Koguty zsiadają z koni

Rezygnacja Donalda Tuska ze startu w wyborach prezydenckich może wyleczyć nas z obezwładniającej tęsknoty za politycznym mesjaszem.

02.12.2019

Czyta się kilka minut

Donald Tusk prywatnie,  Sopot, grudzień 2017 r. / MARCIN GADOMSKI SE / EAST NEWS
Donald Tusk prywatnie, Sopot, grudzień 2017 r. / MARCIN GADOMSKI SE / EAST NEWS

W maju „Gazeta Wyborcza” urządziła galę „Człowieka Roku”. Zgodnie z niepisaną zasadą polskiego życia politycznego to gazety, a nie partie polityczne albo ruchy społeczne, czczą swoich „ludzi roku”. Prawie zawsze są nimi mężczyźni, obojętne, czy sponsor pochodzi z prawa, z lewa, czy ze środka sceny politycznej.

W maju takim mężczyzną roku został Donald Tusk. To duża impreza, z pompą. Moderujący ją Maciej Stuhr w pewnym momencie ogłasza komunikat: „Mam też pytanie od ochrony – czy jest na sali ktoś, kto zaparkował przed budynkiem białego konia?”. Śmiech na sali. Sam laureat nie dezawuuje dowcipu, atakuje rządy PiS („to musi się skończyć”), zostawia otwartą kwestię, czy wróci do polityki krajowej. W antypisowskiej części mediów społecznościowych trwa wyścig o to, kto mocniej i dosadniej skrytykuje PO Grzegorza Schetyny i kto bardziej tęskni za powrotem Tuska. Atmosfera udzielała się nawet prawicy, kilka miesięcy wcześniej prorządowe tygodniki ostrzegały wszak przed „powrotem koszmaru”.

Nigdy nie było żadnego białego konia. I nie będzie. Ani rycerza, który ratuje demokrację i opozycję, ani powrotu koszmaru z Brukseli. Ale sama tęsknota bardzo dużo mówi – jednak akurat nie o Tusku, lecz o jego zwolennikach, przeciwnikach i o polskim systemie politycznym.

Obywatele czy poddani?

Wyobrażenie silnego, mądrego, nieprzekupnego wojownika, który jest w stanie odwrócić bieg historii i ratować swój lud przed katastrofą, jest starsze od demokracji i starsze nawet od państwa narodowego. Jest to archetyp podobny do ojca narodu, założyciela plemienia, mądrego, sprawiedliwego sędziego. To często ostatnia nadzieja grup, które znalazły się w obliczu upadku, nie widząc już innych szans na ratunek. Od wczesnego średniowiecza to wyobrażenie o świeckim mesjaszu służyło władcom za podstawę do tego, aby się kreować na mężów stanu.

Nawet w krajach demokratycznych społeczeństwa przypisują swoim władcom odpowiedzialność za klęski i sukcesy, zupełnie niezależnie od tego, czy spowodowały je polityka danego rządu, zmiany na arenie międzynarodowej lub w gospodarce danego regionu.

Politycy mają dziś mniej władzy, mniej wpływu na otaczający ich świat, są bardziej uwikłani w rozmaite zależności i kontrolowani przez instytucje niż kiedykolwiek wcześniej – ale i tak chcemy wierzyć, że to od ich decyzji albo nawet charakteru zależy nasz los.



Ujawniamy to pragnienie, kiedy mówimy, że jakiś szef rządu „obniżył poziom bezrobocia”, że „Boris Johnson (albo przed nim Theresa May) wyprowadzi swój kraj z UE”, że to albo Lech Wałęsa, albo Michaił Gorbaczow „obalił mur berliński”. Niektórzy politycy sami wierzą we własną wszechmoc, jak Donald Trump, kiedy grozi tureckiemu prezydentowi na Twitterze: „zdemoluję twoją gospodarkę”.

