Mnich w dżinsowym habicie. Pracował w obozie dla uchodźców w Calais, dziś pomaga im w Londynie

– Kochasz Boga tak bardzo, jak kochasz osobę, którą kochasz najmniej – mówi zakonnik z Belgii.
Czyta się kilka minut
Kaplica prawosławna wybudowana w 2015 r. przez uchodźców z Erytrei i Etiopii w w obozie w Calais, czerwiec 2016 r. // Fot. Br. Johannes / archiwum prywatne
Kaplica prawosławna wybudowana w 2015 r. przez uchodźców z Erytrei i Etiopii w w obozie w Calais, czerwiec 2016 r. // Fot. Br. Johannes / archiwum prywatne

Trudno go nie zapamiętać. Mnich w dżinsowym habicie i z rozwianymi włosami pracował od 2015 r. w Calais – francuskim mieście wysuniętym najdalej w kierunku Wysp Brytyjskich, przez kolejne cztery lata relacjonując w mediach społecznościowych wspólną codzienność i potrzeby mieszkańców tzw. Dżungli. Przyjechał z londyńskiego domu Catholic Worker, kontynuującego tradycję gościnności zapoczątkowaną przez Amerykankę Dorothy Day w czasie Wielkiego Kryzysu lat 30. XX w. Tym razem wielkim kryzysem Europy była fala uchodźców. Jej skutki widać było również w Calais, skąd ludzie chcieli przedostać się do Wielkiej Brytanii.

Brat Johannes Maertens założył w obozie dom Catholic Worker im. Marii Skobcowej. Skobcowa to prawosławna zakonnica, która we Francji ratowała Żydów w czasie Zagłady. Miała wielki, gościnny dom. Rozmawiamy w Londynie, dokąd wrócił i kontynuuje pracę z uchodźcami.

Przyjemniejsza strona

Praca w Calais nieco go wypaliła, po czterech latach spędził trochę czasu w klasztorze, po czym przeniósł się do londyńskiego Catholic Worker House. Chciał odpocząć, ale szybko zaczął spotykać swoich podopiecznych z drugiej strony kanału.

– Pracuję głównie na ulicy i spotykam się przede wszystkim z bezdomnymi uchodźcami – tłumaczy. – Rozmawiam z nimi, pomagam w formalnościach. Jestem też trochę związany z ich Kościołami, na przykład z Erytrejskim i Etiopskim Kościołem Ortodoksyjnym. Czasami znajduję kościół, z którego mogą korzystać, lub próbuję nawiązać z nimi kontakt w innych sprawach. To też duszpasterstwo. W zeszłym tygodniu dwóch moich młodych znajomych udało się na rekolekcje do anglikańskiego opactwa. Cieszę się tym, bo chcę, by odkryli bogactwo chrześcijaństwa w Europie. Wierzę również, że mogą zorganizować wizytę etiopskich mnichów, którzy mieszkają w Anglii, w jednym z anglikańskich opactw w celu wymiany doświadczeń na temat życia monastycznego. To przyjemniejsza strona tego, czym się zajmuję. Praca na ulicy jest trudniejsza.

Br. Johannes Maertens przed ikoną Matki Bożej w obozie dla uchodźców w Calais, maj 2016 r. // Fot. archiwum prywatne

Benedyktyńskie korzenie

Siadamy przy herbacie, nie muszę wiele dopytywać. Opowieść o powołaniu, zakonnej drodze i towarzyszeniu ludziom płynie sama. Jest w zasadzie opowieścią o byciu chrześcijaninem w dzisiejszej Europie. Najpierw chcę jednak wiedzieć, skąd ten niebieski, dżinsowy habit, który nie kojarzy mi się z niczym.

– Noszę niebieski habit, ponieważ należę do małej wspólnoty, która była inspirowana benedyktynami – tłumaczy Johannes. – Nie jest czarny, jak habit benedyktyński, ale niebieski, a właściwie dżinsowy, co odnosi się do codziennych, roboczych ubrań.

