Krajobraz po remisie

Sprawa KNF nie pogrzebie szans PiS-u na utrzymanie władzy za rok. O tym, kto ją weźmie, zdecydują nie tylko losy głównych obozów, ale też to, jak poradzą sobie w wiosennych wyborach PSL i jeszcze nieokreślona formacja lewicy.

20.11.2018

Czyta się kilka minut

Roberta Biedronia czeka już na początku przyszłego roku test z manewrowania wśród personalnych ambicji i urazów na lewicy. / WITOLD SPISZ / REPORTER
Roberta Biedronia czeka już na początku przyszłego roku test z manewrowania wśród personalnych ambicji i urazów na lewicy. / WITOLD SPISZ / REPORTER

PiS nie znalazł się w posiadaniu nowej genialnej metody rządzenia, która poprowadzi tę partię drogą Viktora Orbána - co widać jasno po wyborach samorządowych. Nikomu, kto wcześniej żywił takie przekonanie, nie przeszkadzało, że pierwsze wybory w swojej triumfalnej serii w 2010 r. Orbán wygrał zdobywając 52,7 proc. poparcia, podczas gdy wyborcza legitymacja PiS z 2015 r. to 37,6 proc. Po czterech latach rządów Orbán po prostu zmiażdżył opozycję w wyborach samorządowych, pozostawiając jej bardzo niewiele miejsca w systemie władzy w kraju.

Jesienią 2018 r. nie ma wątpliwości, że PiS nikogo nie zmiażdżył. Co więcej: nie potwierdził nawet sondażowej przewagi. Nie zobaczyliśmy ani czterdziestu kilku procent głosów oddanych na partię Kaczyńskiego, ani triumfu kandydatów prawicy w wielkich miastach. Nie udało się utrzymać wielu miast średnich – Nowego Sącza, Ostrołęki, Siedlec, Białej Podlaskiej. PiS potwierdził swój status pierwszej partii, ale nie okazał się hegemonem.


Czytaj także: Sezon polowań na Ziobrę - Andrzej Stankiewicz po wyborach samorządowych


Sytuacja przypomina więc mecz, w którym słabsza drużyna, męcząc się okropnie, doprowadza do remisu pod koniec pierwszej połowy, a komentator powtarza sakramentalne: „Wszystko zaczyna się od nowa”. Nic nie jest przesądzone. Jesienią przyszłego roku może wygrać zarówno PiS, jak i opozycja. Co więcej – jak pokazuje proces tworzenia większości w sejmikach – o tym, w czyje ręce trafia władza, może przesądzić nie pojedynek dwóch najsilniejszych ugrupowań, ale wyniki mniejszych partii. Jeżeli Koalicja Obywatelska utrzyma obecne poparcie lub nawet nieznacznie je rozszerzy, to o ostatecznym wyniku może zadecydować to, czy PSL przekroczy próg wyborczy, a Robert Biedroń zdoła zjednoczyć centrolewicę.

Czy Schetynę stać na Dudę

Oczywiście to nie jest tak, że Grzegorz Schetyna może już nic nie robić, tylko kibicować Kosiniakowi-Kamyszowi i Biedroniowi. Przeciwnie: z faktu, że los opozycji zależy w znaczącej mierze od wyniku ludowców i lewicy, nie należy wyciągać wniosku, że Koalicja Obywatelska może pozwolić sobie na proste dyskontowanie błędów władzy. Koncepcja budowy siły na straszeniu wyborców PiS-em sprawdziła się w roku 2007 i 2011. Ale poniosła fiasko w 2015. Nadzieja, że po czterech latach odzyskała atrakcyjność i moc, jest fałszywa. Podobnie złudne jest założenie, że wszyscy, którzy w ostatnich wyborach nie oddali głosu na PiS, to naturalni wyborcy anty-PiS.

Platforma odzyskała zdolność rywalizacji, ale nie odzyskała świeżości. Wskazują na to nie tylko wyniki Schetyny w sondażach indywidualnej popularności polityków. PO nie ma dziś wielu twarzy, które można identyfikować z konkretnymi projektami politycznymi. Projektami ważnymi społecznie, przynajmniej dla wyborców Platformy. Nie mówię tu o fighterach, zdolnych stawiać opór PiS w sprawach sądownictwa – bo tych jest w Koalicji Obywatelskiej przynajmniej kilkoro – ale o politykach, którzy mieliby jakiś projekt w sferze edukacji, służby zdrowia czy polityki socjalnej. Którzy mieliby pomysł na naprawę sytuacji w policji czy prokuraturze. Naprawę, a nie jakieś „sprzątanie po PiS”.

