To najmłodszy kraj świata. Powstał w 2011 r. i co rusz jest trawiony przez wewnętrzne konflikty. W ostatniej wojnie domowej, która toczyła się w latach 2013-18 (i na dobre wciąż się nie zakończyła), zginęło 400-500 tys. ludzi (podczas gdy cała ludność liczy dziś ok. 11 mln), natomiast z domów uciekać musiały miliony.
W większości rankingów Sudan Południowy okupuje ostatnie pozycje. Statystyki są tak straszne, że z trudem dostrzega się zza nich ludzi: według Human Development Index jest jednym z dwóch najmniej rozwiniętych krajów świata, według Global Hunger Index istnieje tam największy na świecie problem głodu. Większość mieszkańców nie ma dostępu do czystej wody. Informacja, że tylko 9 proc. ludności ma dostęp do internetu, może wyglądać w tym kontekście jak błahostka.
Dla wielu Sudańczyków studnia to jedyny sposób na dostęp do czystej wody
Razem z Abdu i Aseedem dojeżdżamy do studni w Morojok, wiosce na obrzeżach stolicy.
W stołecznej Dżubie lepiej nie przebywać dłużej na ulicy – w latach 2013-23 ze wszystkich państw świata tutaj ginęło najwięcej pracowników humanitarnych. Kiedy tędy przejeżdżaliśmy, zatrzymała nas grupka uzbrojonych nastolatków. Kazali oddać mój zeszyt, jednak po chwili pozwolili jechać dalej. Na szczęście w Morojok jest nieco bezpieczniej.
Studnię zbudowała Polska Akcja Humanitarna. To największa polska organizacja działająca w kraju. Jest tu od 2006 r., zbudowała lub naprawiła ok. 1,7 tys. studni. Jeśli kogoś nie stać na kupno wody (a większości nie stać) lub nie mieszka blisko strumyka z czystą wodą (a większość nie mieszka), studnia jest jedynym sposobem na regularny dostęp do zdrowej wody.

Zagaduję kobietę, która przyszła do studni. Jest młoda, nazywa się Aisha Moret. Mówi, że nosi wodę dla całego domu, dla siedmiu osób. Do sześciu razy w ciągu dnia. Jakieś 30 minut w jedną stronę.
Sześć razy po godzinie tam i z powrotem – to sześć godzin samego chodzenia. Do tego kolejka przy pompie. Ale wielu ma gorzej niż Aisha. Organizacja Water for South Sudan oblicza, że średnia droga po wodę w dwie strony to 6 km. Średnia, bo czasem trzeba iść pół dnia, a czym dłuższa droga, tym więcej zagrożeń: gwałty, dzikie zwierzęta, strzelaniny.
Ale nawet przy tym wysiłku Aishy daje to zaledwie 120 litrów na jej rodzinę, 17 litrów na osobę. W czasie upałów człowiek powinien pić kilka litrów – niewiele zostanie więc na higienę i gotowanie. Europejczyk zużywa średnio 150 litrów wody dziennie.
Studnię w Morojok sfinansowała polska gmina Zbuczyn
Morojok to uboga wioska. Powstała trzy lata temu, stworzyli ją ludzie wracający z obozu uchodźczego z Ugandy. Chatki zbudowali z błota i bambusu. Są malutkie, 15-20 metrów kwadratowych dla kilku osób.
Studnia, przy której stoję, zapewnia wodę 6 tysiącom ludzi. Do niedawna służyła 10 tysiącom, ale na drugim końcu wioski PAH postawiła ostatnio drugą studnię. Sfinansowała ją mazowiecka gmina Zbuczyn. Koszt jednej studni to 50 tys. złotych, a gminę zamieszkuje 10 tys. osób, więc średnio każdy zrzucił się po piątaku.
Wokół nas gromadzi się coraz więcej kobiet i dzieci. Dzieci jest w ogóle dużo. Wśród 30 krajów świata z najwyższą dzietnością, aż 29 jest z Afryki. Wśród nich Sudan Południowy, gdzie na jedną kobietę przypada blisko trzykrotnie więcej dzieci niż w Polsce. Boom demograficzny utrudnia zarządzanie wodą.
– Czy są pozytywy chodzenia po wodę? – pytam Aishę.