Jest jedynym misyjnym mnichem we wspólnocie. Pozostała trójka mieszka w klasztorze i żyje z pracy swoich rąk. Prowadzą wspólnotowe życie modlitwy. – Czasami wracam, bo tego potrzebuję – wyjaśnia Johannes. Nie jest to jednak katolicki zakon. Tłumaczy: – Zostaliśmy założeni przez dwóch rzymskokatolickich benedyktynów. Byli oni mnichami od dłuższego czasu, zanim założyli naszą małą wspólnotę. Później dołączyła do nich siostra Chiara, która była profeską zakonną, rzymską katoliczką. Wszyscy troje mają rzymskokatolickie korzenie. Jesteśmy ekumenicznymi katolikami, należymy do komunii Kościołów starokatolickich.

Społeczna sprawiedliwość

Skąd wziął się w mniszej wspólnocie, wiodąc aktywne życie z uchodźcami i bezdomnymi? Urodził się w katolickiej rodzinie w Belgii, jego chrześcijaństwo od początku było raczej kulturowe, choć jako chłopiec chodził z dziadkami do kościoła.

– Mając 15 lat pracowałem w restauracji, czego nie powinno się robić w tym wieku, ale tak było – wspomina swój moment nawrócenia i powołania. – Był to czas suszy w Afryce, wiele ludzi umierało z głodu. Myślałem: co za dziwny świat. Ci ludzie umierają w Etiopii z głodu, a ja przygotowuję wyrafinowane jedzenie w eleganckiej restauracji. To, że jest tak wiele niesprawiedliwości na świecie, naprawdę mnie poruszyło. Pamiętam, że tego wieczoru czułem się silnie wezwany do modlitwy, więc usiadłem na kolanach, ponieważ tak nauczono mnie modlić się, i powiedziałem Bogu, że chcę zrobić coś, aby życie ludzi było lepsze. To było naprawdę kluczowe doświadczenie w moim powołaniu. Zawsze myślałem, że Bóg istnieje, ale wtedy miałem bardzo silne poczucie, że Bóg ma również coś wspólnego ze sprawiedliwością społeczną na świecie i z cierpieniem ludzi. Dlatego zacząłem szukać sensu w Kościele, choć nie znalazłem go w swojej parafii.

Jako student został protestantem, chciał bardziej aktywnej wiary niż to, co widział w lokalnym kościele. Dlatego jako siedemnastoletni wolontariusz wstąpił do Armii Zbawienia, by pracować z bezdomnymi w Brukseli. – Praca w ośrodku dziennym z setką łóżek była bardzo trudną szkołą w tak młodym wieku. Było to wzbogacające i wymagające jednocześnie doświadczenie – wspomina.

Ateista

Podczas studiów z filozofii w Gandawie uwolnił się od swojej konserwatywnej kościelnej grupy i próbował zostać ateistą: – Byłem nim przez jakiś czas, jednocześnie pracowałem już z uchodźcami i walczyłem z rasizmem. Po trzech latach szedłem ulicą w Gandawie, obok małego kościoła i głos w moim sercu powiedział, że w niedzielę muszę tu przyjść. Odpowiedziałem: Nie, nie wierzę w Boga. Dlaczego miałbym chodzić do kościoła?

Zdarzyło się to kilka razy w tym samym miejscu i był tym już zirytowany, starał się przecież być ateistą. – Ale pewnej niedzieli wszedłem do tego kościoła, a Mark, który jest teraz moim przyjacielem, a który był tam wtedy duchownym, miał bardzo wyzwalający sposób głoszenia Ewangelii. Nigdy wcześniej nie słyszałem Ewangelii głoszonej w ten sposób! Zostałem. Bóg wezwał mnie z powrotem, to było bardzo jasne. Mogłem powiedzieć, że nie chcę wracać, ale w jakimś sensie On był cierpliwy i wierzył we mnie.

