Wobec pseudoterapii potrafię być bezlitosna: nie znoszę wykorzystywania cudzych kryzysów, słabych punktów, łatwowierności

Nie wierzę w „odzyskane wspomnienia”. Jestem za to absolutnie przekonana, że nie doceniamy siły sugestii (czy autosugestii!) i możliwości wmówienia komuś wspomnienia fałszywego, zwłaszcza gdy jest w kryzysie i staje się podatny na pchnięcie w dowolną stronę.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Pomysł na niniejszy felieton przybył do mnie we śnie. Na ogół śnią mi się rzeczy prozaiczne: wysyłam senne 
e-maile, robię zakupy w wyśnionej Biedronce (zapewne dlatego bywam rano taka zmęczona i niekoniecznie witam dzień uśmiechem). Tym razem jednak przyśniło mi się rzadkie w moim życiu zjawisko, czyli kłótnia; rozzłościłam się na kogoś ze snu, gdyż próbował mnie przekonać, że pamiętam coś na pewno, lecz musiałam to „wyprzeć”.

To prawdopodobnie efekt działania kombinacji czynników: faktu, że trwa czas sprzyjający wspominaniu i pamięci, niedawnej dyskusji o tzw. Satanic Panic na jednym z profilów społecznościowych (panika moralna w USA w latach 80., gdy w muzyce metalowej, filmach i grach doszukiwano się treści nakłaniających rzekomo do zbrodni) oraz lektura kilku artykułów o popularności pseudoterapii, oferujących szybkie, choć mocno wątpliwe rozwiązania na ludzkie bóle duszy.

Ale wściekłabym się też na jawie, gdyby ktoś próbował mi wmówić, że coś przeżyłam, choć wiem, że to się nie stało. Nie wierzę bowiem w możliwość „odzyskania wspomnień”. Dla jasności – nie chodzi o mechanizmy wyparcia czy dysocjacji, rozpoznane w psychiatrii i psychologii, gdy ktoś na skutek doznanego wstrząsu niejako „oddziela się od samego siebie”, nie rozpoznaje siebie, czy nawet tymczasowo doznaje amnezji. Jestem też świadoma, że ofiary przemocy często z różnych przyczyn nie mówią przez długi czas o tym, co je spotkało, nawet gdy pozorują „normalne życie”. Ale jestem też absolutnie przekonana o tym, że nie doceniamy siły sugestii (czy autosugestii!) i możliwości wmówienia komuś wspomnienia fałszywego, zwłaszcza gdy jest w kryzysie i staje się wrażliwy, podatny na pchnięcie cudzą dłonią w dowolną stronę.

Jest to temat kontrowersyjny i dzisiaj dyskutowany na kanwie popularności tematu traumy; 30 lat temu w USA doprowadził do zdumiewających wyroków sądowych, gdy ludzi skazywano za makabryczne przestępstwa zaistniałe jedynie w wyobraźni (opowiada o tym książka „Szatan w naszym domu” Lawrence’a Wrighta). Fala wydarzeń, które sprowokowała niesławna pseudopsychologiczna książka „Michelle remembers”, to jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę mrożą mi krew w żyłach. Okazuje się bowiem, że gdy ludzie zdecydują się uwierzyć, że coś jest prawdziwe, nie zejdą z tej drogi, nawet kosztem skazania przypadkowego człowieka. To tym straszliwsze, że prawdziwe zbrodnie dzieją się i bywają tuszowane – lecz zwyczajne dochodzenie sprawiedliwości jest dla ludzi mniej absorbujące niż spektakl z udziałem tajnej organizacji, spisku czy szatana. A działania manipulantów i kłamców sprawiają, że naprawdę skrzywdzonym trudniej uwierzyć, gdy zdecydują się mówić.

„Odzyskane wspomnienia” miały swój epizod, na szczęście krótki, w polskiej psychoterapii przełomu mileniów. Poznałam dwie osoby, którym próbowano coś zasugerować. Młoda dziedzina leczenia musiała być wówczas na etapie bezkrytycznego importu wszelkich pomysłów z USA, bo też cała historia wygląda jak tani film obyczajowy ze stacji Hallmark. Niestety, konsekwencje mogły być opłakane: jednej z osób próbowano zasugerować, że wyrządziła komuś zło o potencjalnych konsekwencjach prawnych. Byłaby gotowa uwierzyć, gdyby nie drobna przeszkoda: ten ktoś po prostu nie istniał, a cała sprawa była wynikiem sugestii, historią wymyśloną przez pseudo­terapeutę, który najwidoczniej chciał mieć na koncie spektakularny przypadek. Odrobina przytomności umysłu i pytanie „co tu jest grane?” sprawiły, że udało się uniknąć kłopotów. Ale osoba ta poszła po poradę, ponieważ zmagała się z realnym nieszczęściem. Trafiła na hochsztaplera, lecz cierpiała na serio.

Wobec pseudoterapii potrafię być bezlitosna, bo nie znoszę wykorzystywania cudzych kryzysów, słabych punktów, może łatwowierności. Ich praktyków uważam za cynicznych drapieżników. Ale nie mogę powiedzieć, że ich klienci wiedzą, na co się piszą. Nie mogę ich potępić. Ludzie są nieszczęśliwi, niedocenieni, samotni tu i teraz. Niestety, mają też szczęście w nieszczęściu żyć w kraju, którego nikt nie bombarduje i w którym mają co jeść, więc łatwo ich smutek zbyć lekceważeniem, że „inni to mają naprawdę źle”. Być może stąd skłonność do koloryzowania, wyolbrzymiania, doszukiwania się nieszczęść, które mogły się nigdy nie zdarzyć, albo zasłaniania się życiorysem przodka z przeszłości, którego spotkało coś strasznego i na wnuku ciąży to jak klątwa. Uważam, że odzyskanych wspomnień z przeszłości nie ma – ale są dzisiejsze problemy, które, gdy zostaną zignorowane, ściągają człowieka w dziwne strony. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Co tu jest grane?