Narracja pilnie poszukiwana. Co połączy nowy rząd?

Potrzebujemy takiej doktryny sprawowania władzy, która byłaby własnością całego rządzącego układu, a nie tylko jednego z jego ośrodków czy też jednej z partii koalicyjnych.

29.11.2023

Czyta się kilka minut

Borys Budka i Donald Tusk przed 1. posiedzeniem Sejmu X kadencji, Warszawa, 21 listopada 2023 r. / Fot. Zbyszek Kaczmarek / Forum
Borys Budka i Donald Tusk przed 1. posiedzeniem Sejmu X kadencji, Warszawa, 21 listopada 2023 r. / Fot. Zbyszek Kaczmarek / Forum

Rządzenie po PiS będzie trudniejsze niż rozliczenie tej formacji. Struktury państwa, partie polityczne, opinia publiczna oraz media przyzwyczaiły się do pewnego stylu sprawowania władzy. Jednoosobowego, wykorzystującego strach przed popadnięciem w niełaskę i obficie karmiącego własnych klientów profitami ze sprawowanej władzy. Jest jasne, że sposób kierowania państwem po epoce Jarosława Kaczyńskiego będzie inny: wieloosobowy i zracjonalizowany, choćby ze względu na konieczność współpracy w obliczu istniejących różnic w koalicji, a także w mniejszym stopniu oparty na dyscyplinie oraz klientelizmie. 

Reguły do lamusa

By sprawnie rządzić mechanizmem opartym na politycznym pluralizmie, trzeba mieć jakąś wspólną, ponadpartyjną opowieść – a nie trzy czy cztery różne historie. By przywrócić normalne funkcjonowanie administracji państwowej, trzeba również dość precyzyjnie sformułować oczekiwania wobec urzędników i funkcjonariuszy. W czasie poprzednich rządów Donalda Tuska można było opierać się na dość podobnych regułach, składających się na sposób funkcjonowania całej III Rzeczypospolitej, obowiązujący za czasów i Jerzego Buzka, i Leszka Millera, za Kazimierza Marcinkiewicza i za Marka Belki. Dziś żadna z tych reguł nie jest pewna, większość z nich wręcz zapomniana, a część – zapewne także dla nowej ekipy – niewarta kontynuacji. 

Trzeba mieć coś, co wiek XX nazwałby doktryną rządzenia, a obecne stulecie pewnie narracją. Tyle tylko, że adresowaną nie do wyborców, lecz do ludzi, z którymi nowa władza będzie bezpośrednio współpracować. Współcześnie jest to o tyle trudne, że zaciera się odrębność kanałów komunikacji skierowanych do różnych grup, w szczególności wewnątrz elity administracyjno-politycznej. Właściwie wszystko lub prawie wszystko jest traktowane jak potencjalny komunikat wyborczy.

Bardzo trudno wyobrazić sobie zatem exposé, które będzie pełniło funkcję wykładu doktryny rządzenia. Co więcej, nie będzie też wzmacniającego przekaz „drugiego exposé”, które w roku 2015 zaraz po Beacie Szydło wygłosił Jarosław Kaczyński. Był to wówczas ważny gest ustanawiający polityczne przywództwo szefa partii i jego realną zwierzchność nad organami konstytucyjnymi państwa, także nad rządem. Dziś nikt tego nie zrobi, bo najsilniejszy polityk większości sam zostanie premierem i będzie jednocześnie próbował kontrolować kilka bardzo istotnych procesów parlamentarnych. Nie tylko zwykłe projekty ustawodawcze, bo do tego aparat rządowy będzie przygotowany, ale także działania zmierzające do odzyskania wpływu na publiczne radio i telewizję, do naprawy sytuacji w Krajowej Radzie Sądownictwa i Trybunale Konstytucyjnym oraz do zmiany prezesa Narodowego Banku Polskiego. Równocześnie – jako szef partii – będzie musiał kontrolować przebieg przygotowań do kampanii samorządowej oraz śledzić efekty, także wizerunkowe, prac komisji śledczych. 

Właściwie nic, co widzieliśmy w kampanii, nie uprawnia do przypuszczenia, że nastąpi wyraźna zmiana modelu przywództwa, sprawiająca, że wyżej wymienione obszary zostaną przekazane jakiemuś partyjnemu numerowi 2 czy 3. Donald Tusk nie ogłosi takiej nowatorskiej doktryny rządzenia, bo musiałby się uwikłać w krępujące swobodę manewru deklaracje dotyczące reguł rozgrywki z PiS. Nie ogłosi jej również marszałek Sejmu Szymon Hołownia ani żaden z wicepremierów. 

