Nagranie jest przerażające. Na filmiku widać osobowego forda, który nocą przejeżdża przez trasę Łazienkowską. Nagle z impetem wpada w niego luksusowy volkswagen arteon. Siła uderzenia jest ogromna, wypycha forda kilkaset metrów do przodu. Wóz uderza w barierki, silnik wybucha.
Fordem podróżowała czteroosobowa rodzina. Siedzący z tyłu 37-letni ojciec zginął na miejscu. Matka wraz z 8-letnią córką i 4-letnim synem trafili do szpitala. Cudem przeżyli. Kierowca volkswagena zbiegł z miejsca zdarzenia, do tego najprawdopodobniej był pijany.
Wypadki łączy prędkość i alkohol
To kolejna samochodowa katastrofa, która wstrząsa Polską. W ubiegłym roku czwórka młodych mężczyzn pędziła renault megane przez centrum Krakowa z prędkością 162 km/godz. Uderzyli w mur nad Wisłą, zginęli na miejscu. Kierowca i pasażerowie byli pijani.
Minęły też równo dwa miesiące, odkąd w wypadku na autostradzie A1 pod Piotrkowem zginęła trzyosobowa rodzina. Ich kia spłonęła po tym, jak uderzyło w nich pędzące ponad 300 km na godzinę sportowe bmw. Historia ta bulwersuje do dzisiaj, bo policja na miejscu zdarzenia popełniła szereg błędów, a sprawca wypadku zdążył uciec do Dubaju. Mimo osobistego zaangażowania ministra spraw zagranicznych, wciąż nie wiadomo, czy uda się go stamtąd ściągnąć.
Z kolei nieco ponad miesiąc temu w Warszawie kierowca suva potrącił kobietę na pasach, stracił panowanie nad samochodem i uderzył w przystanek. Dwie osoby zmarły, cztery trafiły do szpitala. Tym razem policjanci, nauczeni chyba doświadczeniem kolegów z Piotrkowa, od razu zatrzymali kierowcę. Nie był pijany, ale w przeszłości miał już cofnięte prawo jazdy.
Jedna rzecz łączy wszystkie te wypadki – i jest to prędkość, do której jeszcze wrócimy. Na razie przyjrzyjmy się alkoholowi.
Wypadek na moście Łazienkowskim jest wyjątkowo oburzający. Sprawca Łukasz Ż. z miejsca zdarzenia uciekł za granicę – udało się go zatrzymać w Niemczech. W samochodzie podróżowała z nim Paulina K., dziewczyna Łukasza Ż. Kobieta odniosła poważne obrażenia, ale pozostali pasażerowie auta nie zamierzali jej pomóc. Mało tego – odganiali świadków, którzy chcieli ułożyć ją w pozycji bocznej bezpiecznej. Śledczym próbowali wmówić, że to ona prowadziła volkswagena. Prokuratura nie dała się nabrać. Trójka pijanych pasażerów trafiła do aresztu za utrudnianie śledztwa i nieudzielenie pomocy ofierze.
Policjanci zdobyli nagrania z kamer w knajpie, w której wcześniej Łukasz Ż. balował razem z kumplami. Wiemy więc prawie na sto procent, że w momencie wypadku był pijany. Pod wpływem był również kierowca renault z krakowskiego wypadku sprzed roku.
Czy to właśnie alkohol zbiera najbardziej śmiertelne żniwo na naszych drogach? Statystyki tego nie potwierdzają.
W 2023 roku pijani użytkownicy dróg (zarówno kierowcy, jak i piesi) odpowiadali raptem za 7,6 proc. wypadków oraz 13 proc. ofiar śmiertelnych, co przełożyło się na 251 zgonów. Każdy wypadek to tragedia, a jazdy pod wpływem nie da się usprawiedliwić, ale musimy wiedzieć, że liczba wypadków z udziałem alkoholu od lat systematycznie spada.
