Tkwię między chęcią zrobienia czegoś a brakiem chęci do czegokolwiek – wyznaje bohaterka tego filmu, kiedy ktoś ją pyta, czym się zajmuje. A jest to bardzo eufemistyczny opis tego, co ją gryzie i rozrywa od środka. Depresja poporodowa czy jakaś nierozpoznana jeszcze choroba psychiczna? Trauma z dzieciństwa czy niezaspokojona potrzeba twórcza?
Film „Zgiń kochanie” podsuwa różne diagnozy, ale żadnej z nich nie traktuje ostatecznie. Staje się projekcją wewnętrznego i mocno zniekształconego świata młodej matki, której osamotnienie i niespełnienie przemienia baby blues w szaleństwo. Niechaj pierwsza rzuci w ekran kamieniem ta, która w swoim rodzicielstwie nigdy nie dotknęła tej granicy. Albo ten, który zawsze cierpliwie znosił „humory” kobiety uziemionej w domu. Oraz wszyscy ci, którzy prześlepili czyjś wewnętrzny rozpad.
Lynne Ramsay po raz kolejny powraca do tematu „macierzyństwa jako źródła cierpień”, traktowanego bez uproszczeń czy ocen. Szeroko dyskutowany „Musimy porozmawiać o Kevinie” najłatwiej byłoby skwitować, że to wyrodna i oziębła matka, zagrana przez charakterystyczną Tildę Swinton, stworzyła syna potwora.
Film sugerował jednak, że raczej macierzyńska niegotowość, a potem nieporadność czy wręcz bezradność wobec szczególnie trudnego przypadku zamieniła opowieść o wyzwaniach rodzicielstwa w istne kino grozy. To kino z pogranicza chłodnego studium klinicznego i stylistycznej nadekspresji stawiało widza w bardzo niewygodnej pozycji – między niechęcią czy potępieniem i, mimo wszystko, empatią wobec bohaterki.
„Zgiń kochanie” przynosi innego rodzaju dyskomfort: przejmując całkowicie punkt widzenia młodej matki, która powoli traci grunt pod nogami i orientację w terenie, jednocześnie stosuje jakąś niewidzialną szybę, przez którą w pierwszej kolejności przebija się wyczynowe aktorstwo Jennifer Lawrence.
Film został wyprodukowany między innymi przez nią i przez Martina Scorsesego – on wybrał aktorkę do roli głównej, zachwycony jej równie ekstremalnym występem w „Mother!” (2017) Darrena Aronofsky’ego, ona zaś znalazła reżyserkę. I to Lawrence jako świeżo upieczona mama dyskutowała ponoć ze scenariuszem Ramsay, Endy Walsha i Alice Birch, aż wreszcie, po urodzeniu dziecka, zaakceptowała go w pełni.
Powstał na podstawie argentyńskiej, wydanej również w Polsce powieści „Zgiń, kochanie” Ariany Harwicz, lecz przeniósł akcję z francuskiej prowincji na amerykańską i znalazł dla pierwszoosobowej narracji filmowe środki wyrazu. Wykrzesał także więcej sympatii dla głównej bohaterki, oszczędzając widzom paru drastycznych scen z udziałem niezrównoważonej matki. Jest ona przede wszystkim ofiarą.
Na początku oglądamy rockandrollową dziewczynę z Nowego Jorku, rzuconą wraz z mężem Jacksonem (Robert Pattinson) do małej miejscowości w Montanie, gdzie on odziedziczył po wuju stary dom. Widzimy stopniową przemianę jej percepcji, kiedy po narodzinach dziecka dom przekształca się w pułapkę, pobliskie miasteczko we wrogie terytorium i nawet natura drażni swoim letnim rozbuchaniem.
Ramsey intensyfikuje doznania wizualne i słuchowe do granic wytrzymałości. Domowy chaos, osamotnienie i nuda, niezaspokojenie seksualne i chorobliwa zazdrość, ciągły płacz dziecka i szczekanie nowego psa tworzą mieszankę wybuchową. Dokładają się do tego fantazje Grace, jakkolwiek filmowa opowieść tak bardzo chwilami nabrzmiewa i meandruje, że trudno się zorientować, gdzie zaczyna się i kończy tak zwany real.
