Nowe życia Janiny Ochojskiej: odtrąca ją polityka, rozstaje się ze swoim PAH-em i ostatecznie pokonuje raka

Tuż przed siedemdziesiątką przeżywa słodko-gorzkie przełomy. Gdzie jest nowe miejsce dla ikony polskiego ruchu pozarządowego?
Czyta się kilka minut
Janina Ochojska. Warszawa, marzec 2024 r. // Fot. Artur Zawadzki / REPORTER
Janina Ochojska. Warszawa, marzec 2024 r. // Fot. Artur Zawadzki / REPORTER

„Droga Janko, prowadziliśmy przez ostatni tydzień intensywne negocjacje z PSL” – zaczyna obszerny SMS do Janiny Ochojskiej ważny działacz Polski 2050. Jest maj tego roku, właśnie ogłoszono listy wyborcze do Parlamentu Europejskiego, a polityk tłumaczy się, dlaczego Trzecia Droga nie skorzysta z jej usług, mimo iż sama wyszła z taką propozycją. „Jak to w małżeństwie z rozsądku, musieliśmy zbudować różnego rodzaju kompromisy” – wije się dalej działacz partii Hołowni. Jego SMS w nieco bardziej brutalnej wersji mógłby brzmieć tak: „Droga Janko, PSL nie przełknie twoich poglądów, a startujący z pierwszego miejsca w Krakowie Adam Jarubas drżałby z tobą za plecami o swój wynik”.

Ten SMS, a dodatkowo podobny od samego Hołowni, to i tak sporo. Wcześniej o tym, że nie znajdzie się na listach KO – mimo iż pięć lat wcześniej została z poparciem partii Tuska europarlamentarzystką z sensacyjną liczbą ponad 300 tys. głosów – dowiedziała się od dziennikarzy. Jak to możliwe, skoro sama – jak twierdzi – dawała sygnały o chęci startu? 

– Kształt naszych list był negocjowany przez cztery podmioty: Nowoczesną, Zielonych, Inicjatywę Polską i PO – mówi ważna polityczka KO. – Być może żaden nie chciał „ginąć” za Janinę Ochojską. A ona sama, jak sądzę, też nie zabiegała specjalnie o start. Bo samo „dawanie sygnałów” w dzisiejszej polityce nie wystarczy. Wiem, że pani Janina pięć lat temu zdobyła sporo głosów. Ale dużo się zmieniło: dziś niewielu jest np. zwolenników likwidacji granicznego muru. Nie wiadomo, czy pani Ochojska dostałaby się do PE.

– Tak, czuję się zawiedziona – przyznaje sama, gdy rozmawiamy tuż przed wyborami, w których TD weźmie ledwie trzy mandaty. – Pierwsza kadencja to w dużej mierze nauka. W dodatku była wybrakowana przez pandemię. Tym bardziej chciałam kontynuować tę służbę, bo tak traktowałam obecność w PE. I chyba najbardziej zabolało mnie nie to, że nie znalazłam się na listach, tylko że nikt do mnie nawet nie zadzwonił. Zamiast komunikatu: „dziękujemy Ci, Janko, za pięć lat, teraz damy szansę innym”, potraktowano mnie jak dziewczynkę, która chciała się pobawić w europarlament, ale „my – ważniejsi i poważniejsi – jej nie pozwolimy”. 

Już w wieku emerytalnym, Janina Ochojska staje na progu nowego. Właśnie odtrącił ją świat polityki. Dopiero co rozstała się formalnie z prezesurą Polskiej Akcji Humanitarnej. A kilka miesięcy temu ogłosiła zwycięstwo nad nowotworem.  

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Janina Ochojska w Sudanie (dzisiejszy Sudan Południowy), kwiecień 2011 r. // Fot. Bart Pogoda / dla Polskiej Akcji Humanitarnej

Od szpitala do szpitala

Gdy łączymy się z początkiem czerwca, za jej głową widzę nie regały z książkami w krakowskim mieszkaniu, a zieleń ogrodu zza okien. Kilka lat temu przeprowadziła się pod Toruń, w którym przeżyła studenckie czasy (kończyła astronomię na UMK). Tu, w sąsiedztwie pary przyjaciół, wybudowała dom. – Brakuje mi Krakowa, ale też stawał się dla mnie coraz trudniejszy – przyznaje. – Te ulice bez przystosowanych krawężników, instytucje bez podjazdów. A ja już się poruszam tylko na wózku.