Z czasem został kapelanem szpitalnym, później pracował dla kościelnej organizacji pozarządowej zajmującej się chorymi na AIDS w Afryce. Coraz bardziej był pewny, że interesuje go praca w pełnym zakresie dla Kościoła. W wolnym czasie pracował z uchodźcami, ale wciąż odczuwał duchowy głód i zastanawiał się, dlaczego. Pewnego dnia spotkałem moją obecną wspólnotę. Praktykowali monastyczny katolicki sposób modlitwy, którego w pełni nie rozumiałem, ale poczułem się jak w domu. Nauczyłem się modlić z nimi, a to dało mi poczucie, że nie jestem już głodny. Tak zostałem mnichem.

Nietypowe życie mnicha

Nie jest to jednak klasyczne mnisze życie. Johannes wyjaśnia: – Dla benedyktyna bardzo ważna jest stabilność, w tym sensie jestem złym benedyktynem. Ale życie w klasztorze sprawia, że przynajmniej modlimy się cztery razy na dobę.

Trudno mi sobie wyobrazić aktywne życie w metropolii z czterema wspólnotowymi modlitwami. On zaś przyznaje, że kilka razy w tygodniu opuszcza jedną z modlitw. Ale stara się tego nie robić, ponieważ uważa ten rytm i spotkanie wspólnoty za ważne. Zanim założył dom Catholic Worker w Calais, przyjechał do tego londyńskiego. Wcześniej próbował realizować podobne projekty w Belgii, ale brakowało pieniędzy i wolontariuszy. Kiedy zaczął czytać o Catholic Worker i Dorothy Day, uznał za inspirujący pomysł dzielenia się swoim życiem z kimś, kogo nie znasz, i poprzez to uczenie się więcej o Bogu i sobie. Zresztą Day była benedyktyńską oblatką, a głównymi benedyktyńskimi wartościami są pokój i gościnność.

Po dwóch i pół roku w London Catholic Worker, żyjąc razem z uchodźcami i osobami bez dokumentów, poczuł silne powołanie, by pojechać do Calais i pracować w obozie. Był 2015 r. Narastał kryzys. Pojechał tam z Juanem, innym wolontariuszem z londyńskiego Catholic Worker House. – Poszliśmy do obozu, a Juan miał już kontakty z sudańskimi uchodźcami, bo był tam parę tygodni wcześniej. Przyjęli nas bardzo przyjaźnie, a gdy nadeszła noc, zapytali, czy mamy dokąd iść – wspomina brat Johannes.

Zaproponowali, żeby zostali z nimi w obozie. Byli tam przez cztery noce, chcieli zorientować się, czym jest to miejsce, jak działa i co można tam robić. – Również, co mogę tu robić jako mnich. Drugiego dnia umówiliśmy się na spotkanie z Jeanem-Marie, jednym z rzymskokatolickich księży parafialnych, aby wziąć prysznic, wypić kawę i zjeść posiłek. Był to wspaniały ksiądz z otwartym sercem i umysłem, u którego mieszkało dwóch młodych uchodźców. Powiedziałem mu, że chcemy założyć dom gościnny dla wolontariuszy i uchodźców. Wtedy zadzwonił do lokalnego szefa Caritas i zaprosił go na obiad, w czasie którego podzieliliśmy się pomysłem i okazało się, że mają chyba dla nas dom. Spotkaliśmy się w październiku 2015 r., a 1 lutego 2016 r. otworzyliśmy nasz dom.

Na początku mieszkali tam tylko wolontariusze, potem zaczęli przyjmować bezbronnych uchodźców, rannych lub chorych. W 2017 r. zaczęło być coraz więcej młodych uchodźców z Etiopii, Erytrei i Afganistanu. W trzech sypialniach znajdowało się do 20 łóżek, a dom był pełny każdej nocy.

