W wymiarze dyplomatycznym był to sukces Polski – nawet jeśli Warszawa była dla Narendry Modiego jedynie punktem przesiadkowym w drodze do Kijowa. Szef indyjskiego rządu wybrał się tam dla zatarcia coraz szkodliwszego dla jego kraju wrażenia, że Indie, które sprawnie wykorzystały zachodnie sankcje wobec Rosji i uczyniły z niej dostawcę surowców po okazyjnych cenach, są też jej politycznym sojusznikiem w agresji na Ukrainę.
Takie skojarzenia wzmocniło zwłaszcza lipcowe spotkanie Modiego z Putinem w Moskwie – i na niewiele zdały się zapewnienia, że wizyta premiera Indii w rosyjskiej stolicy wpisuje się w tradycję indyjskiej polityki niezaangażowania. Na Kremlu Modi faktycznie nie pozwolił sobie na choćby słowo wsparcia dla agresji na Ukrainę. Jednak ściskając miesiąc później w Kijowie równie serdecznie prezydenta Zełenskiego, nie wycisnął z siebie choćby jednego zdania wprost potępiającego działania Rosji.
Antykolonialna narracja
Od początku istnienia niepodległych Indii relacje między Moskwą a New Delhi są co najmniej poprawne. Co nie może dziwić, zważywszy chociażby na silną antykolonialną agendę Indii – oraz fakt, że Rosja usiłuje dziś wpisać swoją antyzachodnią politykę właśnie w antykolonialną narrację krajów tzw. Globalnego Południa.
Wcześniej, w okresie zimnej wojny, biedne i wychodzące dopiero spod brytyjskiej kurateli Indie mogły jeszcze traktować Związek Sowiecki jako możnego patrona, ale dziś ta relacja uległa odwróceniu. Gdy przeżarta korupcją i osłabiona wojną Rosja pogrąża się coraz bardziej w izolacjonizmie, indyjska gospodarka nabiera rozpędu, korzystając ze sprzyjającego położenia geograficznego oraz renty demograficznej. W Indiach, tym zapewne najludniejszym już państwie globu (do końca tego roku, jak szacuje ONZ, ludność Indii przekroczy 1,428 miliarda), średnia wieku to ledwie 28 lat.
Jeśli Polska chce się liczyć bardziej w światowej polityce i gospodarce, musi z takim właśnie partnerem utrzymywać żywsze niż dotąd relacje.
Modi nauczycielem świata
W okresie rządów Narendry Modiego, który pełni funkcję premiera od 2014 r., PKB Indii wzrósł z nieco ponad 2 bilionów do 3,5 biliona dolarów. Kraj nadal boryka się z mnóstwem problemów, między ubogą północą a bogatym południem wciąż zionie przepaść trudna czasem do przełożenia na realia innych krajów. Ale na arenie międzynarodowej Indie są dziś graczem, z którym trzeba się liczyć.
W odniesieniu do swego kraju Modi, człowiek, który z pewnością przejdzie do jego historii jako główny architekt tej wielkiej transformacji, coraz częściej używa sanskryckiego określenia „viśvaguru” (विश्वगुरु), które można przetłumaczyć jako „nauczyciel świata”. Indie widzą też siebie w roli nieformalnego lidera grupy państw Globalnego Południa i ambasadora ich interesów w grupie największych krajów świata.
Na tej samej antykolonialnej i antyamerykańskiej strunie próbuje teraz grać Rosja, ale do zaoferowania ma jedynie swój gaz i ropę. Indie, które same muszą importować aż 74 proc. surowców niezbędnych swej gospodarce, nie muszą nawet udawać, że z uboższymi partnerami jadą na tym samym wózku, a w przeciwieństwie do Rosji nie ciąży na nich odium państwa dopuszczającego się zbrodni wojennych w imię swoiście pojmowanej racji stanu. O potencjale ekonomicznym i demografii nie warto nawet wspominać. W tylko jednej indyjskiej prowincji Uttar Pradeś mieszka dziś blisko dwa razy więcej ludzi niż w całej Rosji.
Premier Modi wśród populistów
W pewnym sensie Indie pod rządami Modiego realizują na arenie międzynarodowej ten sam scenariusz polaryzacji, który wcześniej sprawdził się w krajowej polityce. Indyjska Partia Ludowa, matecznik premiera, doszła do władzy dzięki postulatom, które do złudzenia przypominają program Prawa i Sprawiedliwości. Zwrot w stronę swoiście pojmowanej tradycji, podsycanie niechęci do obcych – zwłaszcza gdy są wyznawcami innej religii niż dominujący w Indiach hinduizm. Plus specyficzny zwrot ku państwu socjalnemu, który najuboższym ma dawać poczucie, że czerpią korzyści z rozwoju kraju, ale jednocześnie nie zaszkodzi interesom zaprzyjaźnionych z władzą elit.
Dzięki temu Modi może dziś świętować ślub syna najbogatszego człowieka Indii i jednocześnie uchodzić za trybuna ludowego. Podróżować po świecie jako zwycięzca wyborów w największej demokracji świata i zarazem spełniać obietnice wyborcze, które godzą w prawa człowieka (jak np. uchwalona niedawno ustawa, która praw do ubiegania się o indyjskie obywatelstwo pozbawia imigrantów wyznania islamskiego). Udawać przed elektoratem wyznawcę konserwatywnych wartości obyczajowych i jednocześnie przez dekady ukrywać przed opinią publiczną zawarte w młodości małżeństwo.
Polska indyjską bramą Europy
Europejski tygrys, za jakiego uważa się Polska, z perspektywy subkontynentu indyjskiego jawi się co najwyżej jako kotek. Stąd też pełne rozczarowania komentarze części krajowych analityków, którzy po wizycie Modiego liczyli na szerokie otwarcie indyjskiego rynku dla polskich firm, a dostali figę z makiem.
To jednak dopiero początek. Indyjskie media po wizycie Modiego mówiły o nas dużo i dobrze, wprost zapraszając tamtejszy biznes do inwestycji nad Wisłą. Dla Indii Polska jest dziś – jak ujął to dziennik „The Hindu” – „bramą Europy”: pierwszym krajem Unii na jej wschodniej flance. Uświadomienie sobie tego faktu będzie dla Polski równoznaczne z wytyczeniem nowej drogi do Indii.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