Z konieczności zatem taka doktryna przywracania porządków będzie patchworkowa, składająca się z cząstkowych deklaracji i działań. Będziemy ją wszyscy jakoś rekonstruować, jedni po to, by zachować się sensownie w polu władzy, inni, by po prostu zrozumieć nowy – wytwarzany po ośmioletniej epoce PiS – porządek. 

Już w czasie rządów AWS pojawiło się wiele doktryn kieszonkowych, wyznawanych przez wąskie grupy polityczne, które przypisywały im jednak charakter centralny. Dotyczyły one np. idei samorządowej, kwestii ochrony majątku państwowego przed prywatyzacją, ścigania korupcji czy też zaostrzenia prawa karnego. Zasadniczą cechą tych doktryn było to, że ich wyznawcy uważali je za kluczowe dla wszystkiego innego. Przez doktrynę kieszonkową nie rozumiem cząstkowego pomysłu na działanie np. sektora usług zdrowotnych, ale taki pomysł cząstkowy, który ma regulować całą rzeczywistość – choćby przekonanie, że kluczem do wszystkiego jest zasadnicza zmiana w edukacji, demokracja bezpośrednia oraz jednomandatowe okręgi wyborcze.

Pola konfliktów

Naturalnym polem deklarowania takich poglądów jest parlament. Dlatego kolizja takich doktryn kieszonkowych może pojawić się głównie w Sejmie, nie bez wpływu na kształt rządzenia, możliwość stabilizowania prac izby oraz prawdopodobne konflikty w koalicji. Już dziś wiemy, że część z tych doktryn zostanie skonstruowana wokół kwestii takich jak dostępność aborcji i szerzej – postulatów równościowych, a także rozliczenia PiS czy przywrócenia normalnego funkcjonowania sądownictwa oraz samorządów. Z elementami cofającymi nie tylko działania centralizacyjne, ale także wprowadzone przez PiS w 2018 r. ograniczenie wielokadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów. 

Wiele wskazuje także na to, że szczególnie działania zmierzające do „odzyskiwania państwa” po rządach PiS będą wzmacniane przez spektakularne awantury sejmowe, szeroko omawiane w mediach, a zatem owocujące ofensywą związanych z nimi doktryn kieszonkowych, zbudowanych wokół przywracania praworządności oraz pociągania do odpowiedzialności karnej polityków Zjednoczonej Prawicy odpowiedzialnych za naruszanie prawa i konstytucji. Przeciwwagą dla nich będą działania polegające na poszukiwaniu obszarów zgody ponad podziałami, w tym wciągania PiS w obręb realnego wpływu na proces legislacyjny. I one także będą miały własne doktryny kieszonkowe, rozsadzające parlament. To zaś bardzo utrudni suwerenne formułowanie choćby patchworkowej doktryny rządzenia w obrębie władzy wykonawczej. 

Oczywiście można sobie wyobrazić formułowanie czegoś w rodzaju uporządkowanej narracji na poziomie kierownictwa koalicji, czyli tworu, który funkcjonuje praktycznie już od wieczoru 15 października, a którego produktem była umowa koalicyjna, skoncentrowana raczej na zszywaniu obietnic wyborczych w akceptowalną dla wszystkich całość niż na powiedzeniu czegoś nowego i spójnego, co ułatwiałoby sprawowanie skutecznej władzy. Żeby gabinet rządowy miał swój charakter i podmiotowość, musiałoby to być coś pożytecznego dla czterech tworzących koalicję liderów. Tymczasem wiele wskazuje na to, że nowe role – premiera, wicepremiera i marszałka Sejmu – będą ich do tego zniechęcać. Szansą każdego z nich jest odróżnić się i okazać lepszym niż lider konkurencyjnej partii. 

Warto jednak zastanowić się, jak mogłaby wyglądać taka wspólna narracja lub taka doktryna rządzenia, która byłaby własnością całego rządzącego układu, a nie tylko jednego z jego ośrodków czy jednej z partii koalicji. Taka doktryna nie musiałaby przy tym działać jak algorytm przesądzający wszystkie inne rozwiązania. Naturalną rzeczą są tu wyjątki i odstępstwa. Ale niezbyt liczne, bo inaczej doktryna straciłaby sens.

Trzy priorytety

Po pierwsze taka wspólna narracja mogłaby formułować – w kontekście realnego zagrożenia z powodu wojny rozpętanej przez Rosję w Ukrainie – nadrzędność celów obronnych i spraw międzynarodowych nad innymi wątkami polityki państwa. I w tym też kontekście rysować możliwie precyzyjnie linię oddzielającą działania w obrębie Unii Europejskiej, służące wzmocnieniu polityczno-militarnej jedności Zachodu, od tych, które stanowią naturalną, bezpośrednią obronę interesów ekonomicznych i politycznych Polski. Taka deklaracja odróżniałaby też – co jest ważne dla różnych segmentów państwa – rządzenie w czasach spokojnych od rządzenia w warunkach napięcia i zagrożenia. 