Kino nie od dziś kocha się w „kobiecym szaleństwie” i zdążyło stworzyć o tym kilka arcydzieł – od „Wstrętu” (1965) Romana Polańskiego, przez „Kobietę pod presją” (1974) Johna Cassavetesa po „Carrie” (1976) Briana De Palmy. Zresztą grająca w tym ostatnim tytule Sissy Spacek pojawia się w „Zgiń kochanie” w roli teściowej Grace, głęboko cierpiącej w swojej żałobie i raczej bezużytecznej w swych dobrych radach, choć być może ona jedyna dostrzega, co tak naprawdę dzieje się z dziewczyną.
Przez większą część filmu, kiedy wypalają kolejne strzelby, otwierają się kolejne rany, narasta ogólna demolka, a bezpieczeństwo niemowlaka i jego rodziny coraz bardziej wisi na włosku, jednocześnie opadają ręce – widać, jak krótkowzroczna i mało skuteczna potrafi być pomoc. Zarówno tych najbliższych, pełnych najlepszych intencji, jak i ta fachowa, instytucjonalna.
Film jednak, jako się rzekło, odżegnuje się od tradycyjnie rozumianego realizmu, zdaje się zawieszony w umownym bezczasie i próbuje odtwarzać to, czego nie może dostrzec ciężko pracujący Jackson czy nieliczni ich znajomi. Między innymi stłamszoną pisarską pasję Grace. To najmniej przekonujący i najsłabiej dookreślony wątek filmu Ramsay, wzięty oczywiście z książkowego pierwowzoru. Ledwie minęło kilka miesięcy od porodu, a już mowa o blokadzie twórczej.
Zrozumiałe, że chodzi o „własny pokój”, czyli o tę fizyczną i psychiczną przestrzeń, która pozwoliłaby kobiecie zajmować się tym, co kocha. Tyle, że w filmie pisarstwo zostaje przypisane bohaterce trochę na siłę lub na słowo honoru. Niepotrzebnie „uszlachetnia” cierpienie Grace, a szczytem minoderii zdaje się scena, gdy młoda kobieta wstaje w nocy, rozpryskuje na czystej kartce krople tuszu i z jej piersi cieknie mleko, mieszając czarne z białym. Aronofsky lubi to, aczkolwiek nie wszystko, co dobrze wygląda na papierze, sprawdza się potem w kinie.
Z pewnością sprawdziła się sama Lawrence, dla której „Zgiń kochanie” okazało się aktorskim benefisem, nawet Pattinsona zostawiając w cieniu. Gwiazda „Poradnika pozytywnego myślenia” cierpienie swej bohaterki wygrywa na pełnej petardzie, podobnie jak jej niewinne zrazu błazeństwa, dziką zmysłowość, amerykańską plebejskość i różne stany świadomości.
Czy czegoś szczególnego można się z tej historii dowiedzieć o psychicznym załamaniu młodej matki i niedoszłej pisarki? O życzeniowo-pokazowej „normalności” wokół niej? Przynajmniej tyle, na ile pozwala to spojrzenie „z wnętrza”, które na każdym kroku podkreśla wyobcowanie bohaterki i pozostawia nieprzewidywalną aż do finału. I dopiero, kiedy podczas napisów końcowych reżyserka osobiście wykona „Love Will Tear Us Apart” Joy Division, wygaszając całą tę nadmiarową ekspresję swoim ściszonym głosem a capella, czuje się wreszcie, że w tych aktorskich i reżyserskich popisach chodzi o empatię.
ZGIŃ KOCHANIE („Die My Love”) – reż. Lynne Ramsay. Prod. USA 2025. Dystryb. Monolith. W kinach od 12 grudnia.
Lynne Ramsay urodziła się w Szkocji i tam zrealizowała swe pierwsze tytuły, „Nazwij to snem” (1999) i „Morvern Callar” (2002). Rozgłos przyniósł jej nakręcony w USA film „Musimy porozmawiać o Kevinie” (2011). Za scenariusz „Nigdy cię tu nie było” (2017) z Joaquinem Phoeniksem otrzymała nagrodę w Cannes. Prócz reżyserskiego ma także wykształcenie fotograficzne i operatorskie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















