Brytyjczycy coraz bardziej koncentrują się mentalnie na własnych problemach. A jest ich mnóstwo – mówi „Tygodnikowi” Iain Macwhirter, szkocki komentator polityczny

Iain Macwhirter, były rektor Uniwersytetu w Edynburgu, szkocki komentator i pisarz polityczny: Ludzie czują się zdradzeni i rozczarowani tym, jak rządzony jest nasz kraj. To będzie poważny problem dla następnego rządu, który utworzy zapewne Partia Pracy. Będzie on mieć potężną większość w parlamencie i będzie chciał coś z nią zrobić. Lepiej rządzić. Ale jak?
Czyta się kilka minut
Lider Partii Pracy Keir Starmer i Rachel Reeves podczas kampanii przed wyborami powszechnymi w Wielkiej Brytanii. Southampton, 17 czerwca 2024 r. // Fot. Kin Cheung / AP / East News
Lider Partii Pracy Keir Starmer i Rachel Reeves podczas kampanii przed wyborami powszechnymi w Wielkiej Brytanii. Southampton, 17 czerwca 2024 r. // Fot. Kin Cheung / AP / East News

PATRYCJA BUKALSKA: Najważniejszym tematem dla brytyjskich wyborców, zarówno w całym Zjednoczonym Królestwie, jak też w Szkocji, są rosnące koszty utrzymania. Choć coraz więcej ludzi żałuje brexitu, prawie nikt o nim nie mówi. Dlaczego?

Iain Macwhirter: Gdyż tak postanowiły największe ugrupowania. Partia Pracy jest gotowa dostosować się, jeśli wygra, do pewnych aspektów unijnego Wspólnego Rynku, ale woli o tym nie mówić, bo to mogłoby zniechęcić wielu jej wyborców w północnej Anglii. Paradoks brexitu polega na tym, że głosowało za nim wielu ludzi z klasy robotniczej, zwolenników Partii Pracy – formacji, która jest teraz wielkomiejska i liberalna, ale zarazem zabiega o głosy robotnicze i nie zaryzykuje ich utraty.

Z kolei Partia Konserwatywna uparcie twierdzi, że brexit nie był katastrofą. Jeśli torysi mówią o brexicie, to podkreślają, że nasza gospodarka rośnie najszybciej w Europie i nawet jeśli eksport towarów zmalał, to zwiększył się eksport usług. I laburzyści, i torysi mają więc powody, aby brexit nie był tematem. Jest nim natomiast dla Szkockiej Partii Narodowej.

W 2016 r. Szkocja głosowała w referendum zdecydowanie za pozostaniem w Unii.

Szkocka Partia Narodowa podnosi ten temat przy każdej okazji, akcentując, że gdyby nie brexit, Wielka Brytania miałaby dochody podatkowe większe o ok. 40 mld funtów rocznie. Szkoccy nacjonaliści podkreślają też, że są jedyną partią, która chce powrotu do Unii. Brexit przewija się więc w tej kampanii, ale nie jest czołowym tematem.

Szkocja ma jeszcze jeden temat, który nie pojawia się w reszcie kraju: jej niepodległość.

To może zaskakujące, ale jakoś ta kwestia spadła na dalszy plan. Nawet Szkocka Partia Narodowa rzadko o tym mówi. Wcześniej, gdy kierowała nią Nicola Sturgeon, a po niej Humza Yousaf, oboje zapowiadali, że kolejne wybory będą w istocie referendum w tej sprawie…

…ponieważ rząd w Londynie nie zgodził się na zorganizowanie kolejnego referendum niepodległościowego. Przypomnijmy, że jedno odbyło się w 2014 r. i wtedy zwolennicy niepodległości nie mieli większości.

Dlatego gdyby obecne wybory tak potraktować, zwolennicy niepodległości znów by przegrali. Wolą więc o tym ludziom nie przypominać. Aby być fair, trzeba przyznać, że John Swinney, nowy przewodniczący SNP, powtarza, iż niepodległość jest sprawą numer jeden w programie SNP. Nie mówi się jednak, kiedy i jak Szkocja miałaby ją uzyskać. To, co jest głównym przekazem SNP w tej kampanii, to konieczność wysłania jak największej liczby ich posłów do parlamentu w Westminsterze, aby Szkocja miała tam mocny głos. Wydaje się, że to działa, bo według sondaży SNP może nadrobić swoje straty względem szkockiej Partii Pracy.

Wszystko wskazuje, że laburzyści będą mieć w Westminsterze potężną większość, nawet ponad dwieście mandatów, a ich lider Keir Starmer nie wydaje się zainteresowany Szkocją i jej sprawami. W tej sytuacji szkocki wyborca będzie głosować tak, aby ktoś w Londynie przypominał Anglikom, że Szkocja istnieje.

Dotąd SNP była trzecią największą partią w londyńskiej Izbie Gmin. Teraz wydaje się, że może tego sukcesu nie powtórzyć. Jak bardzo wpłynie to na jej pozycję?

Ważnym wnioskiem z tych wyborów jest konkluzja, że ruch niepodległościowy w Szkocji jest skończony. W tej kampanii już nie mówi się o uzyskaniu niepodległości w jakiejś przewidywalnej przyszłości…

Dlaczego tak się stało?