Dziś większość decyzji, jakie zapadają na szczeblu rządów, to decyzje zbiorowe. Ich ramy wyznaczają prawo, grupy nacisku, doradcy, presje zagraniczne. Współczesny polityk bardziej przypomina Guliwera uwiązanego przez Liliputów i właśnie dlatego, że jest tak uwiązany i bezsilny, musi uchodzić za giganta, aby nie zawieść zaufania zwolenników. Tylko dlaczego my, obywatele, którzy domagamy się współrządzenia, konsultacji, uczestnictwa w decyzji i powołujemy się na społeczeństwo obywatelskie, potrzebujemy jeszcze tej iluzji, że jedna silna jednostka – która w dodatku w przeszłości niemal zawsze okazywała się mężczyzną – może nas uratować?

Dlaczego nie mamy zaufania do mądrości zbiorowych decyzji, kolegialnych gremiów albo po prostu do tego, że jeśli politycy robią to, czego się domagamy, i słuchają nas, to wychodzą z tego lepsze decyzje niż wtedy, kiedy jeden mąż stanu za nas decyduje? Zgodnie z ludową mądrością powinien koniecznie robić to „stanowczo, twardo i nieustępliwie”. Nikt nie widzi tu sprzeczności?

Społeczeństwo obywatelskie, nowoczesna, partycypacyjna demokracja, świadomy, odpowiedzialny obywatel nie potrzebują ani „mężów stanu”, ani ich kobiecych odpowiedników (na które polski język nie ma żadnego określenia), ale i tak wszyscy tęsknią za rycerzem na białym koniu jak w czasach, kiedy niepiśmienni rolnicy wierzyli jeszcze w to, że wszechmocny władca gwarantuje im obfite żniwa, dużo deszczu i zaprowadzi ich do zielonych pastwisk.

Ten paradoks nie jest polską specyfiką. Wiara w ratunek ze strony białego rycerza spowodowała w Belgii daleko idące zmiany w elitach politycznych po ­kryzysie zaufania, które w latach 90. wywołała afera Dutroux. Wtedy Belgia była już bardzo zdecentralizowaną demokracją z żywotną sferą obywatelską, niezliczoną liczbą inicjatyw oddolnych – ale i tak bardzo wielu Belgów było wtedy przekonanych, że kryzys państwa można przezwyciężyć tylko za pomocą nowych twarzy w polityce (choć takie nowe twarze siłą rzeczy nie mają prawie żadnego doświadczenia w rządzeniu).

Polska jest jednak wyjątkowa: tylko tu upatrzony rycerz odmówił wjazdu do oblężonego miasta, choć tylu widziało jego konia parkującego pod siedzibą Agory. Nie wiem, czy postąpił dobrze dla swojej kariery – ale na pewno jego decyzja przysłuży się nie tylko krajowi (z tym pewnie nawet jego najzagorzalsi przeciwnicy się zgodzą), ale też opozycji.

Donald Tusk prywatnie, Sopot, grudzień 2017 r. / MARCIN GADOMSKI SE / EAST NEWS

Koguty lubią rzeź

Tusk musiałby w razie wygranej uwikłać się w niszczący, frustrujący cztero­letni konflikt z nowym rządem, jego większością parlamentarną i Trybunałem Konstytucyjnym. Ten konflikt zasłoniłby wszystkie dające się już teraz przewidzieć polityczne klęski i tarapaty PiS: pustoszenie budżetu transferami socjalnymi w warunkach spowalniającej gospodarki, upadek służby zdrowia z powodu niedofinansowania, odpływ kadr za granicę, niewypłacalność ZUS w wyniku błędnych decyzji dotyczących długości i wysokości emerytur, odpływ inwestycji zagranicznych z powodu podwyżek płac (rezultat podniesienia płacy minimalnej w warunkach braku rąk do pracy i błędnej polityki imigracyjnej). Prezydent i opozycja, które byłyby w stanie skutecznie blokować rząd i większość parlamentarną, byłyby ­współodpowiedzialne za ten kryzys. Albo blokowałyby decyzje rządu mające te problemy rozwiązać, albo by je popierały.

To chłodny, wręcz cyniczny rachunek. Jeśli jest on prawidłowy, za cztery lata to PiS będzie potrzebować swego „rycerza na białym koniu”, a nie opozycja. Ale decyzja Tuska ma też ciekawy aspekt genderowy, i to nie tylko dlatego, że jego odmowa otwiera – jak się wydaje – drzwi dla kandydatury Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Urząd prezydenta sprawowali dotąd sami mężczyźni. Szefami rządów były tylko dwie kobiety (Beata Szydło i Hanna Suchocka), żadna z nich nie rządziła przez całą kadencję.