Na wózku jest od zawsze: gdy ma pół roku, atakuje ją polio, od tamtej pory będzie się zmagać z większą lub mniejszą niemocą. Szpital, wspomina w książce-wywiadzie z Wojciechem Bonowiczem (wydanej w 2000 r. przez Znak „Niebo to inni”), to jej pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Chodzić o kulach zaczyna w wieku pięciu lat. W wieku sześciu przechodzi pierwszą operację („Położono mnie na stole, przykryto jakąś gumą i wszyscy wyszli. Modliłam się wtedy, żebym nie umarła”). Kolejne zabiegi ma w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie podstawówki. W szpitalach spędzi setki dni także w dorosłości. A to po wypadku drogowym w czasie powrotu z Afganistanu, gdy m.in. zmiażdżyła kolano i złamała biodro (szpitale kolejno: w Tambowie, Moskwie i Krakowie). A to w związku z dolegliwościami ortopedycznymi będącymi pokłosiem problemów zdrowotnych z dzieciństwa. Tylko w latach 2014-15 raz spędzi w szpitalu 9 miesięcy, drugi raz 6. 

W kwietniu 2019 r. słyszy diagnozę: rak piersi. Z choroby – mówią jej przyjaciele – uczyni kolejne zadanie, opowiadając o niej w wywiadach. – Jedni uważają to za oczywistość, inni nawet za „epatowanie”. A ja znam przypadki ludzi, którzy dzięki chorobowym opowieściom znanych postaci poszli się przebadać – mówi Wojciech Bonowicz, poeta, felietonista „TP”, od lat przyjaciel Ochojskiej. – To ważny rys Janki cierpiącej: zwróciła się do ludzi z przesłaniem, tak jak wcześniej np. księża Isakowicz-Zaleski czy Kaczkowski.

Kaczkowski, zmarły w 2016 r. na glejaka mózgu duchowny, był jej bliski. Gdy rozmawialiśmy już po śmierci księdza na potrzeby jego biografii, opowiadała: „Zżył się ze swoją niemocą, w jakimś sensie był za nią wdzięczny. Ja to rozumiem: uważam, że mam dobre życie, również dzięki swojej niepełnosprawności. Nie wiem, gdzie bym była bez niej”. 

Dziś mówi o chorobie: – Korespondowałam z masą kobiet, rozmawiałyśmy na tematy, na które lekarze nie mają czasu. Nikt nie powie nowej pacjentce, by na pierwszą wizytę poszła z kimś bliskim, gdyż z powodu stresu nie zapamięta komunikatów. Że warto na chemię wziąć koc, bo po niej bywa człowiekowi zimno. Że czasami warto wcześniej zgolić włosy, bo wkrótce i tak wypadną. Nikt z lekarzy raczej nie porozmawia na temat lęków: przed chemią, jej skutkami, przed utratą piersi. I na temat lęku przed wznową.  

Źródła siły

Czy miała momenty załamania? – To był dzień powrotu po przedostatniej chemii do kamienicy – opowiada Ochojska. – Wysiadam z samochodu i zdaję sobie sprawę, że nie będę w stanie iść, a już na pewno wdrapać się po schodach. Koleżanka, która mi towarzyszyła, nie będzie też w stanie mnie unieść. Zrobiłyśmy „łapankę” i znalazłyśmy dwóch nieznających się panów: niskiego i wysokiego, obcokrajowca i Polaka. Trudno było ich skoordynować, także językowo. Wreszcie chwytają: jeden za nogi, drugi za tułów, koleżanka jeszcze za coś innego. Dziś może to brzmieć śmiesznie, bo czułam się jak kukła targana po tych schodach bez ładu i składu, ale wtedy pojawił się lęk. Że tak już będzie. Że nie odzyskam sprawności.

Pytam i Ochojską, i Bonowicza, skąd u niej siła. Ona mówi o rysie „zadaniowości”, który wyniosła z dzieciństwa spędzonego w dużej mierze z dala od domu. On dodaje wymagania dorosłych, które zahartowały ją na przeciwności, a w życiu dorosłym na wiernych przyjaciół. 