– Ludzie spotykają się wokół pompy. Napełniam kanister i mogę pobyć z ludźmi – odpowiada Aisha.
Zadaję to pytanie, gdyż rano Anna Górska, kierowniczka biura PAH w Sudanie Południowym, mówiła, że mieli przypadek, gdy kobiety powiedziały im: „Nie wierćcie za blisko naszych domów, bo chodzenie po wodę to jedyny czas dla nas, czas rozmów, rozrywki z innymi kobietami, kiedy nie musimy być w domu”.
– Tutaj rodzin często nie zakłada się z miłości, małżeństwo to układ między rodzinami. Stąd czas dla nich samych jest ważny. Przy pompach toczy się życie, bawią się dzieci, rozmawiają kobiety – mówi Górska.

Kanister zrewolucjonizował życie w Afryce
Próbuję pompować. To nie takie łatwe. Kobiety proszą, żebym nie naciskał za mocno – pompa psuje się raz na kilka dni, a zanim zostanie naprawiona, kilka tysięcy ludzi jest bez wody.
Wodę noszą w kanistrach. – Nie są tanie. A jeśli masz dużo dzieci, to kanister nie wytrzyma nawet jednego roku – odpowiada młoda kobieta, nazywa się Christine Shida.
Każdorazowo idzie z 20-litrowym kanistrem na głowie, a dzieci noszą mniejsze kanisterki. Sześć rundek to 120 kilo. Ale kanister to i tak luksus. Przypomina mi się fragment „Hebanu” Ryszarda Kapuścińskiego: „Kilkanaście lat temu ten kanister zrewolucjonizował życie w Afryce. Warunkiem przetrwania w tropiku jest woda. Ponieważ na ogół nie ma tu kanalizacji i wody jest wszędzie mało, trzeba ją nosić na duże odległości – czasem kilkanaście kilometrów. Wieki całe do tego celu służyły gliniane lub kamienne stągwie”.
– Mężczyźni pomagają? – słysząc to, zanoszą się śmiechem. Nie, mężczyźnie nie wypada zajmować się wodą.
Dwie trzecie mieszkańców Sudanu Południowego to analfabeci
Anna Górska mówi, że choć studnie są tak ważne, to tutaj nie wystarczy zbudować kilka tysięcy studni. Bo sama woda nie zbawi tego kraju: – Kluczowa jest edukacja. W państwie, gdzie odsetek analfabetów wynosi 65 proc., należy wyjaśniać ludziom czasem podstawowe rzeczy. Np. że kanistry muszą być regularnie myte, bo inaczej woda będzie brudna.
Inna rzecz, dodaje Górska, że bez wody nie rozwiąże się innych problemów: nie będzie rolnictwa, szkoły czy szpitali.
– A czy jest tak, że pojawienie się studni kończy walkę o wodę?
– Czasem kończy. Ale również może ją wywołać – mówi Górska. – Zanim ją zbudujemy, musimy zrozumieć, w jakim miejscu będziemy działać. Jedziemy, rozmawiamy ze społecznością, poznajemy ich zwyczaje, trasy przemieszczania się. Np. obok siebie mogą być dwie wioski i ci silniejsi domagają się, żeby studnia była bliżej nich. Może się to przerodzić w konflikt – tłumaczy kierowniczka biura PAH.

Wody Nilu Białego, który płynie przez Dżubę, bywają brązowego koloru
Wracam do stolicy, Dżuby.
W mieście wodę można zdobyć na trzy sposoby. Ja mam wodę w kranie, choć w tym kraju nie ma kanalizacji. Mam wodę, bo mieszkam w Dżubie w dobrej dzielnicy – za wysokim murem, drutem kolczastym, chroniony przez uzbrojonych ochroniarzy (obok jest rezydencja ambasadora USA). Bieżąca woda to jednak przywilej najbogatszych.
Mniej zamożni muszą wodę kupić. Państwo jej nie zapewnia, woda jest skomercjalizowana, sprzedają ją głównie Etiopczycy i Erytrejczycy, którzy jeżdżą po mieście w lazurowych beczkowozach. Ale ta woda jest droga: 1,5 dolara za 250 litrów. To dwu- lub trzykrotnie drożej niż w Polsce, przy znacznie niższych zarobkach.
