widać skupienie. Na brzegu piętrzą się pozostawione klapki i sportowe buty.
Rytualna kąpiel to rodzaj odpustu za złe uczynki
Sama kąpiel trwa kilka minut, woda sięga do ud. Nikt nie wytrzymuje dłużej, bo jest bardzo zimna. Większość po kąpieli dygocze, próbując wciągnąć na mokry grzbiet koszulę czy sari. Podtrzymują się nawzajem, by nie upaść na mokrej ziemi, wycierając nogi w ręczniki. Dla tych, którzy potrzebują intymności, postawiono kabiny do przebrania się. Niektóre kobiety wzięły ze sobą grzebienie i czeszą długie, czarne włosy.
Dla przewodnika po pustyni Thar z Dźasalmeru, Vijay Kumara Ballaniego, wyjazd do Prajagradź to podróż duchowa. – Po zanurzeniu w wodzie poczułem się czysty, świeży i lekki. To doświadczenie, dzięki któremu staję się lepszym człowiekiem, jestem lepszy i bardziej wyrozumiały dla swojej żony, rodziny, sąsiadów – wyznaje. Zapewnia, że po kąpieli pozostał w ciszy tak długo, jak było to możliwe, kontrolował swoje myśli, by nie pobiegły w złych kierunkach, pościł. Przez kolejne dni starał się unikać kłamstwa i gniewu.
– Według hinduskiej tradycji, rzeki, w tym nie tylko te przepływające przez Prajagradź, mają właściwości oczyszczające ducha ludzkiego z ciężaru złych uczynków. To rodzaj odpustu. Dlatego wiele osób u kresu życia udaje się do takich świętych miejsc, aby poprzez kąpiel zagwarantować sobie, że po śmierci wyzwolą się z cyklu kolejnych żyć. Niektórzy mogą uważać, że to moment wyzerowania karty, ale teksty religijne zdecydowanie wskazują, że postępowanie w całym życiu jest kluczowe, a pielgrzymka jest tylko jedną z praktyk, które pozytywnie wpływają na bilans uczynków człowieka – tłumaczy Rokicka.
W wyniku wybuchu paniki w tłumie śmierć poniosło kilkadziesiąt osób
Wraz ze zbliżaniem się południa tłum gęstnieje. O świcie można było swobodnie wejść do rzeki, teraz ludzie ustawiają się gęsto, przepychają się, trącają łokciami. Muszą czekać na brzegu, czasami kilkadziesiąt minut. W szczególne dni świąteczne, zwane amryt snan, czyli kąpielami nektarowymi, do Prajagradź potrafiło przyjechać kilkanaście milionów ludzi, którzy oczekiwali na zanurzenie się w wodzie nawet kilka godzin. Tak też było 29 stycznia w święto Mauni Amavasya, kiedy to kąpiel była szczególną okazją do odnowy duchowej. Tuż po północy w wodzie wybuchła panika, ludzie tratowali się. Szacuje się, że co najmniej trzydzieści osób straciło życie, a trzy razy tyle zostało rannych. To nie jedyne ofiary podczas trwania święta – według informacji policji i służb medycznych śmierć mogło ponieść w sumie blisko sto osób.
W tym tłumie nieustająco krążą kapłani w szafranowych strojach, którzy dają błogosławieństwo, a na czołach malują szeroki żółty pas oraz czerwone symbole boga Śiwy, w tym jego atrybut, trójząb (triśula). Na moim czole pojawia się napis „Radhe, Radhe”, wzywający boginię o tym samym imieniu, ukochaną boga Kryszny. To dobre życzenie, które w sanskrycie oznacza: dobrobyt, sukces, doskonałość i bogactwo. Każdy, kto odbył pielgrzymkę, nosi więc na twarzy kolorowe znamię, aż do pierwszego prysznica w domu.
Długie kolejki wiernych ustawiają się przed specjalnymi namiotami, w których można spotkać sadhu, czyli hinduistycznych ascetów, uznanych za osoby święte. Poznać ich można po nagich ciałach umazanych popiołem, włosach skłębionych w strąki lub kołtun. Bywa, że przepasani są tylko wokół bioder tkaniną w kolorze szafranu. Przed fałszywymi sadhu ostrzegał mnie Max, sprzedawca dywanów w Waranasi, który przysiadł się do mnie na ławce nad Gangesem. Zwrócił mi uwagę, że sadhu to niezwykle skromni ludzie, którzy porzucili doczesne przyjemności na rzecz medytacji, modlitwy, jogi; żebrzą, ale nie są głośni i natrętni, szczególnie wobec cudzoziemców. – W Prajagradź możesz spotkać autentycznych sadhu – zapewnił.
