Kino na podstawie prozy Brunona Schulza wyprzedziło swój czas: moda na światy równoległe miała dopiero nadejść

Nieprzejrzysty, mało czytelny świat Schulza z trudem wydobywa się z ciemności. Trzeba nieźle wytężać wzrok, żeby namierzyć odniesienia do sławetnych obsesji pisarza.
Czyta się kilka minut
„Sanatorium pod Klepsydrą według Braci Quay”, reż. Stephen i Timothy Quay, 2024 r. // Materiały prasowe Gutek Film
„Sanatorium pod Klepsydrą według Braci Quay”, reż. Stephen i Timothy Quay, 2024 r. // Materiały prasowe Gutek Film

O prozie Brunona Schulza zwykło się mówić, że jest nieprzekładalna na język filmu. Takie głosy pojawiały się, kiedy pod koniec 1973 r. weszła na polskie ekrany kongenialna adaptacja „Sanatorium pod Klepsydrą” w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa. I nie chodziło tylko o żywioł języka, tę słynną „napuszystość epitetów”, ale o niezgłębione bogactwo schulzowskiego uniwersum. 

Obejmowało wszak i to, co kosmiczne czy metafizyczne, i to, co przyziemne, nie mówiąc o eksperymentach z czasem i narracją. Obecnie ten film, doceniany kiedyś głównie za granicą, powraca do kin studyjnych w związku z Rokiem Hasa – 1 kwietnia minęła setna rocznica jego urodzin. Tymczasem w równie kameralnym obiegu pojawiła się druga, zupełnie inna i bardzo luźna adaptacja, czyli „Sanatorium pod Klepsydrą według Braci Quay”. Dowód na to, że autor z Drohobycza ciągle pobudza twórców kina i że nie ma sensu dosłowny przekład tekstu na obrazy (ciekawe zadanie dla AI). Trzeba szukać własnego klucza.

Zafascynował Hasa światotwórczy potencjał „Sanatorium”. Nie mógł też, raptem ćwierć wieku po Zagładzie, zapomnieć o okolicznościach śmierci pisarza, zastrzelonego przez gestapowca w 1942 r. Ani o zagładzie żydowskiego miasteczka, reanimowanego w tym przypadku potrójnie. Najpierw przez pisarza, którego bohater, Józef, odwiedza ojca w tytułowym kurorcie i zstępuje do krainy zmarłych. A potem przez reżysera, inscenizującego galicyjski sztetl prześniony w opowiadaniach Schulza i przepuszczony po latach przez doświadczenia Szoa. 

Pociąg wiozący bohatera musiał budzić skojarzenia z masowymi transportami Żydów do obozów śmierci, podobnie jak inne sceny wyprzedzające historyczne wydarzenia. Nakładają one dodatkowy filtr, który nie wszystkim przypadł do gustu, a już na pewno nie decydentom z pomarcowego PRL-u. Kiedy „Sanatorium pod Klepsydrą” mimo oporu władzy zostało wysłane na festiwal w Cannes i wróciło stamtąd z Nagrodą Jury, Has musiał czekać prawie dekadę, żeby móc nakręcić w Polsce kolejny film. I nigdy nie powrócił do dawnej reżyserskiej formy.      

Mnożąc „boczne odnogi czasu” stworzył coś, co filmoznawca Waldemar Frąc nazywa kinem możliwym. Reżyser poniekąd wyprzedził czas, bo moda na ekranowe światy równoległe czy rzeczywistości alternatywne miała się rozwinąć dopiero w kolejnych dekadach.  

Przede wszystkim jednak, z pomocą operatora Witolda Sobocińskiego czy scenografów, Jerzego Skarżyńskiego i Andrzeja Płockiego, stworzył jedyną w swoim rodzaju fantasmagorię. Kamera wędruje przez widmowy labirynt, pełen zapuszczonych wnętrz, gabinetów figur woskowych czy egzotyczno-awanturniczych obrazów wyjętych wprost z dziecięcej głowy. 

To powidoki przeszłości, której nigdy nie było. I tym bardziej po 1945 r. nie ma do niej powrotu, toteż w najmniej spodziewanym momencie konduktor burzy jej iluzję swoim „poproszę bilet do kontroli”. Ale chociaż przejaskrawienie żydowskiego folkloru może dzisiaj budzić wątpliwości, „Sanatorium” nadal zasysa swoją wizją i nie tylko jako piękna rupieciarnia.