Większości nie stać więc na zakup wody. Owa większość bierze ją, skąd popadnie, m.in. z płynącego przez stolicę Nilu Białego. Wielokrotnie przejeżdżam przez mosty na Nilu, widzę ludzi żyjących wzdłuż brzegu. Wody z Nilu używają do picia, ale też do mycia naczyń, kąpieli, przygotowania posiłków.
– Rzeki są tu brudne. Do Nilu trafiają odpady z hoteli, szpitali, stacji benzynowych, przemysłu. Spływają też zmywane z miasta defekacje, gdyż 90 proc. z nich odbywa się w Sudanie Południowym poza latrynami lub w latrynach nieodpowiednio zabezpieczonych – mówi Anna Górska. – Jeśli ludzie widzą, że woda w Nilu jest brązowa, nie chcą jej pić, ale czasem nie mają wyboru.
Na czym polega paradoks Sudanu Południowego
Wyboru nie ma również Charity Arko, bohaterka filmu przygotowanego przez UNICEF. Ten krótki film obrazuje dylemat, przed którym Charity codziennie staje: albo dać swojej trójce dzieci – Rumarangowi, Barakowi i Grace Nyoki – brudną wodę, albo nie dać żadnej. Jeśli wody nie da, umrą. Jeśli wodę da, zachorują na cholerę, tyfus lub jedną z wielu innych „wodnych” chorób. Wyboru Charity jednak tak naprawdę nie ma, daje więc dzieciom brudną wodę.
A gdy dziecko już zachoruje, to, po pierwsze, biegunki pogłębiają głód – pokarmy, które z trudem uda się zdobyć, nie zdążą się wchłonąć. Po drugie, na ogół matka nie może liczyć na państwową służbę zdrowia dla swoich dzieci. Po trzecie, leczenie chorób utrudnia fakt, że aż 90 proc. mieszkańców nie ma zapewnionych podstawowych warunków sanitarnych. W rezultacie choroby, które wiążą się na ogół z jakością wody, są główną przyczyną niedożywienia dzieci, a także ich śmierci.
Tu widać paradoks Sudanu Południowego. Wbrew wyobrażeniom, ogromnej części Afryki nie brakuje wody. Sudan Południowy leży poniżej Sahary i obfituje w cieki wodne. Brakuje natomiast wody czystej, która daje życie. To tak, jakby dryfować po oceanie i umierać z pragnienia.
W 2024 roku powodzie dotknęły tutaj półtora miliona ludzi
Tak, w Sudanie Południowym wody nie jest za mało, lecz za dużo.
Są kraje, w których w perspektywie średnioterminowej zmiany klimatyczne mają przynieść pewne korzyści: Kanada, Norwegia czy Rosja. Są też takie, w których kryzys klimatyczny (czy jak tu się go nazywa: szok klimatyczny) sieje spustoszenie już dzisiaj. Tutaj jednym z odczuwalnych skutków są powodzie. Zdarzały się zawsze, ale w ostatnich latach dochodzi do nich rokrocznie oraz są coraz intensywniejsze.
W 11-milionowym Sudanie Południowym co roku dotykają one od 750 tys. do 1,4 mln ludzi (w 2024 r. bliżej tej drugiej liczby). ONZ podaje, że za każdym razem połowa z tych ludzi musi opuścić swój dom. To kolejny czynnik sprawiający, że struktury społeczne się rozpadają: obok wojen, głodu czy susz również powodzie czynią z ludzi wewnętrznie przemieszczonych lub uchodźców.
Przenoszą się oni na tereny, które należą do innych społeczności. Skutkuje to konfliktami oraz jeszcze większą biedą: w powodziach i suszach rolnicy tracą swoje pola, pasterze bydło – i w nowe okolice przybywają z pustymi rękami. Na państwo nie mają co liczyć.
Większość dochodów Sudanu Południowego pochodzi z eksportu ropy
Efektem ubocznym powodzi jest rozprzestrzenianie się wycieków ropy i w efekcie skażenie nimi wody.