Nie mylił się. Dla sadhu, których liczbę w Indiach szacuje się na 5 mln, Maha Kumbh Mela to szczególny czas, bo medytacja i następujące tuż po niej oczyszczenie ducha przez wejście do wody to obowiązkowy rytuał inicjacyjny. Ci, którzy decydują się w nim uczestniczyć, mają wygolone głowy za wyjątkiem jednego kosmyka pozostawionego z tyłu. Do wody wchodzą grupami wieczorem lub nocą. W tym roku podczas kąpieli w Prajagradź po raz pierwszy do społeczności ascetów wstąpiła rekordowa liczba kobiet – ponad tysiąc.
W świetle dnia sadhu przesiadują w namiotach, przed którymi wiją się kilkudziesięciometrowe kolejki wiernych. Każdy z nich w skupieniu czeka na spotkanie, wielu ściska w rękach pliki zielonkawych banknotów o wartości 500 rupii. Czekają, by oddać hołd, otrzymać błogosławieństwo, zostać uderzonym po ramionach pawimi piórami, usłyszeć przepowiednię, a także zrobić sobie selfie ze świętym mężem. W zamian sadhu wręczają wyznawcom wizytówki z kodami QR, które przekierowują na internetowe strony i kanały na YouTubie, gdzie można znaleźć więcej odpowiedzi na duchowe wątpliwości i rozterki.
Politycy, celebryci i święte rytuały nad rzeką
Ganges, Jamuna i Saraswati otwierają swoje wody dla każdego: dla mężczyzn, kobiet, dzieci w każdym wieku i z każdej warstwy społecznej. W bulwarowej prasie, ale też w opiniotwórczych tytułach, co i rusz pojawiały się relacje o kąpieli sławnych aktorek i aktorów bollywoodzkiego kina, sportowców – w tym w szczególności członków drużyn krykieta, największych indyjskich przedsiębiorców, czołowych polityków, także premiera Modiego i króla Bhutanu Jigme Khesara Namgyela Wangchucka. Ale w lokalnych mediach, wśród kapłanów i wiernych przetacza się dyskusja, czy w uroczystościach powinni brać udział wyznawcy innych religii. Na razie dylemat ten nie został rozstrzygnięty.
– Od lat obserwujemy przejawy dyskryminacji, która dotyka sklepikarzy sprzedających hinduskie dewocjonalia. Wyznawcy islamu byli i są bardzo dobrymi rzemieślnikami je wytwarzającymi. Obecnie prowadzi to jednak do napięć, szczególnie w stanie Uttar Pradeś, gdzie leży Prajagradź – zauważa Weronika Rokicka.
Na podobny problem zwrócił uwagę Mahatma Gandhi, który brał rytualną kąpiel podczas Kumbh Meli w mieście Haridwar w 1915 r. W autobiografii „Moje poszukiwania prawdy” z dezaprobatą przyglądał się ortodoksyjnym pielgrzymom, którzy choć cierpieli z pragnienia, odmawiali zakupu wody od muzułmanów, czekając na hinduskich sprzedawców.
Nie tylko wodę i dewocjonalia można kupić podczas pielgrzymki, ale wszystko: od patelni i łopaty, po szkolną mapę Indii i plastikowe zabawki. Nie brakuje świeżo wyciskanego soku trzcinowego i pikantnych przekąsek. Ale największą popularnością cieszą się plastikowe białe i pomarańczowe kanistry. To w nich, ale też w zwykłych plastikowych butelkach, wierni zabierają mętną wodę z Gangesu i Jamuny do domów, dla najbliższych, którzy nie mogli przybyć na miejsce. Pytani, do czego ją wykorzystają, mówią, że będą mogli się umyć, wyprać ubrania lub przygotować posiłek.
– Wiara w oczyszczającą moc wód Gangesu jest bardzo silna i wykracza poza wyznawców hinduizmu. Jest ona bardziej powszechna niż wiara w reinkarnację – stwierdza Rokicka i wskazuje na dane: oprócz hindusów 32 proc. indyjskich chrześcijan oraz 26 proc. muzułmanów wierzy w świętość rzeki Ganges.
Marta Zabłocka jest dziennikarką Polskiej Agencji Prasowej.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