Bonowicza pytam też o paradoks: zasoby do walki z trudnościami, które dostaje się zwykle od rodziców, ona otrzymała od opiekunów i lekarzy z placówek, głównie sanatoriów, w których dominował zimny chów. – To prawda, ale w tych placówkach było coś więcej – odpowiada przyjaciel Ochojskiej. – Np. dr Lech Wierusz, ortopeda i dyrektor Zakładu Leczniczo-Wychowawczego w Świebodzinie był dla niej jak drugi ojciec. To kluczowe w wielu biografiach. Pojawia się ktoś dorosły z autorytetem i mówi: „Słuchaj, ty jesteś jedyna taka na świecie, pielęgnuj to. Możesz siąść i płakać, a możesz to zamienić w coś wartościowego”. Myślę, że ona ma tego doktora Wierusza głęboko uwewnętrznionego.

Bonowicz jednak dodaje: to nie oznacza, że przez przeszkody przeskakiwała bez potknięć. – Janka kilka razy w życiu, nie wchodząc w szczegóły, stoczyła walkę z sobą. Nie ma co udawać, że człowiek jest zawsze silny i ma nieskończoną pulę energii. Były w jej życiu momenty, w których tego bólu było za dużo, i brakowało sił. Przeszła je.

W lutym tego roku, po pięciu latach od diagnozy, który to okres bez wznowy onkolodzy uznają często za dowód wyleczenia, ogłosiła zwycięstwo nad nowotworem. W ten sposób okres choroby pokrył się z krótką polityczną karierą.

Partyjny „gorący kartofel” 

Diagnozę usłyszała zresztą niedługo po decyzji, by kandydować. – Nie miała Pani zawahania? – pytam. 

– Nie. Pomyślałam, że jak się poddam, to nie będę miała sił do walki z chorobą. Powiedziałam sobie: zrobię, co miałam w planach, tylko raka do tych planów dopiszę. 

Po wyborczym triumfie będzie jedną z kilkanaściorga polskich członków Europejskiej Partii Ludowej. Zajmie się tym, czym zajmowała się latami: uchodźcami, migrantami i prawami człowieka. W sprawach klimatycznych będzie często głosować inaczej niż jej ugrupowanie, w kwestii tzw. paktu migracyjnego, który ma m.in. usprawnić procedury azylowe, ale zawiera też budzący emocje tzw. mechanizm solidarności, tak samo. – Ale nie dlatego, że „Tusk tak kazał”, tylko z tego powodu, że pakt posiada wiele luk, które mogą spowodować łamanie praw człowieka – zaznacza Ochojska.

Z bilansu swojej pracy w Brukseli nie jest zadowolona.  – W sprawie pushbacków wypowiadałam się wielokrotnie, ale pushbacki nadal są, i to na wielu granicach  – mówi. – Na pakt migracyjny też nie miałam takiego wpływu, jakiego się spodziewałam. W kwestiach środowiskowych z kolei nie jestem zadowolona z tego, co robiło moje ugrupowanie, dlatego głosowałam tak jak lewica, w duchu ochrony klimatu. Gdybym miała szukać czegoś konkretnego, co się udało, to powiedziałabym o uporządkowaniu pewnej ważnej procedury. Chodzi o obowiązek takiego uzgadniania wszystkich nowych polityk wprowadzanych przez PE, by nie szkodzić krajom rozwijającym się.

Ale w polskich mediach głośno o Janinie Ochojskiej robi się przez ostatnie pięć lat głównie z powodu kontrowersyjnych wypowiedzi. Zwłaszcza tej z marca ub. roku, gdy w Tok FM mówi o możliwych „masowych grobach” przy polsko-białoruskiej granicy. W reakcji prawica grzmi o „kłamstwie w służbie Łukaszenki”, a niektórzy politycy PO dystansują się od jej słów. – Nie chodziło mi o jeden masowy grób, tylko o wielu uchodźców, którzy zaginęli bez wieści, a ich ciała muszą gdzieś przecież być – tłumaczy dzisiaj.

– Czyli nie żałuje Pani tamtych słów? – upewniam się. – Powiedziałam tylko, czego się domyślam, a nie co na pewno wiem.