Na obu urzędach dominowali samcy alfa o atawistycznych skłonnościach, którzy nie znoszą równych sobie obok siebie, zwyczajni przywódcy stada. Jedni przed kamerą machali bronią (Leszek Miller) albo nawet sprawnie strzelali do zwierząt (Bronisław Komorowski), inni kreowali się na womanizer (Aleksander Kwaśniewski, Waldemar Pawlak, Leszek Miller). Żaden z nich, nawet Lech Kaczyński, który był chyba najmniej macho w tym gronie, nie tolerował nikogo silnego obok siebie, jeśli ten nie był jego bratem. Dlatego kampanie prezydenckie zawsze miały tak dużo z walk kogutów.

Ten model uprawiania polityki wolno, ale przechodzi do lamusa, czego ostatecznym dowodem jest wściekłość, z którą prorządowe media go bronią przed wpływami z zagranicy, ubolewając nad „brakiem męskości” polityków w Europie Zachodniej i rzekomo zniewieściałą klasą polityczną tam, gdzie jest coraz więcej kobiet na wysokich stanowiskach, gdzie politycy w mediach mówią o swoich dylematach i uczuciach, zamiast twardo i stanowczo bronić swoich racji.

Pojedynek (jeszcze jeden typowo męski sposób rozwiązywania konfliktów) między Donaldem Tuskiem i Andrzejem Dudą przedłużyłby żywot takiej „twardej” kampanii prezydenckiej o przynajmniej dalsze cztery lata, a być może nawet o osiem. Część opozycji obecnie wiąże z kandydaturą Kidawy-Błońskiej nadzieję, że PiS nie poradzi sobie z kandydatką, bo trudno w walce kogutów pokonać kogoś, kto kogutem nie jest.

Duda udaje

Inna sprawa, skąd PO czerpie pewność, że będzie w stanie sama prowadzić taką kampanię. Nikt tego w Polsce jeszcze nie robił (pomijając zakończoną klęską próbę Hanny Gronkiewicz-Waltz w 1995 r.). Ale paradoksalnie Kidawa-Błońska odesłałaby ten tradycyjny model kampanii do lamusa nawet wtedy, gdyby przegrała z Andrzejem Dudą.

Duda jest niemal perfekcyjnym uosobieniem anty-macho wbrew własnej woli. Na początku prezydentury chciał być twardym, stanowczym mężem stanu, zwycięsko wychodzącym z każdej walki. Zamiast tego publicznie plotkował z nastolatkami na Twitterze, wahał się, raz wyciągał rękę do opozycji, innym razem ją beształ. A na arenie międzynarodowej – gdzie inni macho na tym stanowisku postępowali z determinacją słonia w składzie porcelany – był niepewny, przeżarty kompleksami i zdezorientowany, a jednocześnie jakby zapatrzony w siebie. Nadal około połowy wyborców go popiera – ale teraz już z zupełnie innych powodów niż na początku kadencji. Nawet oni widzą: rycerzem to on nie jest. Trudno nim być, jeśli się ciągle spada z konia, a jak już się jedzie, to siodło poluzowane, rumak zaś robi, co chce.

Andrzej Duda mógłby z tej słabości zrobić cnotę. Wielu polityków zagranicznych potrafiło to przekuć w swój atut. Zamiast udawać bohaterów i mężów stanu, mieszali się z tłumem, rezygnowali z limuzyn i korzystali z komunikacji publicznej (jak prezydent Austrii), dojeżdżali do pracy na rowerze (jak wielu premierów Holandii), wysyłając sygnał do wyborców, że nie wyobcowali się spośród prostych ludzi. Wątpię, czy takie pomysły podobałyby się Dudzie. Pozbawiłyby go przyjemności, jakie daje prezydentura, i mógłby nawet zrazić tę część jego elektoratu, która wciąż w nim widzi męża opatrznościowego i oczekuje, aby się wyróżnił z tłumu, nawet jeśli to wypada czasami śmiesznie.

