W najdłuższych (trwających od kwietnia do czerwca) i największych (wzięło w nich prawie miliard ludzi) w dziejach wyborach panujący od 2014 roku premier Narendra Modi zwyciężył po raz trzeci z rzędu. Przed nim udało się to jedynie pierwszemu przywódcy niepodległych Indii, Jawaharlalowi Nehru (1947-64), założycielowi dynastii Nehru-Gandhich, która rządziła Indiami przez większość ich niepodległego bytu (córka Indira panowała w latach 1966-77 i 1980-84, wnuk Rajiv – w latach 1984-89, a po jego śmierci wdowa po nim, Sonia, jako przywódczyni rządzącej partii, w latach 2004-14). I właśnie obok Nehru i Indiry Gandhi Modi stawiany jest dziś jako najpotężniejszy, najbardziej charyzmatyczny przywódca współczesnych Indii.
Smak historycznego wyczynu popsuły jednak Modiemu rozmiary wyborczego zwycięstwa. Wygrał, owszem, ale było to znacznie mniej przekonujące zwycięstwo niż w poprzedniej elekcji. Nie zdobył wystarczająco wielu mandatów – jedynie 240, choć liczył na ponad 400 – by nadal rządzić samodzielnie, i żeby utrzymać się u władzy, po raz pierwszy musiał dopuścić do niej koalicjantów.
Latem w Indiach pojawiły się przepowiednie, że epoka Modiego (w 2001 roku został premierem rodzinnego stanu Gudżarat, a w 2014 roku wygrał walkę o przywództwo w Indyjskiej Partii Ludowej, BJP i poprowadził ją do zwycięstwa w wyborach) dobiega końca. Polityczni wróżowie przekonywali, że ludzie są już zmęczeni Modim i jego rządami, a zwłaszcza stylem, w jakim je sprawuje, mają dość populizmu, wojenek z elitami, napuszczania na muzułmanów i przerabiania Indii z państwa świeckiego na wyznaniowe, w którym prawdziwymi Hindusami mogą być wyłącznie wyznawcy hinduizmu.
Co więcej, pojawiło się w końcu ugrupowanie, które miało skutecznie zagrozić panowaniu Modiego, przymierze skłóconych zwykle opozycyjnych partii INDIA (zdobyło w wyborach 234 mandaty), skrzyknięte przed wiosennymi wyborami przez Rahula Gandhiego, dziedzica dynastii i przywódcy Indyjskiego Kongresu Narodowego. Schyłek epoki Modiego miał się zacząć już na początku jesieni, po wrześniowych i październikowych wyborach w Kaszmirze i podstołecznym stanie Hariana.
Kaszmirski spór: Pakistan czy Indie? A może niepodległość?
Wrześniowo-październikowe wybory w Kaszmirze były pierwszymi od dziesięciu lat, jakie urządzono w tej himalajskiej krainie, i pierwszymi, do których bojkotu nikt nie wzywał, lecz wprost przeciwnie – wszyscy do głosowania zachęcali.
Dziesięciomilionowy Kaszmir był do niedawna jedynym stanem w Indiach, w którym większość ludności stanowili muzułmanie. W 1947 roku, gdy Brytyjczycy przyznawali niepodległość swoim posiadłościom kolonialnym w Indiach i wykrajali z nich Pakistan, nowe państwo dla indyjskich muzułmanów, Kaszmir nie zdążył wybrać, do którego z państw chce należeć. Muzułmanie, stanowiący większość ludności, opowiadali się za Pakistanem, ale maharadża Hari Singh z radżpuckiej dynastii Dogrów wybrał Indie. Doszło do wojny, wskutek której Indie zajęły dwie trzecie Kaszmiru. Pozostałą część zajął Pakistan, a w 1962 roku, po krótkiej granicznej wojnie, kawałek Kaszmiru, będący właściwie Tybetem, uszczknęły Indiom także Chiny.
Kolejna wojna z Pakistanem o Kaszmir, w 1965 roku (oba państwa, dziś mocarstwa atomowe, stoczyły na początku lat 70. jeszcze wojnę o Bengal, w rezultacie której wspierany przez Indie Pakistan Wschodni oderwał się od reszty kraju i ogłosił niepodległość jako Bangladesz), nic nie zmieniła. Pakistan domagał się przeprowadzenia w Kaszmirze plebiscytu, przekonany, że muzułmańska większość opowie się za akcesem do pakistańskiego państwa. Indie twierdziły, że plebiscyt jest niepotrzebny, bo głosując w indyjskich wyborach, Kaszmirczycy sami uznali się za obywateli Indii.