Platforma nie ma nawet nowych twarzy na poziomie „polityki ogólnej”, ludzi, którzy z powodzeniem mogliby występować w imieniu całej formacji. Odpowiedników Andrzeja Dudy i Beaty Szydło w zwycięskiej dla PiS kampanii 2015 r. U źródła tego sukcesu była decyzja prezesa Prawa i Sprawiedliwości o schowaniu się za tymi politykami. Kaczyński wyciągnął wnioski nie tylko z sondaży, ale także z analizy reguł, jakimi rządzi się świat mediów, które kreują społeczne emocje. Nawet jeżeli Schetyna nie może sobie pozwolić – choćby ze względu na strukturę własnej partii – na taki ruch, z pewnością powinien pokazać nowy personalny układ, który będzie kształtował politykę państwa po ewentualnym zwycięstwie dzisiejszej opozycji.

Perypetie partii władzy

Prawo i Sprawiedliwość ma wiele kłopotów właściwych każdej partii władzy: ostre walki frakcyjne, pasywna postawa wielu ceniących wygodę polityków, coraz poważniejsze kłopoty z opanowaniem chciwości we własnych szeregach. W tym wymiarze PiS jest raczej normalny niż niezwykły. Taki kryzys dopadł kiedyś AWS i SLD, a po nich PO. To nie jest już partia, którą pamiętamy z pierwszego roku rządów: dyscyplinowana twardą ręką prezesa, ale też pełna apetytów na realizację daleko zakrojonych celów. Czująca siłę czerpaną z brutalności we wprowadzaniu własnej woli, z bezkarnego łamania kolejnych barier, wreszcie – z upokarzania bezsilnej opozycji.

Tej siły już dziś nie ma. PiS nie złagodniał, ale się zmęczył, uwikłał w dziesiątki problemów. Ten ostatni, związany z zarzutami wobec szefa Komisji Nadzoru Finansowego, uderzył w szczególnie czuły punkt.


Czytaj także: Marek Rabij: Komisja Nadzoru Fikcyjnego


Nie tylko dlatego, że jednym z kluczowych elementów tożsamości tej partii była walka z korupcją, z czerpaniem zysków z państwowych posad. W łagodniejszej sytuacji – gdy chodziło o premie dla ministrów rządu Beaty Szydło, kierownictwo PiS zdecydowało się na bardzo drastyczną reakcję. Nie od razu, ale po kilku tygodniach udowadniania, że „te pieniądze nam się należały”. W sprawie KNF partia rządząca zrobi cokolwiek tylko pod presją.

Na razie będzie udawała, że to problem jednego urzędnika. Ale jest jasne, że to polityka w sektorze bankowym stworzyła nową okazję do nadużyć. Dała argument, który padł nie z ust opozycji, lecz szefa jednego z najważniejszych urzędów: w świecie władzy istnieje plan wykorzystania kłopotów banków, będących własnością prywatną, do ich faktycznej nacjonalizacji lub przejmowania przez osoby związane z obozem władzy. Taką intencję można było wyczytać dotąd między wierszami, raczej w wypowiedziach sympatyzujących z obozem władzy publicystów niż polityków. Ale w nagranej rozmowie szefa KNF z Leszkiem Czarneckim została ona wypowiedziana wprost.

Wybuch afery nie spowoduje natychmiastowego odpływu wyborców. Tak się nie stało nawet w przypadku SLD i afery Rywina. Ten odpływ na wielką skalę nastąpił wskutek konfliktu między prezydentem a premierem, wskutek powstania odrębnej partii Marka Borowskiego. Sprawa prezesa KNF nie zabije PiS w krótkim terminie, ale może zablokować możliwość pozyskiwania nowych zwolenników, wzmocnić rezerwę i obawy własnych wyborców oraz – co najważniejsze – wzmocnić postępującą dekompozycję obozu władzy.