Dlatego jego ewentualna druga kadencja byłaby kopią pierwszej: najbardziej bezradny prezydent od 1990 r. nadal będzie udawał, że wszystko idzie mu świetnie. Zagranica będzie kręcić głową, wielkomiejskie elity w Polsce będą się go wstydzić, a to, czy jego elektorat stopnieje, w drugiej kadencji nie będzie miało znaczenia. Ale dzięki temu pojawia się szansa, aby raz na zawsze wyleczyć wyborców z tęsknoty za politycznymi mesjaszami. To będzie nie tylko szok dla PiS, ale i dla większości partii opozycyjnych.

PiS przyspiesza przemiany

Politycy kreujący się na mężów opatrznościowych, którzy każdą wewnętrzną opozycję w partii wycinają w pień, nie biorą się znikąd. To odpowiedź na tę­sknoty elektoratu i członków partii – im bardziej ci ostatni są autorytarni, tym bardziej zależy im na przywódcy, na którego mogą przerzucić swoje fantazje o silnym państwie, które kompensują im poczucie własnej kruchości.

Autorytarne postawy nie ograniczają się w Polsce do wyborców PiS, dlatego też na czele każdej partii opozycyjnej stał i stoi „silny przywódca”, to znaczy właśnie „męski polityk i samiec alfa”. Dzieje się tak nawet wtedy, kiedy ta partia skupia wokół siebie antyautorytarne środowiska, obiecuje mniejszościom i kobietom emancypację oraz promuje wolność i indywidualizm. Na czele Ruchu Palikota stał niekwestionowany lider, wokół którego partia funkcjonowała w podobny sposób, w jaki PiS funkcjonuje dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tak też działało SLD. Nawet emancypacyjna, antyautorytarna i progresywna partia Razem szybko wyłoniła swojego samca alfa.

Czy możemy sobie wyobrazić skuteczną, sprawnie funkcjonującą polską partię, na czele której stoi duumwirat (kobieta i mężczyzna), który nie pogrąża się we wzajemnych walkach o przywództwo? W ten sposób od wielu lat funkcjonują niemieccy Zieloni. Model okazał się tak modny i skuteczny (Zieloni w sondażach już przewyższają chadecję i muszą się zastanawiać nad kandydatem na kanclerza), że socjaldemokratyczna SPD próbuje go od kilku miesięcy wybrać nowe, dwupłciowe kierownictwo. Czy można sobie wyobrazić, że lider partii w reakcji na krytykę nie odpala retorycznych rac, lecz krytyków ignoruje albo dokooptowuje do kierownictwa (przypadek Angeli Merkel)? Czy można sobie wyobrazić polskiego polityka, który przyznaje się do bezradności, a i mimo to jest wybierany i lubiany?

Nie odpowiada to ani zdominowanej przez mężczyzn scenie politycznej, ani wyborcom. Nieco inaczej to wygląda z wyborczyniami. Do 2015 r. zachowania wyborcze kobiet i mężczyzn niewiele się różniły, lecz teraz Polska wchodzi w ślady krajów, które już wcześniej miały silne prawicowo-populistyczne partie, przyciągające o wiele więcej mężczyzn niż kobiet. Poparcie dla nich ze strony mężczyzn to często rodzaj spóźnionego odwetu za rewolucję obyczajową lat 60., i wyraz nostalgii za rzekomo dobrymi, bo patriarchalnymi stosunkami w rodzinach. Nawet starsze kobiety już za tym światem nie tęsknią, cenią sobie życie bez przemocy domowej, z własną pracą, możliwością rozwodu i decydowania o własnym ciele. Idzie nowe, nawet jeśli na prowincji nosi spódnicę, a nie spodnie.

I tu mamy kolejny paradoks: nic tak nie przyspieszyło pędu ku obyczajowej nowoczesności jak cztery lata rządów PiS. Dzięki nieustannej walce ideologicznej, próbom zaostrzenia ustawy aborcyjnej, dziwacznym wypowiedziom o dyktaturze rowerzystów i wegetarian oraz walce z mitycznym „genderem” – mamy teraz rzeszę kobiet przyznających się do feminizmu, które lata temu odrzucały to określenie jako nieadekwatny dla polskich warunków wynalazek Zachodu.