Spierając się właściwie o wszystko, Indie i Pakistan zgadzały się w jednej sprawie – nie zamierzały pytać Kaszmirczyków, czy od akcesu do jednego lub drugiego państwa nie woleliby niepodległości. A za tym właśnie rozwiązaniem opowiadała się większość Kaszmirczyków, którzy uważali, że z samodzielnością poradziliby sobie wcale nie gorzej niż himalajskie królestwa Nepalu (na początku XXI wieku ogłosił się republiką) czy Bhutanu, którym nikt nie przeszkadzał wybijać się na niepodległość.
Wyborcze oszustwa i wybuch powstania
Indie urządziły w Kaszmirze tuzin elekcji, uważając każdą z nich za potwierdzenie, że sporna kraina uznaje indyjską zwierzchność i prawa. Konferencja Narodowa, partia kaszmirskich muzułmanów, której od początku przewodzi polityczna dynastia Abdullahów (Muhammed był jej założycielem, a po nim przywództwo przejęli jego syn i wnuk, Faruk i Omar) uczestniczyła w wyborach uważając, że tylko tak uda się wymusić na władzach w Delhi ustępstwa (poza statusem stanu konstytucja gwarantowała Kaszmirowi szeroką autonomię i nie pozwalała m.in. nie-Kaszmirczykom kupować w Kaszmirze nieruchomości, ubiegać się o posady zastrzeżone dla tubylców).
Kaszmirscy „jastrzębie” uważali zaś indyjskie wybory za maskaradę, a udział w nich za kolaborację i zdradę. Za niezbity na to dowód uznali wybory z 1987 roku, które indyjskie władze bezczelnie sfałszowały, byle nie dopuścić do wygranej kaszmirskiego Bractwa Muzułmańskiego. Powyborcze protesty przerodziły się w uliczne rozruchy, a te w zbrojne powstanie, które wybuchło w 1989 roku i trwa do dziś, choć Indie do stłumienia rebelii rzuciły do Kaszmiru półmilionową armię.
Początkowo powstańcy walczyli o niepodległość Kaszmiru, ale wkrótce przywództwo przejęli zwolennicy zjednoczenia z Pakistanem, a Indie zaczęły oskarżać Islamabad o uzbrajanie i szkolenie kaszmirskich buntowników, a także o przerzucanie do Kaszmiru afgańskich mudżahedinów i dżihadystów z Al-Kaidy. Według ostrożnych rachunków w kaszmirskim powstaniu zginęło 40-50 tysięcy osób (nie brakuje opinii, że prawdziwa liczba ofiar jest dwukrotnie wyższa), a choć indyjskie wojsko i tajna policja wprowadziły w Kaszmirze rządy terroru, nie powstrzymało to exodusu kaszmirskich hinduistów, zwłaszcza braminów, punditów.
Mimo strzelanin, zamachów, nocnych obław i rządów terroru Indie wciąż urządzały w Kaszmirze wybory, a zwolennicy powstania przekonywali i zastraszali Kaszmirczyków – jeśli nie wystarczała perswazja – by pod żadnym pozorem nie brali w nich udziału. Bojkotując jednak – z przekonania czy ze strachu – wybory, Kaszmirczycy narażali się z kolei indyjskiemu wojsku, które uznawało to za sprzyjanie rebelii i Pakistanowi, a więc zdradę państwa.

Premier Modi obiecuje ostateczne rozwiązanie
Narendra Modi, który w 2014 roku nastał jako premier w Delhi, obiecał, że zrobi z Kaszmirem porządek raz na zawsze. Odwołując się do hinduskiego radykalizmu, łatwo zyskał sobie poparcie współwyznawców z Dżammu, regionu, który wraz z Doliną Kaszmirską, zamieszkałą niemal wyłącznie przez muzułmanów, składał się na stan Kaszmiru. W wyborach stanowych w 2014 roku partia Modiego zwyciężyła w Dżammu i zawierając koalicję z Ludową Partią Demokratyczną, zwyciężczynią z Doliny Kaszmirskiej, weszła do stanowego rządu w Śrinagarze.