Pracując dla programu „Uwaga!” TVN, miałem okazję rozmawiać z kierowcami, którzy zostali złapani za jazdę pod wpływem. Stracili prawo jazdy, obowiązkowo musieli też udać się na kurs prowadzony przez psychologa. Głównym uczuciem wśród kursantów był wstyd. Nie było właściwie osoby, która bagatelizowałaby swoje zachowanie. Od jednego chłopaka usłyszałem: „w sumie dobrze, że mnie złapali. Bo tak to bym dalej jeździł naje..., aż by doszło do tragedii”. Wszyscy ukrywali ten fakt przed rodziną i przyjaciółmi. Jedna z kursantek powiedziała tylko mężowi. Przed rodzicami udawała, że wciąż może prowadzić auto.
Pijani celebryci za kierownicą
Moja teoria jest taka: jazda na gazie nie jest już społecznie akceptowana. To już nie te czasy, gdy pijany wujek z imprezy wyskakiwał po flaszkę i nikt z gości nie reagował.
Dlaczego więc mamy wrażenie, że pijani kierowcy masowo wsiadają za kółko? Bo – i to teza druga – nadal znajdują się grupy społeczne, gdzie jazda pod wpływem alkoholu jest bagatelizowana. To, wbrew stereotypom, nie są mieszkańcy małych ośrodków czy osoby gorzej wykształcone. Wręcz przeciwnie – mówimy tu o ludziach majętnych, celebrytach, gwiazdach estrady, sportowcach. Gdy osoby ze świecznika zostaną złapane na gazie, słyszymy o tym od razu. Stąd mylne wrażenie powszechności zjawiska.
Zadziwia mnie jednak brak jakiejkolwiek skruchy u pijanych kierowców: ludzi z pierwszych stron gazet. Świętej pamięci Jerzy Stuhr, który potrącił motocyklistę, mając we krwi 0,7 promila, twierdził, że jego skazanie to atak PiS-owskich służb. Beata Kozidrak przy zatrzymaniu wydmuchała 2 promile. W sądzie wygłosiła typowe nie-przeprosiny, po czym odwołała się od wyroku, który skazywał ją na prace społeczne. Tłumaczyła, że nie może sobie pozwolić na przerwanie trasy koncertowej. Sąd przychylił się do wniosku uznanej artystki.
Przyjaciółka Łukasza Ż., sprawcy wypadku na Trasie Łazienkowskiej, opowiadała o nim reporterowi „Uwagi!”: „Miał pieniądze i zawsze bardzo obnosił się z tym, że je ma. Zawsze miał dużo gotówki przy sobie. Wiem, że samochody zmieniał kilkakrotnie. Były to drogie fury”.
Z kolei Patryk P., który spowodował wypadek w Krakowie, był synem celebrytki. Być może w przypadku osób z pewną pozycją społeczną i zawodową nie działa naturalny mechanizm obronny – w ich otoczeniu brakuje osób, które odważyłyby się powiedzieć: „nie przeginaj”, albo zwyczajnie zabrały kluczyki.
Od marca tego roku sytuacja wydaje się czytelna. Kierowcy, którzy w wydychanym powietrzu mają 1,5 lub więcej promili alkoholu, obligatoryjnie tracą nie tylko prawo jazdy, ale też samochód – i to niezależnie od tego, czy spowodowali wypadek.
Przez trzy miesiące obowiązywania nowych przepisów liczba kierowców zatrzymanych na rauszu spadła jednak tylko o 10 procent. Nie są to więc imponujące liczby, ale na całościową ocenę nowych przepisów powinniśmy poczekać przynajmniej rok. Wiadomo już, że nowe prawo – mimo wątpliwości, czy rekwirowanie aut jest na pewno zgodne z prawem – nie zostanie złagodzone. Taką decyzję miał ponoć podjąć sam Donald Tusk.
Kto uczestniczy w nocnych wyścigach po mieście
Jeszcze jedna rzecz, która łączy Patryka z Krakowa i Łukasza z Warszawy. Obaj mieli należeć do subkultury kierowców biorących udział w nocnych miejskich wyścigach. Łukasz Ż. białego arteona pobrał z wypożyczalni sportowych aut. Według dziennikarzy w momencie wypadku ścigał się z jadącym obok właścicielem wypożyczalni.