Donald Tusk / fot. Andrzej Iwańczuk / REPORTER

Tak jak kolejna kadencja Andrzeja Dudy może położyć kres szowinistycznym walkom kogutów w polityce, tak rządy PiS mogą wystawić hołubiony przez prorządowe media kult „prawdziwej męskości” na pośmiewisko. Wtedy być może i w Polsce zobaczymy kolejną partię z kolektywnym, równoprawnym kierownictwem obojga płci – na razie szlak przecierają polscy Zieloni.

Zmarnowany potencjał

Ten nieco zakurzony model politycznego przywództwa, który polega na niepodzielnej władzy silnego (ale często bezradnego) wodza, kiedyś dominował wszędzie w Europie do tego stopnia, że kobiety, które próbowały robić karierę w polityce, wchodziły w ślady mężczyzn i prowadziły bardziej „męską politykę” od nich. Przypominały o tym ostatnie kampanie prezydenckie we Francji. Odkąd Frontowi Narodowemu nie przewodzi już były spadochroniarz Jean-Marie Le Pen, jego córka prowadzi kampanię tak, jakby chciała, aby jej zwolennicy zapomnieli, że jest kobietą.

Ale we francuskim systemie politycznym prezydent ma ­realną władzę, mianuje premiera, może rozwiązać parlament i po wyborach nowego prezydenta zmienia się cały system partyjny. Polski prezydent ma ułamek jego władzy, ale pochodzi z wyborów bezpośrednich, więc ma mandat, któremu nie odpowiadają konstytucyjne uprawnienia. To recepta na frustrację i konflikty z rządem, ale nie tylko.

Tak jak we Francji i w Stanach, prezydentem w Polsce nie zostaje ten, kto najlepiej potrafi przeforsować interesy kraju za granicą, lecz wybraniec narodu, który nie musi mieć doświadczenia w dyplomacji. W Niemczech i w innych krajach wybierających prezydenta w wyborach pośrednich zostaje nim przeważnie polityk z długim stażem w polityce zagranicznej, nigdy trybun ludu.

Gdyby Tusk kandydował i wygrał, miałby szansę zostać pierwszym polskim prezydentem, który od pierwszego dnia urzędowania jest ze wszystkimi najważniejszymi politykami Europy na ty, ma sieć kontaktów, których inny polski prezydent nie miałby nawet po dwóch kadencjach, a także znajomość tajników polityki międzynarodowej, o której niejeden prezydent USA może tylko pomarzyć. Charakter i temperament nie mają już tyle znaczenia, co kiedyś, i mniejsze, niż polski wyborca sobie wyobraża, ale w erze smartfonów ważniejsze niż kiedykolwiek staje się to, czy po drugiej stronie ktoś odbiera – a jeśli tak, to kto: prezydent Trump, jego asystent czy jego sekretarka.



Prezydent Duda potrafił lecieć do USA i nie spotkać tam żadnego polityka ­szczebla federalnego, minister Waszczykowski potrafił jechać na Ukrainę i tam spotkać jedynie przedstawicieli mniejszości polskiej i konsulatu we Lwowie. To by się Tuskowi na pewno nie zdarzyło, nawet gdyby parlamentarna większość PiS uchwaliła zaostrzoną ustawę o IPN jeszcze raz i z przytupem. Ale Tusk nie jest pierwszym politykiem, którego potencjału następcy nie potrafili wykorzystać dla dobra kraju. Lech Wałęsa po swojej kadencji wrócił do pracy w Stoczni Gdańskiej. Teraz Donald Tusk emigruje na stałe do Brukseli. Jego na to stać – ale czy Polskę też?©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Profesor nauk społecznych na SWPS Uniwersytecie Humanistyczno–Społecznym w Warszawie. Bada, wykłada i pisze o demokratyzacji, najnowszej historii Europy, Międzynarodowym Prawie Karnym i kolonializmie. Pracował jako dziennikarz w Europie środkowo–wschodniej, w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2019