Wysoki próg PSL

Test wiosennych wyborów do Parlamentu Europejskiego nie będzie jednak wyłącznie sprawdzeniem siły partii rządzącej jako takiej. PiS będzie musiał zadbać przede wszystkim o to, by zachować monopol na reprezentację wszystkich czterech segmentów wyborców: tych, którzy w PiS widzą partię ludzi chodzących do kościoła; tych, którzy lubią go za walkę z establishmentem; niechętnych Unii, Niemcom czy Ukraińcom nacjonalistów; i wreszcie tych, którzy stali się wyborcami PiS pod wpływem obietnic i dokonań tej partii w sferze polityki socjalnej. Paweł Kukiz – bardzo silny w momencie wyborów prezydenckich – takiego ugrupowania nie stworzył. Nie zaufał nikomu, kto mógłby zagospodarować jego ówczesne zwycięstwo. Jego konflikt z liderem Bezpartyjnych Samorządowców Robertem Raczyńskim odebrał obu szansę na podjęcie poważnej gry z Jarosławem Kaczyńskim.

Jeżeli po prawej stronie sceny politycznej nie pojawi się lider zdolny odebrać PiS-owi jego wyborców, to partia ta może uznać wiosenny test za zdany. Oczywiście lepiej byłoby go zdać na piątkę niż na trójkę, lepiej wygrać z dużą przewagą, niż zremisować lub nieznacznie przegrać. Ale to nie tu rozegra się najważniejsza – także dla PiS – gra.

Najważniejsza rozgrywka będzie dotyczyć tego, kto oprócz KO i PiS wprowadzi posłów do Parlamentu Europejskiego. Kto zakwalifikuje się do poważnej gry o polski Sejm. Dotychczasowe wybory europejskie nie miały takiego znaczenia, bo od tych parlamentarnych dzielił je co najmniej rok. Teraz będzie to kilka miesięcy. Kto przegra wybory europejskie, nie pokonując pięcioprocentowego progu wyborczego, będzie miał kłopot nie tylko z przekonaniem wyborców, ale także ze znalezieniem dobrych kandydatów, gotowych do poświęceń wolontariuszy, dostępu do mediów środków na kampanię.

Bardzo trudno prowadzi się ją pod prąd emocji takich jak rozczarowanie czy zniechęcenie. W atmosferze podejrzeń o dezercję, nielojalność czy pozorowanie walki. A tak jest w każdej partii po klęsce. Jeżeli na pozbieranie się zostaje kilka miesięcy – to pole manewru jest niewielkie.


Czytaj także: Dołki i szczyty - Jarosław Flis po wyborach samorządowych


Najtrudniejszy test ma przed sobą PSL. Wprawdzie dotychczas, żeby wejść do PE, wystarczał wynik na poziomie 350 tys. głosów, ale jeżeli dwóm głównym partiom uda się zmobilizować mieszkańców wielkich miast do udziału w wyborach, ten próg może zostać znacząco podniesiony. Dotychczas PSL nie miał kłopotu z jego pokonaniem. Pracował na ten sukces nie tylko szyldem, ale też dobrze zorganizowanymi strukturami lokalnymi. Dziś jednak te struktury mogą stracić siłę w tych – ważnych dla PSL – województwach, w których ludowcy utracili władzę w sejmikach.

Punkt wyjścia – blisko dwa miliony głosów w wyborach sejmikowych – jest niezły. PSL nie jest na straconych pozycjach. Uniknął klęski w październiku, ale mobilizacja wyborców sprzed kilku tygodni będzie wiosną trudniejsza niż w najważniejszych dla prowincji wyborach lokalnych.

Egzamin Biedronia

Drugi ważny test rozegra się nie w maju, lecz w pierwszych miesiącach nowego roku. To będzie test politycznych i organizacyjnych zdolności Roberta Biedronia. Test, w którym trzeba dokonać cudu pojednania rozmaitych środowisk lewicowych i jednocześnie stworzyć wizerunek będący otwartym na tych wyborców, dla których polityka identyfikacji ideowych jest nieczytelna. Ich poglądy stanowią – z punktu widzenia wykładowców doktryn politycznych – chaos sprzecznych haseł.

Biedroń dobrze to rozumie. Jak stworzyć przesłanie to dla niego łatwiejsza rzecz niż manewrowanie w świecie personalnych ambicji i niechęci, wzajemnych urazów, niż konstruowanie list. To różni go od Schetyny i Kaczyńskiego, którzy są mistrzami tego typu gier. Ale może ten test zdać na trójkę: złożyć listy, nie dopuścić do startu jakiejś bliźniaczo podobnej formacji, nie dać się zdezawuować poprzez dobór ludzi będących obciążeniem – którzy odbiorą jego liście cechę świeżości.