Bracia Quay odeszli od folkloru, Holokaustu, literalnego odczytywania biografii Schulza i nawet kiedy cytują jego prozę, brzmią lakonicznie. Raz jeszcze postawili na subiektywną esencjonalność i – będąc twórcami tradycyjnej animacji poklatkowej z równorzędnym udziałem lalek, przedmiotów i ludzi – na fakturę materialnego tworzywa.

Bliźniacy z Pensylwanii zawsze fascynowali się kulturą Europy Środkowo-Wschodniej, jej tradycjami kina animowanego (Władysław Starewicz, Jan Švankmajer, Walerian Borowczyk), literaturą (Schulz, Kafka, Lem – patrz: „Maska” z 2010 r.), nie mówiąc o muzyce (Janáček, Penderecki). Ich etiuda „Ulica Krokodyli” (1986) uchodzi za arcydzieło. Wystarczyło 20 minut, by zainscenizować schulzowski rozpad świata, jego demontaż na zardzewiałe śrubki i atrapy nowoczesności. Pełnometrażowe „Sanatorium pod Klepsydrą według Braci Quay” jest dla widza dużo większym wyzwaniem. 

Również dla twórców, którzy pracowali nad tym filmem przez 19 lat. Stworzyli autorską impresję wokół „Sanatorium pod Klepsydrą”, co prawda umieszczając akcję w roku 1937 (wtedy wydano opowiadania), ale swoim medium czyniąc tajemniczą J.S., kuracjuszkę z uzdrowiska „Karpaty” (chodzi o Józefinę Szelińską, tłumaczkę Kafki i ukochaną pisarza, której dedykował tomik). 

Film celowo redukuje rozbuchany makrokosmos do wypranych z koloru obrazów „o ograniczonej widoczności”. I choć całość podzielono na rozdziały, wypełniono cytatami i mówiona jest po polsku, z udziałem rodzimych wykonawców o różnych rodowodach teatralnych (Tadeusz Janiszewski, Wioletta Kopańska, Andrzej Kłak, Leszek Bzdyl), dostajemy dzieło dość hermetyczne. Lecz kto wie, może właśnie ten rozebrany do kości Schulz bliższy jest oryginalnemu. Z pewnością wymaga przestrojenia się na inny tryb, daleki od kina narracyjnego, nawet tak meandrycznego jak u Hasa. 

Ów nieprzejrzysty, nietrwały, mało czytelny świat z trudem wydobywa się z ciemności i trzeba nieźle wytężać wzrok, żeby namierzyć odniesienia do sławetnych obsesji, do znanych skądinąd obrazów literackich czy plastycznych. Są tu kadry o wyjątkowej intensywności, jak te z rozkładającą się ptaszarnią ojca, ale gdyby to opowiadanie Schulza znalazło się dziś na liście obowiązkowych lektur szkolnych, seans z Braćmi Quay nie pomógłby w nadrobieniu zaległości przed sprawdzianem. 

Nie ma jednak potrzeby, żeby robić filmowi Quayów konduktorskie „sprawdzam”. Już na wstępie pojawia się optyczna biomaszyna, pośrednicząca w naszej percepcji. Oferuje obraz fragmentaryczny i sami musimy pozszywać sobie oniryczne fragmenty. Albo i nie, poprzestając na bardziej intuicyjnym czy immersyjnym odbiorze.

Za to w filmowym imaginarium Braci schulzowski „czas zużyty” nabiera jeszcze bardziej sugestywnych kształtów. Jeśli dzieło Hasa było snem o śmierci, zmaterializowanym w całym jego surrealistycznym przepychu, ten film o tropieniu ojca po przedsionkach zaświatów, pełen zapętleń, zdezelowanych rzeczy, organicznych resztek i brzydkich lalek, przynosi dogłębną dekonstrukcję tego snu. Redukcję do suchego memento.

HAS. KRONIKI WYOBRAŹNI – przegląd filmów Wojciecha Jerzego Hasa w kinach studyjnych. 

SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ WEDŁUG BRACI QUAY (Sanatorium under the Sign of the Hourglass) – reż. Bracia Quay. Prod. Wielka Brytania/Polska/Niemcy 2024. Dystryb. Gutek Film. W kinach. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Schulz znowu możliwy