SNP była u władzy w Szkocji przez 17 lat. Za Nicoli Sturgeon była wpływową partią, na koncie miała kilka miażdżących sukcesów wyborczych. Potem zaczęły się kłopoty – w mojej opinii w znacznym stopniu wynikające ze współpracy ze szkocką Partią Zielonych i przyjęcia jej propozycji, często nieprzemyślanych. Nie wszystko jednak jeszcze jest dla nacjonalistów stracone – w dalszym ciągu, jak wynika z sondaży, niemal połowa Szkotów chce niepodległości. To trudny moment dla szkockich wyborców: wielu jest rozczarowanych SNP, chciałoby ją ukarać przy urnach, ale nie chcą też tracić szkockiego głosu w Londynie.

Rzeczywiście, po 17 latach rządzenia SNP nie ma wielu powodów do chwały: fatalna sytuacja panuje w służbie zdrowia, mieszkańcy szkockich wysp wciąż czekają na nowe promy, bo stare dawno powinny być wycofane. Lista problemów jest długa.

Każdy rząd traci na popularności, gdy pozostaje u władzy przez długi czas. A 17 lat to w polityce niezwykle długo. Jednak to prawda, niektóre błędy SNP były wręcz groteskowe. Szkocja otrzymuje ok. 20 proc. więcej na wydatki publiczne na głowę mieszkańca niż Anglia, a jednak opieka zdrowotna jest gorsza niż na Południu.

Skoro mowa o partiach będących długo u władzy: czy Szkocka Partia Narodowa i Partia Konserwatywna, również rządząca od kilkunastu lat, mają coś wspólnego?

Są pewne podobieństwa: długi czas pozostawania u władzy, konflikty, kolejni niezbyt efektywni liderzy. To zdarza się wszystkim długo rządzącym ugrupowaniom – najpierw stają się aroganckie, potem niekompetentne, w końcu tracą poczucie rzeczywistości.

W całej Brytanii poziom zaufania ludzi do polityków jest rekordowo niski.

Ludzie czują się zdradzeni, rozczarowani tym, jak rządzony jest nasz kraj. To będzie poważny problem dla następnego rządu. Partia Pracy będzie mieć potężną większość w parlamencie i będzie chciała coś z nią zrobić. Lepiej rządzić. Ale jak? Jest raport byłego premiera Gordona Browna z 2022 r., postulujący, aby Izbę Lordów zastąpić Senatem, którego członkowie będą wyłaniani w wyborach, oraz aby wzmocnić szkocki parlament.

W swoim programie Partia Pracy rzeczywiście mówi o modernizacji Izby Lordów.

Tak, ale uważa się, że Keir Starmer nie myśli o tym na poważnie. Też nie mam wrażenia, aby interesowały go reformy konstytucyjne. Może być jednak do nich zmuszony. Bo co innego mu zostaje? W przeszłości reformatorzy nawoływali do zmiany ordynacji na proporcjonalną. Ale, po pierwsze, to nie jest w interesie laburzystów. A po drugie ten postulat przejął Nigel Farage. Gdy zaś Farage zaczął mówić o reformie ordynacji, inni politycy nagle nabrali wody w usta, bo chcą się dystansować od Farage’a i jego partii.

Tym, co proponuje Gordon Brown, jest właściwie federalizm, ale nikt go chyba nie chce. Nikt nie ma też wielkiej ochoty na reformy konstytucyjne. Dość mieliśmy zmian w ostatnich latach. Ale właśnie ze względu na rozczarowanie ludzi polityką ten rząd może chcieć zrobić coś, aby odzyskać zaufanie, wypełnić ten demokratyczny deficyt.

Sposobem na odbudowę społecznego zaufania byłyby chyba po prostu dobre rządy i poprawa standardu życia.

Przejmując rządy, laburzyści nie będą mieć pieniędzy na polepszenie usług publicznych. Starmer pokłada wszystkie nadzieje we wzroście gospodarczym. Ale to może nie wystarczyć na realizację planów i obietnic.

Jakie mogą być skutki tych wyborów dla relacji z Europą, zwłaszcza w kontekście wojny w Ukrainie?

Partia Pracy ma już teraz sporo posłów nastawionych pacyfistycznie, którzy są członkami Campaign for Nuclear Disarmament [ruchu na rzecz rozbrojenia nuklearnego – red.], a jeszcze więcej im podobnych zostanie wybranych. Proszę zwrócić uwagę, że Starmer nie mówi wiele o sytuacji w Ukrainie i zagrożeniach dla Europy. Dla mnie to zdumiewające, że mamy tę straszną wojnę, a tego tematu nie ma w kampanii. To bardzo ograniczone mentalnie, takie bardzo wyspiarskie wybory.

Dodajmy jednak, że w swoim programie Partia Pracy zapowiada dalsze wsparcie wojskowe, polityczne i finansowe dla Ukrainy. A co z relacjami politycznymi Brytanii z Unią?

Jeśli chodzi o brexit, nie będzie żadnego formalnego ruchu prowadzącego do powrotu do unijnego Wspólnego Rynku. Natomiast politycznie Wielka Brytania idzie w innym kierunku niż Europa Zachodnia, która skręca ku populistycznej prawicy. Taka tendencja też tutaj jest i to właśnie ona niszczy od środka Partię Konserwatywną. Natomiast rząd będziemy mieć lewicowy, laburzystowski. Może to promyk nadziei dla europejskich socjaldemokratów?

Iain Macwhirter // Fot. B540 / Guillem Lopez / East News

IAIN MACWHIRTER jest szkockim komentatorem. Autor książek, w tym o szkockich aspiracjach niepodległościowych, np. „Disunited Kingdom: How Westminster Won A Referendum But Lost Scotland”. W latach 2009-2012 był rektorem Uniwersytetu w Edynburgu. Obecnie felietonista dziennika „The Times” i tygodnika „The Spectator”. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ludzie czują się zdradzeni