Nie wiem, jak to się stało, ale nagle chrześcijanie, przynajmniej w Polsce, zaczęli uznawać przebaczenie za grzech. Dowiedziałem się o tym, gdy w mediach społecznościowych przeprowadziłem pewien eksperyment myślowy.
Poprosiłem czytelników, by wyobrazili sobie, że dzisiaj jakiś ważny polski polityk, wygłaszając orędzie do narodu, zwraca się też do Ukraińców słowami: „Przebaczamy wam Wołyń. I prosimy o przebaczenie za krzywdy, które my wyrządziliśmy wam: za akcję »Wisła«, za spalone cerkwie, za to, czego sami się wobec was dopuściliśmy”.
W odpowiedzi na to pewna użytkowniczka mediów społecznościowych napisała: „Tylko człowiek opętany przez Szatana mógłby powiedzieć »przebaczamy wam Wołyń«”.
Było to dużo mocniejsze, niż się spodziewałem. Oczywiście jestem przekonany, że polityk wygłaszający podobną deklarację w ciągu godziny zostałby symbolicznie zmiażdżony jako zdrajca i banderowiec. Że pytano by retorycznie: „Kto cię upoważnił, żebyś wybaczał w imieniu pomordowanych?”. Rozszarpano by tego człowieka na strzępy, bo dla dzisiejszej prawicy taki gest jest po prostu nie do pomyślenia.
Jednak przebaczenie jako oznaka opętania?
Targowica, dywersja, świństwo – władze PRL o liście biskupów
Wychodzi na to, że za to, co zrobili w 1965 r., Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński nie powinni trafić na ołtarze, tylko przed oblicze egzorcysty. Przecież ledwie 20 lat po Auschwitz polscy biskupi napisali do biskupów niemieckich słynne „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – napisali do Niemców, którzy wymordowali miliony Polaków.
Autorem tamtego orędzia był abp Bolesław Kominek, Ślązak z pogranicza, który równie dobrze mówił po polsku, co po niemiecku. Podpisało go 34 biskupów, z Wyszyńskim i Wojtyłą na czele. To był akt ogromnej odwagi, na który 20 lat po wojnie nie był gotów prawie nikt.
Władza zareagowała histerycznie. Ruszyła największa antykościelna kampania propagandowa w dziejach PRL. Na fabrycznych masówkach robotnicy uchwalali gotowe rezolucje potępiające biskupów. Władysław Gomułka nazwał gest pojednania „targowicą”, „świństwem” oraz zakrojoną na wielką skalę „dywersją polityczną”, wymierzoną w Polskę Ludową.
Na rezydencji arcybiskupa Kominka ktoś wymalował: „Zdrajca”. Premier Józef Cyrankiewicz pisał zaś, że żadne dokumenty biskupie nie wymażą hitlerowskich zbrodni. Pisał tak, choć nikt tych zbrodni nie wymazywał. Biskupi nie napisali przecież: „zapomnijmy o Auschwitz”. Napisali „przebaczamy” – a więc założyli, że jest co przebaczać.
Prymas Wyszyński określał postawę władz komunistycznych w tej sprawie jako „spoganienie”, dodając z nadzieją, że to spoganienie oficjalnej władzy, a nie narodu, który – jak ufał – umie przebaczać.
Sam wybaczył wprost: „po chrześcijańsku, w duchu Ewangelii Chrystusowej, zgodnie z Modlitwą Pańską i nauką Soborową”. Ale co do narodu być może się mylił.
Do naszych ran Ewangelia nie sięga
Wybaczenie było dla komunistów dokładnie tym, czym wybaczenie Wołynia jest dziś dla prawicy – czymś niewyobrażalnym, równoznacznym ze zdradą. Stylistyka ich wypowiedzi to niemal dokładnie to samo, co słyszymy dziś, gdy ktoś choć słowem wspomina nawet nie o przebaczeniu, ale o nierozdrapywaniu ran. Od razu staje się agentem i dywersantem. Kimś, kto za obce pieniądze sprzedaje polski interes. Interes, którego sensem jest co? Nienawiść i brak przebaczenia?
Komuniści byli ateistami, więc można ich postawę zrozumieć. Dla marksisty wybaczenie nie jest wartością, ale raczej sentymentalną słabością. Jego niezdolność do przebaczenia jest przynajmniej spójna z tym, w co wierzy. Gomułka nie czytał wieczorem „Kazania na Górze” i nie udawał, że broni Ewangelii. Raczej wymachiwał czerwonym sztandarem.
Ale dzisiaj prawica wymachuje krzyżem i różańcem. Chce być przedmurzem chrześcijaństwa, obrońcą cywilizacji zbudowanej na Dobrej Nowinie przed bezbożnym liberalizmem. A jednocześnie wybaczenie Wołynia jest dla niej tak samo nie do pomyślenia, jak wybaczenie Niemcom dla Gomułki.