W 2018 roku koalicja i rząd się rozpadły i nie czekając na następne wybory, Modi wprowadził w Kaszmirze rządy prezydenckie. Rok później eskalacja konfliktu w Kaszmirze i na pograniczu z Pakistanem ułatwiły mu wygraną w wyborach parlamentarnych w Indiach i reelekcję.
Jedną z jego pierwszych decyzji jako premiera drugiej kadencji było rozwiązanie i rozbiór stanu Kaszmir oraz odebranie mu autonomii. Kaszmirowi został odebrany tybetański Ladakh, który został ogłoszony terytorium związkowym, zarządzanym bezpośrednio z Delhi. Takimi samymi terytoriami zostały pomniejszony Kaszmir i Dżammu.
Odebranie statusu stanowego było dla Kaszmirczyków policzkiem, ale za prawdziwe zagrożenie uznali pozbawienie ich autonomii, gwarantującej wyłączne prawo do posiadania ziemi i przywileje przy rozdziale posad w urzędach i miejsc na uczelniach.
Modi tłumaczył, że pozostawiając wszystko bez zmian i upierając się przy autonomii, Kaszmir sam skazuje siebie na zacofanie i biedę. „Kto przyjedzie do Kaszmiru robić interesy, rozwijać gospodarkę, dawać pracę i zarobek, jeśli nie będzie mógł kupić na własność ziemi, na której miałby postawić swoją fabrykę? – pytał Modi i zapewniał, że wie, co mówi, bo przerabiał te problemy jako stanowy premier w Gudżaracie. – Kto przyjedzie na wakacje, jeśli wciąż będzie tu słychać wybuchy i strzelaninę?”.
Obiecywał, że pobuduje drogi i wiadukty przez himalajskie przełęcze i przepaści, pociągnie kolej żelazną przez góry do Śrinagaru, żeby przyłączyć Kaszmir do reszty Indii i jej gospodarki, która rozwija się jak mało która na świecie, że wszystkim będzie się żyło lepiej i w pokoju…
Kaszmirczycy bali się jednak, że bogaci przybysze wykupią ich ziemię i domy, a biedacy odbiorą im pracę, że zachęcając do inwestycji i osadnictwa w Kaszmirze, Modi chce ściągnąć tu przede wszystkim swoich współwyznawców – obiecywał ziemię żołnierzom, którzy po służbie w Kaszmirze zdecydowaliby się osiąść pod Himalajami – i ani się spostrzegą, Kaszmirczycy i muzułmanie staną się mniejszością we własnym kraju.
Za potwierdzenie swoich obaw uznali granice nowych okręgów wyborczych, jakie kazał wytyczyć Modi, i nowy podział miejsc w kaszmirskim parlamencie. Po odłączeniu Ladakhu i powiększeniu liczby posłów do 90 Dżammu dostało sześć mandatów więcej w parlamencie, a Dolina Kaszmiru tylko jeden. „Wszystko to po to, by zwiększyć wpływy hinduistów i Dżammu, a pomniejszyć muzułmanów z Doliny Kaszmiru” – mówili Kaszmirczycy.
Spodziewając się protestów przeciwko rozwiązaniu stanu i zniesieniu autonomii, Modi posłał do Kaszmiru dodatkowe oddziały wojska i policji, a także kazał aresztować i osadzić w aresztach domowych setki tamtejszych polityków, zarówno opowiadających się za niepodległością lub akcesem do Pakistanu, jak tych, którzy przyszłość Kaszmiru wiązali z Indiami i uczestniczyli w indyjskich wyborach. Kazał tłumić najmniejsze przejawy buntu, zamykać kaszmirskie gazety i rozgłośnie radiowe, na półtora roku wyłączył internet.