– Może w tym właśnie problem: o takich sprawach powinno się albo milczeć, albo krzyczeć, ale mając dowody. – Zgoda – odpowiada – to trzeba było inaczej powiedzieć. Ale bronię samej treści. Bo że losy wielu ludzi są niejasne, to wiemy na pewno.

– Janka jest konsekwentna: co głosiła kilka lat temu, głosi i dziś – mówi Bonowicz. – Ona nigdy nie weszła w logikę politycznego kalkulowania: to się opłaca, a to nie.

– Da się dziś uprawiać politykę bez kalkulowania? – pytam Bonowicza. 

– Może i się nie da, ale powinno się dać. Ugrupowania powinny mieć w swoich szeregach idealistów, ludzi może trochę naiwnych i przez to „niebezpiecznych”, ale za to zdolnych odwołać się do wartości w sytuacjach kryzysowych. Ale nie jestem specjalnie zaskoczony, że została wypchnięta z polityki. Przypuszczałem, że odkąd obrona granicy stanie się elementem kampanii, będzie traktowana przez partie jak „gorący kartofel”.

Z mainstreamu na margines

Ale i ona dała się namówić na milczenie w imię polityki. – Przez dłuższy czas nie wypowiadałam się w sprawie granicy, i muszę panu powiedzieć, że dziś mam ogromne poczucie winy – przyznaje. – Mówiliśmy między sobą: tak, dwie kolejne osoby na granicy zmarły, ale może dajmy temu rządowi chwilę, niech okrzepnie. A teraz spora część tego rządu jedzie do Parlamentu Europejskiego. Czy na pewno panowie Budka lub Kierwiński mają wiedzę i doświadczenie pozwalające posunąć sprawy europejskie do przodu? Chciałabym usłyszeć, że ministrowie rządu Tuska oddadzą odprawy po odejściu ze swych funkcji na jakiś szczytny cel. PiS budował Bizancjum, ale teraz zaczyna być podobnie. Nie wierzę, że odejście aż tak wielu szefów resortów było konieczne.

W język nie gryzie się też w internecie. „Dzisiaj w nocy w moim kraju wprowadzono strefę, w której przestaną obowiązywać prawa obywatelskie. Stare wraca?” – pisze na platformie X 13 czerwca o strefie buforowej. „Cała Janka” – komentują jedni jej znajomi, zwracając uwagę na emocjonalny i przesadny przekaz. Inni akcentują, że obecna strefa tylko subtelnie różni się od tej PiS-owskiej, więc Ochojska jest po prostu konsekwentna.

Na pytanie, czy nadal jest za rozebraniem granicznego muru, odpowiada bez wahania twierdząco. – Jest nienaturalny, a w dodatku nieskuteczny – mówi. – Co rusz słyszymy o osobach, które przedostały się jednak przez granicę. Jestem za ochroną granicy, ale nie tak. 

– A jak? Co by Pani zrobiła, będąc premierem? – pytam.

– Przy Obwodzie Kaliningradzkim mamy zaporę elektroniczną, dzięki której przechodzący przez granicę są widoczni nawet daleko od niej. Sprawa druga to strażnicy. Próbowałabym ich tak doszkolić, by praca w straży była na powrót tym, czym była przed PiS-em i przed Usnarzem [blisko tej miejscowości miał miejsce w 2021 r. największy przygraniczny kryzys – red.]. Myśmy wtedy pokazali Białorusinom, że gramy w ich grę, to znaczy dajemy się prowokować. Dzisiaj widzimy tego efekty.

– Ale dzisiaj jest inna sytuacja: na granicy jest więcej agresji, zginął żołnierz, a pushbacki stosuje cała Europa – zauważam.

– Do agresji przyczyniliśmy się sami, reagując agresywnie na wcześniejsze incydenty. A fakt, że wszyscy stosują pushbacki, to nie powód, by je inaczej niż kiedyś oceniać. Dochodzimy jako kontynent do kresu. Jeszcze pobudujemy trochę murów, jeszcze wypchniemy ileś tysięcy ludzi. A potem będzie taki napór, że zaczniemy rozważać rozstawianie na murach strzelców.

Gdy mówię, że swoimi niezmiennymi poglądami sama wypisała się z mainstreamowej polityki, odpowiada krótko: – Być może. Ale nie zrezygnuję ze swoich poglądów tylko dlatego, że przestały być mainstreamowe.