Ci ludzie codziennie odmawiają „Ojcze nasz”. Codziennie mówią: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Chrystus uczył podobnie: przebaczaj nie siedem razy, ale siedemdziesiąt siedem razy. Miłujcie nieprzyjaciół waszych.
Całe chrześcijaństwo opiera się przecież na krzyżu, który sam jest aktem przebaczenia. „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Ale nasi obrońcy krzyża uznali, że skoro chodzi o Polskę, o naszą ranę, to tak daleko akurat Ewangelia nie sięga.
Autorzy listu z 1965 r., być może niechcący, wskazali w jego treści, gdzie tkwi problem. Napisali, że w Polsce od zawsze co polskie, to i katolickie, że wiara zrosła się u nas z narodowością, i że ma to swoje dobre, ale i bardzo złe strony. Być może pisali z nadzieją, że to, co katolickie i chrześcijańskie, weźmie górę nad tym, co w polskości negatywne. Ale czy dzisiaj nie mamy wrażenia, że jest odwrotnie? Że dziwnie rozumiana przez niektórych „polskość” to „niekatolickość” i „niechrześcijańskość”; coś, co chrześcijaństwu zaprzecza?
Bóg własnego plemienia. Ile pogaństwa jest w polskim chrześcijaństwie
Bo czym właściwie jest „spoganienie”, o którym mówił prymas Wyszyński? Nie chodzi o to, że ktoś przestaje wierzyć. Poganin wierzył aż za dobrze – tyle że w bogów jego własnego plemienia, którzy niejako z definicji bronili swoich i nienawidzili obcych. Religia była dla niego przedłużeniem wojny: nasz bóg przeciwko waszemu, nasza krew przeciwko waszej. Cały skandal i cała nowość związana z chrześcijaństwem polegały na tym, że oto pojawił się taki dziwny Bóg, który każe kochać wroga.
Dlatego to polskie „chrześcijaństwo”, które pod przykazaniem miłości wpisuje małym druczkiem całą masę wyjątków, nie jest słabszym, letnim chrześcijaństwem. Jest czymś znacznie gorszym: jest pogaństwem, które powiesiło sobie na szyi krzyż. Wróciło dokładnie tam, skąd Ewangelia próbowała ludzkość wyprowadzić.
Uniwersalizm chrześcijaństwa jest wymierzony w sam mechanizm plemiennej religii. Każda wspólnota od zawsze leczyła swoje napięcia tak samo: znajdowała winnego, kozła ofiarnego, i wyładowywała na nim wściekłość, żeby sama poczuć się oczyszczoną. Ewangelia jako pierwsza opowiedziała tę historię z punktu widzenia ofiary, nie tłumu – i pokazała, że tłum kłamie. „Ojcze, przebacz im” to rozbrojenie odwiecznego mechanizmu, który był napędzany odwetem.
I właśnie ten mechanizm nasi obrońcy krzyża dziś silniej niż kiedykolwiek wprawiają w ruch. Potrzebują kozła – Ukraińca, „banderowca”, winnego na wieki wieków amen – bo na nim łatwiej zbudować wspólnotę niż na przebaczeniu. Krzyż staje się dla nich dokładnie tym samym, czym wcześniej był czerwony sztandar komunistów: znakiem przynależności, totemem plemiennym. To jest właśnie spoganienie, które nie dotyka dziś ateistów, tylko ludzi z różańcem w ręku.
Ktoś powie: dobrze, ale przebaczenie musi mieć warunki. Najpierw ekshumacje, najpierw prawda, najpierw niech oni przeproszą – a potem porozmawiamy o wybaczaniu. To brzmi rozsądnie. Problem w tym, że to też nie jest już chrześcijaństwo, a dodatkowo ta postawa nie mówi prawdy o relacjach polsko-ukraińskich.
Gdy przebaczenie przestaje być cnotą, a staje się słabością
Chrześcijańskie przebaczenie nie czeka na skruchę, i to jest cały jego skandal. Jezus przebacza nie po przeprosinach katów, lecz mając jeszcze w uszach uderzenia młotka, gdy jego oprawcy rzucają już losy o jego szaty. Biskupi w 1965 r. też nie czekali, aż Niemcy się zbiorowo nawrócą, aż wypłacą reparacje i siedemnaście razy przeproszą za każdą zbrodnię. Na tym polegała odwaga tego gestu i dlatego był ewangeliczny.
Tymczasem, mimo że ukraińscy przywódcy prosili o przebaczenie za Wołyń, klękali przed pomnikami ofiar i uczestniczyli w aktach pojednania, u nas ciągle trwa spór, czy skrucha ta była dostatecznie oficjalna i jednoznaczna. I ciągle słyszymy, że przebaczenie za „takie coś” jest niewyobrażalne.