Życie Kaszmirczyków nie poprawiło się – bezrobocie jest tu dwa razy wyższe niż gdzie indziej w Indiach, a na obiecywanym rozwoju i postępie bogacą się na razie przede wszystkim przybysze. Za to prześladowania zjednoczyły miejscowych przywódców politycznych, zarówno nieprzyjaciół Indii, jak zwolenników współpracy z Delhi. Dotąd skłóceni, zjednoczyli się w sprawie przywrócenia Kaszmirowi jego stanowego statusu, a także autonomii. Kiedy we wrześniu, zgodnie z nakazem Sądu Najwyższego, władze z Delhi urządziły w Kaszmirze pierwsze od dziesięciu lat wybory, indyjska opozycja liczyła, że zjednoczeni w sprzeciwie Kaszmirczycy zgotują Modiemu klęskę i zazna on goryczy porażki jeszcze przykrzejszej niż wiosną w wyborach krajowych
Kaszmirskie wybory jak plebiscyt: wszyscy zadowoleni, wszyscy zwycięscy
Kaszmirskie wybory, okrzyknięte plebiscytem w sprawie rządów Modiego, wygrała, zgodnie z oczekiwaniami, opozycja. Zwyciężyła Konferencja Narodowa Abdullahów, która zdobyła 42 mandaty do 95-osobowego parlamentu (90 posłów pochodzi z wyborów, a pięciu wyznacza mianowany przez Delhi gubernator). Większość zapewniającą jej rządy będzie miała dzięki sprzymierzonej z nią partią kongresową Nehru-Gandhich, która wprowadziła do kaszmirskiego parlamentu sześciu posłów.
Ale partia Modiego, choć pokonana (w Dolinie Kaszmiru nie zdobyła żadnego mandatu, a w wyborach parlamentarnych wiosną, pewna porażki, w ogóle nie wystawiła tam kandydata), zdobyła 29 miejsc w Dżammu, osiągając najlepszy z dotychczasowych wyborczych wyników w Kaszmirze. „Już samo to, że ludzie głosowali tak licznie: frekwencja wyniosła ponad dwie trzecie, jest zwycięstwem indyjskiej demokracji i konstytucji – powiedział po wyborach jeden z przywódców partii Modiego. – Pokonaliśmy terroryzm… Pod wodzą Narendry Modiego w pięć lat osiągnęliśmy to, czego innym nie udało się osiągnąć przez 70 lat rządów”.
Kaszmirscy dziennikarze, a także badacze osobliwości miejscowej polityki twierdzą jednak, że wysoka frekwencja nie była przejawem poparcia Kaszmirczyków dla rządów Modiego, ale wyrazem sprzeciwu. Nie mogąc protestować podczas ulicznych wystąpień, Kaszmirczycy uznali, że wybory będą najlepszym, jedynym sposobem, by wyrazić swoje niezadowolenie. Wczuwając się w te nastroje, nawet najzawziętsi przeciwnicy jakiejkolwiek współpracy z Indiami po raz pierwszy nie wzywali do bojkotu wyborów, ale sami wystawili w nich własnych kandydatów.
Najradykalniejsze partie, jak zdelegalizowane Zgromadzenie Muzułmańskie i kaszmirskie Bractwo Muzułmańskie, nie mogąc zgłosić oficjalnie wyborczych list, zachęcały swoich działaczy, by startowali jako kandydaci niezależni. A wszystko po to, by uniemożliwić partii Modiego wygraną i przejęcie władzy w Śrinagarze.
Niespodziewany udział w wyborach najzawziętszych, antyindyjskich „jastrzębi” wywołał nawet podejrzenia, że dobili targu z Delhi, by pokonać i złożyć do politycznego grobu stare partie tak znienawidzonych przez Modiego wielkich rodów i dynastii. Narodową Konferencją rządzi trzecie pokolenie Abdullahów, a jej przeciwniczką, Ludową Partią Demokratyczną – trzecie pokolenie rodu Muftich. Już wiosną, w wyborach do parlamentu, powszechne zdziwienie wywołała decyzja komisji wyborczej, która dopuściła do udziału w wyborach osadzonego jeszcze w 2019 roku w więzieniu Tihar „Inżyniera” Sheika Abdula Rashida. W rezultacie owiany sławą „Inżynier” pokonał w wyborach Omara Abdullaha, dziedzica dynastii i jako jeden z trzech posłów z Kaszmiru zasiada w parlamencie w Delhi.