Misja niekowbojska, choć niebezpieczna

Wypisała się też z założonej przez siebie w 1994 r. Polskiej Akcji Humanitarnej. PAH, przez dekady organizująca pomoc za granicą, pomagająca uchodźcom, dźwigająca z klęski powodzian, dożywiająca dzieci itd., napisała ważny rozdział historii polskiego ruchu NGO. A ona przez te lata stała się – obok Jurka Owsiaka czy Anny Dymnej – ikoną tego sektora.

Starsi Polacy zapamiętają konwoje z lat 90.: do ogarniętych wojną krajów byłej Jugosławii, do Kazachstanu, Czeczenii, Afganistanu. Telewizyjne migawki: energiczna młoda kobieta ubrana w kamizelkę, a czasami w kask, zawiaduje pomocą niemal skacząc o kulach. I doniesienia o niebezpiecznych momentach: ostrzelanie ciężarówek PAH pod Sarajewem czy wspomniany wypadek w drodze z Afganistanu. – Zawsze unikaliśmy „kowbojskiej” narracji w naszych opowieściach, ale faktem jest, że kilka razy mieliśmy sporo szczęścia. Albo inaczej: pomagaliśmy szczęściu, dbając o bezpieczeństwo – mówi Ochojska.

Gdy pytam o najważniejszą misję, wskazuje na Czeczenię. – Po pierwsze, tam powstała nasza pierwsza stała placówka, zaczęliśmy mieć zdolność zatrudniania na miejscu. W Czeczenii to było aż 60 lokalnych osób – mówi. – Po drugie, zainstalowaliśmy filtry na wodę, by rozwozić ją w Groznym. W sumie mieliśmy pięć filtrów, dających dziennie ponad 700 tys. litrów. To był sukces, bo przecież trwały bombardowania. A przy okazji był to w historii organizacji kolejny kamień milowy: ten pierwszy program wodny wyznaczył nowy, obowiązujący do dziś kierunek działania PAH-u jako organizacji skupionej na sektorze wodno-sanitarnym.

De facto PAH-em przestała kierować pięć lat temu. Formalnie jej odejście ogłoszono przed dwoma tygodniami. – Gdy zostałam wybrana na europosłankę, wzięłam w organizacji urlop bezpłatny – tłumaczy. – Wtedy myślałam, że może wrócę. Ale gdy obserwowałam, jak się PAH rozwija, jak – co tu kryć – wojna w Ukrainie dała jej rozwojowego kopa, to zorientowałam się też, że musiałabym doganiać własną organizację, uczyć się PAH-u od nowa. To nie jest potrzebne ani organizacji, która stoi mocno na nogach, ani mnie.

Na pytanie, co planuje, ujawnia, że chciałaby stworzyć nową organizację. – Mogłaby nosić nazwę Fundacji im. Janki Ochojskiej – deklaruje. – Nie wiem jeszcze, czym będzie się zajmować, ale rozmawiam dużo ze znajomymi działaczami, by zorientować się, jakie obszary pomocy humanitarnej i migracyjnej są newralgiczne. Na pewno chciałabym jeździć do krajów takich jak Tunezja czy Egipt, którym pani Ursula von der Leyen tak hojnie rozdawała pieniądze na powstrzymanie migracji, i sprawdzać, na co te pieniądze idą. Nie chciałabym, by się okazało, że organizuje się za nie „łapanki” ludzi chcących się dostać do Europy.

Stanąć na nogi

Prywatnie zastanawia się, czy jest w stanie znowu stanąć na nogi. Przez lata poruszała się na wózku, ale też chodziła o kulach; nowotwór i chemia sprawiły, że odłożyła kule.

– Już zaakceptowałam fakt, że nie chodzę, ale czasami sobie myślę: „Kurczę, Janka, zawsze tak walczyłaś, taka byłaś do przodu, a teraz?”. Mogłabym znowu zawalczyć, zajmując się całe dnie sobą: basenem, fizjoterapią, ćwiczeniami. Ale czy przejście znowu stu metrów o własnych siłach warte jest odpuszczenia różnych ważnych spraw, które chcę jeszcze robić?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nowe życia Janiny Ochojskiej