Nielegalne nocne wyścigi odbywają się niemal w każdym dużym polskim mieście i wielu mniejszych. Schemat zawsze jest podobny: ktoś organizuje wydarzenie na Facebooku; zazwyczaj część „oficjalna” odbywa się na parkingu przed galerią handlową. Tam fani motoryzacji zaglądają sobie pod maski, oglądają poprzerabiane fury. Tam też organizatorzy podają kod QR, który zaprowadzi uczestników na tajny kanał na Telegramie. A tam już podawane są miejscówki na „ćwiartki”, czyli wyścigi na ćwierć mili, znane fanom filmowej serii „Szybcy i wściekli”.
Wielbiciele wyścigów dzielą się na dwie grupy: pierwsza to bananowa młodzież z bogatych domów, którą stać na zakup lub wypożyczenie luksusowego auta. Drugą, ze skromniejszym portfelem, charakteryzuje „miłość do motoryzacji”. W przyblokowych garażach i na podwórkach podrasowują swoje fury na własną rękę lub z kumplem – mechanikiem.
Brałem udział w takich zlotach i nielegalnych wyścigach w Łodzi, pracując nad książką „Wszyscy tak jeżdżą”. Średnia wieku wynosiła na oko 20 lat. Ja sam niedługo będę miał dwa razy tyle, ale bez problemu zdobyłem kod QR i informację o miejscówkach na wyścigi.
Tej nocy policja pojawiła się po godzinie, specjalnie nam nie przeszkadzając. Dlaczego funkcjonariusze nie interweniowali? Widzę dwie przyczyny. Pierwsza: ciężko oczekiwać, że dwa radiowozy skutecznie sprawdzą ponad stu kierowców. Notorycznie niedofinansowana policja nie ma mocy przerobowych, żeby regularnie organizować obławy z prawdziwego zdarzenia. Ale nie ma też czytelnych podstaw prawnych, bo sam udział w zlocie nie jest nielegalny. Nielegalne jest „jedynie” przekroczenie prędkości, a na zlotach w danym momencie ścigają się tylko dwa auta. Reszta się przygląda i czeka na swoją kolej.
Co pcha młodych mężczyzn do szaleńczej jazdy? Psychologowie dobrze znają odpowiedź: szukanie stymulacji, np. przez nagły przypływ testosteronu. Potrzeba rywalizacji i akceptacji wśród rówieśników. Chęć zaimponowania znajomym. A także brak poczucia konsekwencji swoich czynów. No i social media, gdzie młodzi ludzie z dumą dokumentują swoją brawurową jazdę. Tak było w wypadku Rafała z Krakowa, który zginął chwilę po tym, jak nagrał filmik z wnętrza rozpędzonego wozu. Tak samo zrobiły dwie 18-latki, które srebrnym audi pędziły przez wsie pod Świebodzinem. Nagrały wideo, na którym widać drogę i licznik, a roześmiana kierowczyni woła: „sto osiemdziesiąt… sto dziewięćdziesiąt!”. Chwilę później odebrały trzech kumpli spod bloku. Na koniec cała piątka w srebrnym audi wylądowała w jeziorze. Nikt nie przeżył.
Rok temu przy okazji krakowskiego wypadku pisałem w tekście dla „Tygodnika”: „W naszym kraju większość młodych ludzi robi prawo jazdy natychmiast, gdy tylko skończy 18 lat. »Zdanie prawka« stało się rytuałem wejścia w dorosłość. (…) Rodzice sami wypychają dzieci na kursy prawa jazdy, bo nie chcą już wszędzie ich wozić. Tyle tylko, że masowo wpuszczając osiemnastolatków do samochodów prosimy się o kłopoty – bo to nie jest wiek, w którym podejmuje się najbardziej odpowiedzialne decyzje”.