Jezus mówił o ludziach pozbawionych wyobraźni przebaczenia, że są skrupulatni w drobiazgach: odmierzają dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, a porzucili to, co w Prawie najważniejsze: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To jest portret naszych obrońców krzyża. Perfekcyjni w znakach przynależności: różaniec, krzyż na ścianie, przedmurze chrześcijaństwa. I puści dokładnie tam, gdzie chrześcijaństwo się zaczyna: w miłosierdziu.
Jak zrozumieć, dlaczego znaczna część Polaków uznaje wybaczenie za rzecz niemoralną? Można pojęciem resentymentu. Friedrich Nietzsche opisał go jako szczególny silnik moralny: urazę, która nie potrafi skończyć z doznaną krzywdą, bo zamiast ją przepracować, czyni z niej źródło wartości.
Max Scheler dookreślił ten mechanizm: zranienie, którego nie da się odwzajemnić, zostaje przechowane, przeżute i wpisane w samą tożsamość, a wartości tych, którzy zranili, zostają w odwecie obrócone w ich przeciwieństwo. W takim odwróceniu przebaczenie przestaje być cnotą, a zaczyna uchodzić za słabość, niemal za moralny defekt. To dokładnie ten mechanizm, który dziś każe traktować rękę wyciągniętą do Ukraińców jako zdradę.
Wendy Brown w „States of Injury” (1995) pokazała, jak ten mechanizm zamienia się w trwałą formę polityczną: tożsamość zbudowaną wokół własnej rany. Kiedy wspólnota zaczyna definiować się poprzez doznaną krzywdę, dużo psychologicznie w tę krzywdę inwestuje. Uleczenie rany oznaczałoby więc utratę kawałka tożsamości i roszczeń, które z rany czerpie.
To dlatego przebaczenie trzeba potępiać, a wybaczającego napiętnować. Groźny jest nie dlatego, że zdradza zmarłych, lecz dlatego, że podważa fundament tożsamości żywych. To przecież nasza polska osobliwość: figura narodu-ofiary, Chrystusa Narodów, w której wybaczenie rozpuszczałoby samą rację istnienia wspólnoty.
Najpierw ekshumacje, potem wspólnota
Ten mechanizm domyka sakralizacja pamięci, którą opisywał Tzvetan Todorov w „Nadużyciach pamięci”: gdy „obowiązek pamięci” przeradza się w kult, a przebaczenie zaczyna być odbierane nie jako akt miłosierdzia, lecz jako profanacja świętości.
Warto zapytać, komu ta otwarta rana właściwie służy. Bo nie służy ani pomordowanym na Wołyniu, ani Polsce, ani tym bardziej walczącej dziś o życie Ukrainie. Służy jednemu adresatowi: Moskwie, która od dekad nie marzy o niczym innym, jak o tym, żeby Polacy i Ukraińcy skoczyli sobie do gardeł, zamiast stanąć razem.
Jest w tym coś groteskowego: najbardziej antyrosyjska, najgłośniej antykomunistyczna część polskiej sceny odwala tu czarną robotę Kremla – pilnuje, żeby rana się nie zabliźniła. Stary plemienny instynkt okazuje się więc nie tylko niechrześcijański, ale po prostu głupi.
Całą tę postawę streszcza prezydent Karol Nawrocki. Jeszcze jako szef IPN i kandydat w wyborach mówił, że nie wyobraża sobie Ukrainy w Unii i w NATO, dopóki jest „państwem, które nie rozlicza się ze swojej przeszłości”. Stawiał warunek: najpierw rozliczenie, najpierw ekshumacje, dopiero potem wspólnota. Relacje, mówił, trzeba budować na prawdzie i na wartościach.
Pięknie. Tyle że ten sam człowiek na drugim froncie robi rzecz dokładnie odwrotną. Od Niemców – tych, do których biskupi w 1965 r. wyciągnęli rękę – upomina się o reparacje. Tam nie ma mowy o przebaczeniu, tam jest rachunek do zapłaty. Nawrocki odwraca więc gest sprzed 61 lat, i to na obu osiach naraz: Niemcom, którym wybaczono, wystawia fakturę, a Ukraińcom każe najpierw zapłacić rachunek sumienia. Postawa spójna – tylko nie chrześcijańska, lecz plemienna.
Komuniści przynajmniej nie udawali. Nie wybaczali i nie twierdzili, że są chrześcijanami. Prezydent Nawrocki, chrześcijanin przecież, oraz jego towarzysze w wierze nie wybaczają, choć nazywają siebie obrońcami chrześcijaństwa.
Według tak szanowanego przez nich Prymasa Tysiąclecia to „spoganienie”. Ale im jakoś to się klei.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