Następnie – doktryna taka powinna rozróżniać dwa tryby działania instytucji państwowych. Pierwszy, zmierzający do przywrócenia im apolityczności i bezstronności, od drugiego, jaki powinien nastąpić po ich przywróceniu. A zatem uznawać działania zmierzające do odwrócenia skutków rządów PiS za doraźne i jednorazowe, a nie za długotrwałą metodę rządzenia Polską. To trudny punkt, bo wymaga ustalenia granic własnego postępowania oraz nowych standardów, krępujących sejmową większość w zakresie funkcjonowania mediów publicznych, spółek Skarbu Państwa, służb mundurowych czy stanowisk objętych ustawą o służbie cywilnej. 

Trzeci element rządzenia powinien określać generalny sposób postępowania z instytucjami sektora publicznego – oświaty, opieki zdrowotnej, pomocy społecznej, transportu publicznego – już nie w kontekście obietnic wyborczych, ale modelu współpracy i współfinansowania tego sektora przez rząd i samorząd terytorialny. Istotnym elementem tej definicji powinno być podkreślenie nie tylko opcji decentralizacyjnej, ale też zamiaru oraz konkretnego sposobu wsparcia miast oraz gmin leżących poza obszarem największych metropolii. 

Te trzy przykłady podałem raczej po to, by pokazać charakter i naturę takiej deklaracji niż jej proponowaną treść. Takiej doktryny nie określają bowiem komentatorzy i eksperci, ale ci, którzy posiadają władzę oraz jakiś – niekoniecznie jawny i transparentny – plan jej sprawowania. Robią to po to, by komunikować się z kluczowymi partnerami w strukturze państwa, a im więcej w takiej doktrynie prawdziwych zamiarów, zrozumiałych wskazówek i użytecznych rozróżnień – tym lepiej. Pustosłowie, maskowanie intencji, wprowadzanie w błąd sprawiają z kolei, że działanie władz staje się niezrozumiałe, a naturalną reakcją wysokich szczebli służb i administracji staje się cynizm, którego przecież tam nie brakuje po rządach PiS. Cynizm, który skutkuje w najlepszym wypadku odchodzeniem fachowców ze służby publicznej do sektora prywatnego, a w gorszym poszukiwaniem różnych – nawet niekoniecznie korupcyjnych – rekompensat za upokorzenia i poczucie braku sensu, których doświadczają na co dzień. 

Mapa nowych porządków

Dodam na końcu, że elementem takiej doktryny mogłoby stać się zarysowanie strategii osłabienia polaryzacji politycznej. Nie w sferze konfliktu na szczytach władzy – tu postawa PiS po przegranych wyborach nie daje podstaw do takich działań – ale w obszarze schładzania emocji elektoratów poszczególnych partii, które rozbijają wspólnotę Polaków. Wydaje się, że odpowiedzi na pytanie, co nas wszystkich łączy, nie należy szukać w sferze podniosłych symboli, ale wskazania realnych obszarów wspólnego lęku i troski: np. zagrożenia ze strony Rosji (nie tylko w wymiarze solidarności z zaatakowaną Ukrainą), ochrony przed skutkami kryzysu klimatycznego, zbudowania mądrzejszego i bardziej empatycznego stosunku do migrantów, łączącego zrozumienie sytuacji przybyszów oraz lęków ludzi, którzy – nie tylko przecież w Polsce – ich napływu się obawiają. 

Za kilka tygodni, po kolejnych posiedzeniach parlamentu, po exposé premiera Tuska i wypowiedziach nowo powołanych ministrów, będziemy wiedzieli więcej. Będziemy też mogli ułożyć jakąś – zapewne niespójną – mapę myślową nowych porządków. A potem nanosić na niej korekty, wynikające z konfliktu politycznego wewnątrz i na zewnątrz koalicji, nieprzewidywalnego wydarzenia w kraju i na świecie albo czyjegoś indywidualnego projektu. Jeżeli da się z tej mapy wywnioskować jakieś ogólne reguły porządku – będzie naprawdę nieźle. Jeżeli po pół roku pozostanie ona wciąż nieczytelna albo trzeba będzie ją zastąpić całkiem nową doktryną, bo ta z pierwszych tygodni okaże się dysfunkcjonalna, źle to będzie świadczyć o potencjale nowej władzy. Będziemy mieli problem. Wszyscy.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Politolog, publicysta, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W wydawnictwie Karakter wydał niedawno książkę „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością”. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Narracja pilnie poszukiwana