Swoje zdanie podtrzymuję. Jak i to, że naczelną przyczyną wypadków, w tym tych najgłośniejszych, wcale nie jest alkohol czy wiek sprawców, tylko... tak, zgadli Państwo – prędkość.
Ilu ludzi ginie na polskich drogach
2023 rok przełomu w tej kwestii nie przyniósł. Znowu prędkość odpowiada za największą liczbę wypadków śmiertelnych (662 ofiary, blisko 40 proc. ogółu) i niemal największą liczbę wypadków w ogóle. Łącznie na naszych drogach zginęły w zeszłym roku 1622 osoby. To o 1622 ludzkie dramaty za dużo, ale znowu: statystyki pozwalają na umiarkowany optymizm. Wskaźnik liczby ofiar wypadków śmiertelnych w przeliczeniu na milion mieszkańców dla Polski wynosi 52, przez co trafiamy w środek unijnej tabeli, obok Czech, Słowacji, Włoch czy Węgier. Znacznie wyprzedzamy np. Rumunię (81) czy Bułgarię (82), z którymi jeszcze do niedawna okupowaliśmy najgorsze rejony tego zestawienia. Dużo nam jednak brakuje do takich liderów bezpiecznych dróg, jak Szwecja (22), Szwajcaria (28) czy Dania (26).
Jakie zmiany w prawie trzeba wprowadzić
Co możemy zrobić, żeby poprawić sytuację? Odpowiedzi na te pytania jest wiele, dotyczą m.in. prawodawstwa, systemu szkoleń czy odpowiedniej infrastruktury. Ja zwrócę uwagę na dwie przyczyny.
Od jednej z moich bohaterek, której matka zginęła, potrącona przez rozpędzone auto, usłyszałem: „W Polsce to najlepiej zabić kogoś samochodem. Bo wtedy nic cię nie spotka. To już za zabicie psa dostaje się więcej”.
Gorzkie, ale – niestety – często prawdziwe.
W Polsce maksymalna kara za spowodowanie wypadku to 8 lat więzienia, a jeśli kierowca był pod wpływem – 12 lat. W przypadku najgłośniejszych drogowych tragedii sędziowie faktycznie przyklepują ośmioletnie lub zbliżone wyroki bezwzględnego więzienia. Ale codzienność w Polskich sądach jest inna.
Z informacji wyciągniętych z Ministerstwa Sprawiedliwości wiem, że w sądach I instancji 4 na 5 sprawców wypadków, w których ofiary zmarły lub zostały ciężko ranne, dostają wyrok w zawieszeniu. Sprawca może pędzić stówą przez teren zabudowany, może jechać w niesprawnym aucie albo nie posiadać prawa jazdy (lub mieć wszystkie te przewinienia na koncie – taką sprawę też widziałem), a i tak nie trafi za kratki. Prokuratorzy proponują niskie kary, a sądy na nie przystają – chyba że rodzina ofiary się odwoła.
Temat łagodnego traktowania drogowych bandytów wrócił przy okazji wypadku na Trasie Łazienkowskiej. Kierowca Łukasz Ż. miał już pięciokrotnie zabrane prawo jazdy za prowadzenie pod wpływem. Teoretycznie za tak rażące lekceważenie prawa powinien trafić za kratki. Tak się jednak nie stało. Dlaczego? Tego, miejmy nadzieję, niebawem się dowiemy.
Pobłażliwość wymiaru sprawiedliwości jest porażająca, ale też systemowa. W polskim prawie spowodowanie wypadku jest przestępstwem nieumyślnym. Nawet jeśli kierowca świadomie łamie przepisy, to zabija rzekomo nieświadomie. Na logikę jest inaczej – jeśli ktoś pędzi przez wieś, to raczej powinien się liczyć z tym, że kogoś zabije. Dla polskiego prawodawcy sprawa widocznie nie jest oczywista.