Poza osądem

Przyjechałam do Londynu porozmawiać z nim nie tyle o wolontariacie z uchodźcami, co pytać o to, jak być chrześcijanami w Europie, która jest celem uchodźstwa i migracji. Czym był pobyt w Calais dla chrześcijańskiego mnicha? – To bardzo potężne doświadczenie – odpowiada brat Johannes. – W obozie był mały, piękny budynek kościoła, który zbudowali Etiopczycy i Erytrejczycy. Poszedłem tam rano, żeby się pomodlić. Nie było nikogo. Gdy pod koniec modlitwy otworzyłem oczy, zobaczyłem kilka Erytrejek i Etiopek modlących się przy ikonie Maryi, która była zwykłym plakatem. Wiedziałem, o co się modlą, choć nie rozumiałem ich języka. I to był moment, w którym postanowiłem, że muszę zostać. W moich muzułmańskich braciach i siostrach w obozie widziałem bliźnich, którym trzeba pomóc, bo cierpią. Ale w innych chrześcijanach widziałem braci i siostry w Chrystusie, którym mogę się przydać jako ksiądz i towarzyszący im chrześcijanin, nawet jeśli nie są mojego wyznania.

Co to znaczy być duszpasterzem czy towarzyszem ludzi w drodze? – Może kiedyś spiszę te myśli, na razie nie miałem czasu – zamyśla się brat Johannes. – Ważne, by mieć otwarty umysł i serce, ponieważ osoba stojąca przed tobą przeszła przez doświadczenie, o którym nie masz pojęcia. Bezwzględnie trzeba unikać osądzania. Pracujemy z ludźmi, którzy przekraczali granice wrogie i pełne przemocy, i musieli przetrwać. Nie byłeś na ich miejscu, więc wybory, których musieli dokonać, są trudne do wyobrażenia. Zarówno w Calais, jak i tutaj w Londynie jest wielu uchodźców, którzy opuścili Erytreę, gdy mieli 15-16 lat. Powinni być w rodzinach, tymczasem są tutaj.

Opowiada: – Pracujesz z ludźmi, którzy przeżyli traumę, są bezbronni, nie mają nadzoru i wsparcia ani rodziców, ani społeczności. Tu ich sytuacja się nie poprawia, czują ogromną presję i odpowiedzialność wobec swojej rodziny, chcą pracować, zarabiać pieniądze, by wysyłać je z powrotem do domu. A wieczorem iść na drinka, co wszyscy robimy. Kiedy byłem w tym wieku, też eksperymentowałem z alkoholem i innymi rzeczami, ale nie byłem sam. Oni cierpią na ulicach Brukseli lub Calais w zimnie, czasem zapalą, wypiją, co daje jakiś komfort, ale może wpędzić w kłopoty.

Z pracy zakonnika niewiele będzie dotyczyło Biblii, Jezusa lub modlitwy. Modlitwa – owszem – jest dla nich bardzo ważna, potrzebują, abyś się za nich modlił, czasami modlą się razem z tobą. Ale nie zajmują ich wielkie życiowe pytania czy chrześcijańska teologia. – Mają bardziej podstawowe potrzeby, trzeba być obecnym, siedzieć z kimś, pijąc filiżankę herbaty, rozmawiać o życiu lub unikać tego pytania. Muszą czuć, że ich nie osądzasz i akceptujesz, ale też trzeba delikatnie wskazywać alternatywne kierunki. Widzę, że często piszą w swoich mediach społecznościowych hasło: „Nikt nie może mnie osądzać oprócz Boga”. Tymczasem więcej ludzi ich osądza, niż im pomaga – mówi mnich z ulicy.

Gościnność

Jak przygotować swoje chrześcijaństwo do takiej gościnności? Johannes po namyśle odpowiada: – W moim życiu spotkania z Bogiem często odbywały się za pośrednictwem nieznajomych. Mogę siedzieć w kaplicy i być świadomym, że Bóg tam jest. Trudno jest jednak zmienić życie, siedząc w kościele, za to życie razem z kimś, kto jest inny niż ty, rzuca wyzwanie. Uczy mnie czegoś o mnie samym i o tym, jak odnoszę się do Boga. Nie możesz powiedzieć, że kochasz Boga, jeśli nie kochasz swojego bliźniego. Dorothy Day powiedziała wręcz, że kochasz Boga tak bardzo, jak kochasz osobę, którą kochasz najmniej. Początkowo myślałem, że ona musi się mylić. Ale miała rację. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Mnich w dżinsowym habicie