Ta kampania będzie nie tylko starciem speców od wizerunku, ale także egzaminem ze zwykłego rzemiosła politycznego. Ze zdolności motywowania własnych kadr, zawierania kompromisów, przekonywania do pracy na wspólny szyld.

Czekanie na nowe zaklęcie

Na początku nowego sezonu powinny paść słowa, które ukształtują oś kampanii. Będą próbą nazwania jej stawki i określenia pozycji głównych graczy. Na razie jednak owo nowe zaklęcie nie padło. Nie jest nim wskazany przez Donalda Tuska kontekst „polexitu”, choć w merytorycznym sensie bardzo poważny, to trudny do uwiarygodnienia. Przede wszystkim dlatego, że wskutek wieloletniej propagandy odnoszącej się do środków europejskich utrwalił się wizerunek Unii jako szczodrej, choć zarozumiałej instytucji całkowicie wobec nas zewnętrznej.

Obywatelami Unii czujemy się może w relacjach z Ukraińcami, ale nie sami wobec siebie i nie wobec Brukseli czy Berlina. Nie czujemy się nimi na tyle, by argumenty związane z obecnością w UE tworzyły głęboki podział, przemawiający do nieinteresujących się nadmiernie polityką ludzi. Tylko jakaś spektakularna awantura w rodzaju głosowania 1:27 mogłaby ten podział uwiarygodnić i uspołecznić.

Częściową próbą wypowiedzenia takiej formuły jest nowa książka Roberta Biedronia. Rozpisuje ona – dużo ciekawiej, niż czyniła to przez ostatnie lata opozycja – pewien plan gry, znacznie szerszy niż najbliższy polityczny sezon. Biedroń stawia na pewną harmonię celu i metody, a zatem podważa strategię obu głównych partii, które karmią się ostrym, emocjonalnym i specjalnie podsycanym konfliktem politycznym. A zarazem tworzy ofertę w sensie ideowym bardziej polemiczną wobec PiS-u, niż są w stanie to uczynić politycy Platformy. Nie tylko na polu laickości państwa, ale także całkowicie innego podejścia do historii, do rozumienia praw człowieka, w tym rozszerzonych – np. o prawo do mieszkania – praw socjalnych.

Ciekawa jest jednak nie tylko ta różnica, ale też zderzenie dwóch odmiennych narracji odwołujących się do doświadczenia życiowego. Pokolenie Donalda Tuska żyje świadomością cudu, jakim było odzyskanie wolności w roku 1989. Świadomością przejścia od statusu niedopasowanych do realiów PRL-u buntowników do pierwszych pozycji w nowym państwie. To jest to „niemożliwe stało się możliwe”, które może być leitmotivem opowieści dzisiejszych sześćdziesięciolatków.

W opowieści Biedronia tego nie ma. Polska, jaką poznał, była już w zasadzie zawsze „wolna”. Ale nadal była „Polską do zmiany”. „Zostałem politykiem – pisze Biedroń – bo inni nie załatwiali spraw, które były i są dla mnie ważne”. Te dwie motywacje, dwa doświadczenia mogą uruchomić napięcie w polskiej polityce jeszcze nie do końca wyartykułowane – idące wzdłuż podziału pokoleniowego.

Wiele komentarzy dotyczących przekonań młodego pokolenia skupiało się na fenomenie wysokiego poparcia dla partii Janusza Korwina-Mikkego czy ruchu Kukiz’15. Ale ten odruch „licealnego” sprzeciwu wyparował z kolejnych już roczników obywateli III Rzeczypospolitej wraz z procesem dorastania i nie miał mocy sprawczej. To, co mówi Biedroń, jest poważniejsze, bo kwestionuje stawianie doświadczeń pokolenia Solidarności i przełomu 1989 roku jako głównego punktu odniesienia polskiej polityki. O swoje miejsce upomina się więc nowa różnica pokoleniowa między ludźmi z roczników Kaczyńskiego i Tuska a rówieśnikami Biedronia i ludźmi od niego młodszymi. ©

Autor jest politologiem i publicystą, profesorem Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. W tym roku wydał książkę „Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Politolog, publicysta, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W wydawnictwie Karakter wydał niedawno książkę „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością”. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 48/2018