Być może sytuacja ta ulegnie zmianie. Resort sprawiedliwości pod naporem medialnych spraw i dziennikarskich pytań obiecał, że przyjrzy się propozycjom zmian przepisów, takim jak: „wprowadzenie do katalogu przestępstw zabójstwa drogowego, stworzenie systemu identyfikacji na drogach osób z orzeczonymi zakazami prowadzenia pojazdów czy też przepadek pojazdu kierowanego przez osobę posiadającą zakaz jego prowadzenia”.
Zwłaszcza przepisy o zabójstwie drogowym (jeśli kara byłaby wystarczająco wysoka, a przepisy precyzyjne) mogłyby stać się prawdziwym game changerem na polskich drogach.
Potrzeba więcej fotoradarów
Proponowane przepisy to sposób na karanie kierowców, którzy już prawo złamali. Lepiej jest jednak zapobiegać temu, by kierowcy w ogóle mogli się rozpędzać. Osiągnąć to można np. poprzez przebudowę infrastruktury. Tam, gdzie są trzy pasy w środku miasta, robimy dwa, lub – jako rewolucję – jeden, a na pozostałych wyznaczamy drogę rowerową lub buspas. Przejścia dla pieszych wynosimy, żeby stawały się też progami spowalniającymi. Istniejące pasy ruchu zwężamy z 7 do 6 metrów, poszerzamy za to chodnik. Kierowca ma wtedy poczucie, że musi zwolnić.
Już widzę kierowców (a w ślad za nimi – prezydentów miast), którzy słysząc te pomysły, dostają palpitacji serca. Takie przebudowy mogą być politycznie, ale też całkiem dosłownie, kosztowne.
Jest jednak tańsze, choć równie niepopularne rozwiązanie – zwiększamy liczbę fotoradarów i odcinkowych pomiarów prędkości. Kierowca, który chce się rozpędzić, zastanowi się pięć razy, mając w pamięci nowy taryfikator mandatów.
To są metody niezawodne, co wie każdy, kto przejeżdżał np. ekspresówką S2 w Warszawie. Rozpędzone wozy gwałtownie zwalniają do osiemdziesiątki, widząc znak informujący o odcinkowym pomiarze. Przez tunel pod Ursynowem jadą już grzecznie jak baranki.
Obecnie w Polsce mamy około 600 urządzeń do automatycznego pomiaru prędkości. Dramatycznie mało. Francja ma ich 7 tys., Włochy – ponad 6 tys., Wielka Brytania czy Niemcy – około 4 tys.
Dekadę temu politycy PO w populistycznym uniesieniu przed wyborami odebrali samorządom prawo do posiadania fotoradarów. Do dziś jedyną instytucją, która zajmuje się tymi urządzeniami, jest Inspekcja Transportu Drogowego. Do tej pory, z powodu braku środków, ITD z tego obowiązku wywiązywała się fatalnie. Efekt? W Polsce tylko za ok. 20 proc. wystawionych mandatów odpowiadają maszyny, za 80 proc. – policjanci. W zachodniej Europie jest dokładnie na odwrót. To tak, jakbyśmy cały czas prali ręcznie, chociaż wszyscy sąsiedzi kupili już elektryczne pralki. A przecież rozwiązania są proste. Trzeba radykalnie dofinansować ITD (może z wykorzystaniem funduszy unijnych?) oraz przywrócić samorządom prawo do ustawiania fotoradarów – być może tak zmieniając przepisy, by „zyski” z mandatów trafiały do budżetu centralnego, a nie kasy gminy. Unikniemy w ten sposób niesławnego ustawiania fotoradarów po krzakach przez straż miejską, która w ten sposób w niektórych gminach łatała dziurawy budżet.
Pomysły leżą na stole. Tylko czy obóz rządzący będzie miał odwagę, by po nie sięgnąć? Samo podwyższanie kar, nawet jeśli słuszne i sprawiedliwe, problemu nie rozwiąże.
BARTOSZ JÓZEFIAK jest reporterem „Uwagi!” TVN. Opublikował książkę „Wszyscy tak jeżdżą”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