Stare partie węszą spisek. Twierdzą, że pozwalając „jastrzębiom” startować z więzienia w wyborach, Modi dobił z nimi targu, by pokonać kaszmirskie dynastie. Obiecał, że jeśli jako niezależni kandydaci pokonają rywali ze „starych partii”, wejdą do stanowego parlamentu, zdobędą immunitety i odzyskają wolność. Plan spalił jednak na panewce, bo do parlamentu w Śrinagarze weszło jedynie siedmiu „niezależnych”.
Zwycięska Konferencja Narodowa, której dziedzic, 54-letni Omar Abdullah, został nowym premierem Kaszmiru, zapowiada, że będzie się domagać od Delhi przywrócenia stanowego statusu i autonomii. Modi również to obiecuje, ale nie mówi, kiedy miałoby to nastąpić. „Obiecaliśmy to i tylko my będziemy w stanie tej obietnicy dotrzymać” – kusił Kaszmirczyków w kampanii wyborczej. Ale o przywróceniu autonomii nie chce nawet słuchać. „To stare dzieje i nic ich już nie przywróci” – powiedział Amit Shah, prawa ręka Modiego, któremu polityczni wróżowie przepowiadają, że będzie po nim rządził Indiami.
Modi znowu zwycięża, tym razem w Harianie
Poza Kaszmirem wyborczą klęskę przepowiadano Modiemu także w październikowych wyborach w podstołecznej Harianie, wykrojonej w 1966 roku z Pendżabu. Partia Modiego rządzi tu od 2014 roku i wyborcy, zmęczeni jedynowładztwem, mieli tym razem zagłosować na opozycję, a przede wszystkim na Rahula Gandhiego i jego Kongres.
Kongresowcy tak bardzo uwierzyli w przepowiadaną jeszcze na miesiąc przed wyborami pewną wygraną, że zarzucili kampanię i bez reszty oddali się frakcyjnym bataliom o to, kto i jaką posadę będzie zajmował w nowym, stanowym rządzie. W rezultacie ponieśli zaskakującą i wyjątkowo przykrą porażkę, bo właśnie klęska Modiego w Harianie miała stać się początkiem jego końca. Partia Modiego zdobyła zaś 48 mandatów w 90-osobowym parlamencie, wystarczająco wiele, by samodzielnie rządzić trzecią pięciolatkę.
Kongres, który zdobył 37 mandatów, zaskarżył wyborczy wynik i zapowiedział, że nie uzna ich za prawowite – nie zrobiła tego dotąd żadna z liczących się partii politycznych w Indiach – jeśli jego pretensje nie zostaną uwzględnione.
Jak pokonać Modiego: jeszcze daleka droga
Jesienne porażki w Kaszmirze i Harianie, poniesione po niepewnej wygranej Modiego w parlamentarnych wyborach wiosną, miały zachwiać jego mitem wiecznego zwycięzcy i pogrążyć jego partię przed kolejnymi elekcjami stanowymi, które pod koniec roku odbędą się w ważnych politycznie stanach stołecznym, Maharasztrze, Biharze i Jharkandzie. W Delhi i Jharkandzie rządzi opozycja, w Maharasztrze i Biharze władzy bronić będzie partia Modiego.
Narendra Modi wciąż jednak wygrywa i – parafrazując słowa Marka Twaina – może powtarzać, że pogłoski o jego politycznej śmierci są wciąż mocno przesadzone. Jesienią, gdy wyborcy w Kaszmirze i Harianie wybierali stanowe parlamenty, jego rząd przyjął raport powołanej jeszcze wiosną specjalnej komisji, która zaleciła, by wybory stanowe przeprowadzać, jak przed laty, razem z krajowymi. Zdaniem komisji zmniejszy to koszty wyborów i poprawi stan spraw w indyjskim państwie, bo rządzący będą się zajmować rządzeniem, a nie ciągłymi kampaniami wyborczymi, jak nie krajowymi, to stanowymi.
Jednoczesne wybory krajowe i stanowe ułatwiłyby życie rządzącej w Delhi partii Modiego, odwiodły uwagę wyborców od spraw lokalnych, a skupiły na osiągnięciach (ale także aferach, których partii Modiego udaje się unikać) w skali makro, przede wszystkim zaś na osobie charyzmatycznego przywódcy, Narendry Modiego, który wciąż nie ma w Indiach godnych siebie rywali.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