Miejscowa dziennikarka Maura Ajak jest autorką wyprodukowanego dla BBC filmu „Życie w 50°C. Południowosudańskie skażone powodzie”. Opowiedziała w nim o problemie zanieczyszczonej wody w stanie Unity na północy kraju.
– Woda jest skażona, a więc lasy i gleba również – opowiada mi Maura, gdy spotykamy się w dżubijskiej restauracji. – Gdy jedziesz przez północ stanu Unity, co chwila widzisz wewnętrznych uchodźców żyjących przy szybach naftowych. Co kilka minut widzisz też las ładnych akacji. A gdy przyjrzysz się dokładniej, zauważysz ciężarówkę z kompanii naftowej wylewającą odpady.
Rury są często uszkodzone, technologia stara, a ropociągi nie są naprawiane. Tymczasem Sudan Południowy wydobywa dużo ropy: do niedawna 90 proc. jego dochodów pochodziło z jej sprzedaży (wojna w Sudanie, sąsiadującym z Sudanem Południowym, ukróciła eksport).
– Uciekając przed powodziami, ludzie migrują z południowej do północnej części stanu Unity – kontynuuje Maura. – Północna część stanu leży wyżej, jednak tam ludzie są z kolei bardziej narażeni na szkody ekologiczne związane z wyciekami ropy. Utknęli między powodziami i ropą, nie mają dokąd pójść.

Dla miejscowej kompanii naftowej liczą się tylko zyski
W swoim filmie Maura Ajak pokazała konsekwencje skażeń: to liczne poronienia, defekty płodów, przedwczesne śmierci.
– Wiele kobiet, które spotkałam, oddaje mocz raz dziennie i to tylko niewiele. Wyglądają niezdrowo, są chodzącą śmiercią – mówi Maura. – Nie gotują wody przed spożyciem, a ta smakuje jak benzyna, wywołuje biegunkę i ból brzucha, po jej wypiciu człowiek sapie i kaszle.
Inżynier David Bojo Leju pracował przez 8 lat w miejscowej kompanii naftowej. Raportował problemy przełożonym, nic to nie dawało. W końcu otrzymał azyl w Szwecji i o wszystkim opowiedział. W filmie Maury mówi o skażonej ropą wodzie: „Ona nas dopadnie, to cichy zabójca”.
Miejscowi cierpią i biednieją, ich bydło umiera (według oficjalnych danych tylko w dwóch ubiegłych latach zmarło 100 tys. sztuk bydła), ziemia rodzi zatruty pokarm lub nie rodzi niczego.
Większość ludzi nie zdaje sobie jednak sprawy z zagrożenia, jakim jest zatruta woda. A ci, którzy wiedzą, mówią: „Nie mamy żadnej innej wody, umieramy z pragnienia”. I chcąc nie chcąc – piją truciznę.
– Pytanie brzmi: czy ważniejsze jest dla nich ludzkie życie, czy zyski. I jeśli tam pojedziesz, bardzo łatwo otrzymasz odpowiedź – puentuje Maura.
Bogaty kraj biednych ludzi
Według Fragile States Index Sudan Południowy jest jednym z trzech najmniej stabilnych państw świata. Tymczasem rozwój wymaga stabilności. Rolnik potrzebuje pewności, że cały rok przebiegnie bez katastrofy i uda mu się zebrać plon z tego, co zasiał. W przeciwnym razie, po kilku latach niepowodzeń – oraz wobec innych czynników, np. rosnących cen zbóż wywołanych wojną rosyjsko-ukraińską – uzależni się od pomocy humanitarnej.
Pogłębi w ten sposób zależność od zagranicy i będzie czekał, czy ONZ uda się skompletować budżet. Nie dojdzie do „dekolonizacji” pomocy humanitarnej. Ogromna część społeczeństwa Sudanu Południowego jest uzależniona od pomocy z Globalnej Północy.
A wszystko to dzieje się w żyznym i zielonym kraju, który dawniej był nazywany spichlerzem Afryki Wschodniej.
ZBIGNIEW ROKITA jest reporterem i stałym współpracownikiem „TP”. Autor książek, m.in. „Kajś” (Literacka Nagroda Nike 2021) i „Odrzania”. W Sudanie Południowym był na zaproszenie Polskiej Akcji Humanitarnej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















